Wadowice24.pl
 
  Moje miasto - Wadowice.
  Marcin Wadowita
  Franciszek Suknarowski
  Jędrzej Wowro
  Ada Sari.
  Karol Józef Wojtyła.
  Józef (Rafał) Kalinowski.
  Krótka historia gorzeńskiego Muzeum.
  Emil Zegadłowicz.
  Asygnaty kasowe
  Okres okupacji...
  Oni nie doczekali...
  Znasz li ten kraj?
  Historia fary.
  List od Przyjaciela...
  Trochę smutna Kremolandia.
  Historia mojego miasta...
  Autor materiału "Byłem kierownikiem biura poselskiego..." - drugi raz niewinny!
  Byłem kierownikiem biura poselskiego...
  Wiersze Juliana Tuwima
  Erotyki Jerzego Romana Jaglarza
  Roch Polus - wiersze
  Wiersze różne...
  Galerie
  Kontakt
Strona prywatna.
Historia mojego miasta...
 
Edward Wyroba
 
WADOWICE
Moje miasto...
Historia inna niż wszystkie...
 
WADOWICE – 2003
 
Wydano drukiem.
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kopiowanie i przedruk zabronione bez zgody Autora,
bądź osób do tego upoważnionych.
 
 
 
16.1
Człowieczy los...
Z prochu i ciszy wyszedł
Z nicości przyszedł
Życia jego tak wiele
A jednak mało
Człowieczy los
Tyle Go stało.
Jeden z milionów wielu
Mój Przyjacielu
Cierpiący i radosny
A jednak mało
Człowieczy los
Tyle Go stało
Całym sercem miłował
Nigdy nie żałował
I zawsze więcej
A jednak mało
Człowieczy los
Tyle go stało
 
 
Od Autora
„Wadowice. Moje miasto - Historia inna niż wszystkie...” - myślę, że ten tytuł wyjaśnia już prawie wszystko..., bo to i historia Wadowic, mojego przecież miasta, a zarazem historia inna niż wszystkie dotychczas wydane. Ta skromna publikacja dojrzewała - szczególnie we mnie - przez wiele lat, a mówiąc szczerze przez lat dziesięć. Co prawda pierwsze siedem rozdziałów powstało w terminie bardzo rozsądnym i one w zasadzie miały stanowić całość pracy. Ale... No właśnie, to „... ale”...
To ono spowodowało, że praca z uwagi na swój ostatni, ósmy rozdział zatytułowany „Przegrana demokracja...”, jest inną historią mojego miasta...
Inną od tych, które przyszło mi wcześniej poznać.
Kiedy już w zasadzie zakończyłem gromadzenie materiału do pierwszych siedmiu rozdziałów, które w pierwotnym zamyśle postanowiłem zamknąć wiedzą jaką posiadłem na temat historii Wadowic w okresie do pamiętnych polskich przemian ustrojowych z roku 1989 - złożyłem materiały do druku i... zapisałem na dysku komputera. Potem przez kolejne kilka lat tylko od czasu do czasu otwierałem 40. stronicowy plik komputerowy, aby dokonać drobnej korekty tekstu, bądź uzupełnić materiał kolejną ważną informacją, do której w sposób przypadkowy udało mi się dotrzeć. Najczęściej przy takiej okazji próbowałem podejmować kolejne wyzwanie... i za każdym razem, kiedy wchodziłem do zapisanej już na komputerowym dysku pracy, obiecywałem sobie, że jej ukoronowaniem będzie jeszcze jeden, ostatni rozdział - rozdział o... demokracji. Chyba przez pięć kolejnych lat przymierzałem się do opracowania takiego rozdziału, ale... No właśnie... Znowu to „ale”... - powracające za każdym razem niczym bumerang, w formie wręcz tragicznego pytania... No bo jak w sposób rzetelny można opisać demokrację, której po prostu nie ma? Jak? Długo się zastanawiałem... Później jeszcze dłużej niszczyłem kolejne zapisy... Aż doszedłem do wniosku, że ten ostatni rozdział historii mojego miasta będzie inny od stereotypu dotychczasowych opracowań historycznych, a zarazem inny od pierwszych siedmiu rozdziałów... Postanowiłem, że jego tytuł „Przegrana demokracja...” będzie w pełni odzwierciedlony treścią. Jednak treścią odmienną od treści jaką wcześniej sobie założyłem. A więc treścią o poszczególnych zdarzeniach, wybranych z historii ostatnich dwudziestu lat mojego miasta losowo, bez zbędnych dat i pełnej imiennej listy bohaterów tragedii „granej na deskach wadowickiej historii”.
 
Postanowiłem też, że historię dziejów najnowszych mojego miasta, tę „jedyną i słuszną”, opracują inni - Ci, którzy do chodzenia na kolanach zostali stworzeni...
Czy postąpiłem dobrze, rozsądnie... Ocenę pozostawiam tym z Państwa, którzy w cierpliwości dotrwają do końca...
 
Z wyrazami szacunku pozostaje
Edward Wyroba
 
 
Moje miasto
 
Jest takie miasto na tej ziemi,
jedno z największych polskich miast...
Ono Pasterza dało światu,
w chrześcijańskiej historii tysiąca lat.
 
Najznamienitszy wyrósł Polak
wśród jego murów, ulic, placów
i stąd..., z nad Skawy wyruszył,
                                                   by...
(jako papież - a nie Ojciec święty)
... pasterzować światu.
 
676 LAT TEMU...
Uznany historycznie początek dziejów miasta to rok 1327, z którego pochodzi akt zhołdowania księstwa oświęcimskiego Janowi Luksemburczykowi. W zasobach Statniho Archivu w Pradze znajduje się oryginał pergaminu o wym. 24 cm x 19 cm, z plisą o szer. 3,5 cm i przywieszoną na zielonym sznurku pieczęcią Jana Scholastyka, księcia oświęcimskiego. Dokument wydany 24 lutego 1327 roku w Bytomiu stanowi, że Jan, książe oświęcimski uznaje się wasalem króla czeskiego, Jana Luksemburskiego i przyjmuje od niego w lenno ziemię oświęcimską, miasta i grody Oświęcim i Zator, Kęty, Żywiec, Wadowice i Spytkowice. Fragment łacińskiego tekstu, określającego hołdowane terytorium, brzmi dosłownie tak: „...terram nostram Osswencinensem cum suis civitatibus et castris, videlicet Osswencin civitate cum castro, Zathor civitate, Kant, Zipscha, Wadowicz et Spikowicz opidis...”. Na przywieszonej pieczęci widoczny jest zarys orła i otaczającego go napisu. W tymże akcie (fotokopia w zbiorach Autora) Wadowice wymieniono po raz pierwszy jako miasto. Z tego też roku 1327 pochodzą pierwsze wzmianki o erygowaniu wadowickiej parafii p.w. Wszystkich Świętych, która jednak decyzją biskupa krakowskiego Jana Grota, z roku 1335 staje się filią kościoła i parafii w Woźnikach. Jednak, co ponad wszelką wątpliwość ustalili historycy, zachowany dokument nie jest aktem nadania Wadowicom praw miejskich. Te otrzymały one kilka lat wcześniej, za panowania kasztelana oświęcimskiego księcia Władysława, pierwszego udzielnego (niezależnego - od Polski i Czech) pana tych ziem. On to około roku 1318 nadał Wadawicom pierwsze prawa miejskie, opatrzył miasto herbem, który w formie niezmienionej przetrwał do lat dziewięćdziesiątych XX wieku. O tym, że herb miasta sięga czasów średniowiecza, mówią jego elementy - połowa orła złotego na niebieskim tle, którym pieczętował się książe Władysław oraz dodana biała baszta forteczna - wieża zamku oświęcimskiego - na tle czerwonym, wiążąca miasto ze stolicą nowo powstałego księstwa oświęcimskiego.
 
... I ZNACZNIE WCZEŚNIEJ
Nie były to jednak początki osadnictwa nad Skawą. Najstarsze ślady pobytu człowieka nad Skawą pochodzą sprzed 9000 lat. Nieliczne wykopaliska archeologiczne, w okolicach Gorzenia Górnego, Kleczy Dolnej, Mucharza, Barwałdu Górnego, Bugaja, Witanowic i Marcyporęby, potwierdzają, że przez ziemię wadowicką na przestrzeni kilku tysięcy lat przewijały się ludy różnych kultur (od łużyckiej: 1300-300 lat p.n.e. - począwszy a na wpływach rzymskiej skończywszy), które jednak nie zaowocowały trwałym osadnictwem.
Za pierwszego osadnika, który na stałe osiadł nad Skawą, należy uznać Słowianina o imieniu (zanotowanym jako prasłowiańskie) Wad, a że w tamtych odległych czasach określano nie osady, ale ludzi w nich osiadłych, czyli nie: ... w Wadowicach mieszkają..., ale: ...nad Skawą ród Wada osadzonym jest; przyjąć należy także, że od imienia jego w wieku XII, miejsce w którym osiadł obecną nazwę przyjęło. Powstanie pierwszej osady nie było przypadkowym. Wiązało się ono z wiodącym tamtędy szlakiem komunikacyjnym z Zatora do Mucharza, dogodną przeprawą przez rzekę i co wówczas było bardzo ważnym, z łatwym dostępem do wody. Wszystko to jednak domysły oparte na legendzie, nie udokumentowane historycznie. Istnieje wprawdzie dokument „świętopietrza” z 1325 roku, w którym pada nazwa Wadowic jako filii kościoła mucharskiego, lecz brak w nim danych na temat stanu osady i jej historii. W roku datowania początków miasta istniały już parafie w Przybradzu, Frydrychowicach, Witanowicach, Radoczy, Graboszycach, Inwałdzie, Barwałdzie, Woźnikach, Jaroszowicach i wspomniana wyżej, najstarsza w Mucharzu, co świadczy o fakcie zasiedlenia doliny Skawy. Położenie Wadowic nie było wówczas atrakcyjne z powodu braku zabezpieczenia terenu od południowego zachodu, braku traktu komunikacyjnego z zachodu na wschód oraz bliskości dużych osad; Mucharza i Woźnik, do których zdążali potencjalni osadnicy.
Należy tutaj wspomnieć o całkowicie innych warunkach geologiczno-hydrologicznych terenu. Ujście Choczenki do Skawy jeszcze na mapach z połowy XIX wieku oznaczone jest jako teren podmokły, bagnisty. Także nazwa Łazówka (od łozy czy łąki) mówi o jego charakterze. Dawniej Choczenka wpadała do Skawy w miejscu obecnego placu Westerplatte. Układ topograficzny wskazuje, że oś wytyczona obecną ulicą Mickiewicza pokrywa się z dawną skarpą brzegową Choczenki. Wiercenia geologiczne wykazały, że Pl. Getta i ulice: M. Wadowity, Zatorska, Krakowska, były jej terenem zalewowym, co może uzasadniać, że zabezpieczenie przeprawy właśnie przez Choczenkę a nie Skawę, było istotnym uzasadnieniem dla pierwszego osadnictwa. Naturalnym terenem była terasa Skawy, wówczas w miejscu obecnego Pl. Jana Pawła II. Wspomniane wyżej niedogodne uwarunkowania pozwalają przypuszczać, że samo osadnictwo nastąpiło z nakazu bądź za przyczyną intratnego przywileju. Układ urbanistyczny miasta wskazuje na wspomnianą wyżej, główną oś komunikacyjną właśnie z północy na południe, od Choczenki poprzez rynek na Karmel. Wyraźny jest w obecnej zabudowie, ukształtowany na wcześniejszej po 1430 roku, plan owalnicy wytyczonej ulicami: Krakowska - Pl. Jana Pawła II - Pl. Kościuszki i Zatorska - Pl. Jana Pawła II - Pl. Kościuszki. Rozplanowanie zabudowy wzdłuż osi komunikacyjnej zaowocowało późniejszym utworzeniem Rynku Mydlanego (obecny Pl. Westerplatte), Rynku Głównego (Pl. Jana Pawła II) i Rynku Zbożowego (Pl. Kościuszki). Do XIX wieku istniał nad Choczenką, w okolicach dzisiejszej Targowicy, drewniany kościółek. Może był on erygowany jako votum za pomoc Najwyższego w niebezpiecznej przeprawie? Istnieje taka hipoteza.
  
Wróćmy jednak do czasów panowania Bolesława Sandomierskiego zwanego Wstydliwym. Okres jego panowania to pogłębienie rozdrobnienia dzielnicowego.
Kiedy w 1243 roku obejmował panowanie, Polska liczyła 11 dzielnic, w tym 5 na Śląsku. W roku 1279 było ich już 23, w tym na Śląsku 12.
Ten okres, który był okresem walki o krakowski tron, zadecydował prawdopodobnie o założeniu przyszłych Wadowic. Granica stałego napięcia i potencjalnej wojny pomiędzy dzielnicami śląskimi a krakowską przebiegała na rzece Skawie i to uzasadniałoby tezę o osadzeniu ok. roku 1243, z polecenia księcia opolskiego, władcy tych ziem, na wysokim brzegu Skawy pierwszych strażników pilnujących sprawnej przeprawy przez Choczenkę. Utrzymanie bowiem komunikacji wzdłuż granicy, na trakcie komunikacyjnym z Zatora do Mucharza, miało przede wszystkim strategiczne znaczenie. Następne lata to stały rozwój przygranicznej osady. Lata siedemdziesiąte XIII wieku były okresem dalszej walki o tron z udziałem książąt niemieckich i czeskich, którzy popierali księstwa śląskie. Sprzymierzony z Wacławem czeskim książe Władysław opolski zajął zbrojnie w 1274 roku tereny za Skawą i przesunął wschodnią granicę księstwa na potok Skawinka. Po jego śmierci (ok. 1281 r.) z podziału księstwa opolskiego wyłoniły się kasztelanie; cieszyńska i oświęcimska. Po śmierci kolejnego władcy tych ziem, księcia Mieszka II, drogą podziału spadkowego powstało samodzielne księstwo oświęcimskie, a jego syn Władysław oświęcimski, dla podniesienia rangi swojego księstwa nadał Wadowicom około 1318 roku prawa miejskie i herb - o czym wspomniano na początku.
Należy przypuszczać, że była to już wówczas osada z zabudową wspomnianą wyżej, na planie owalnicy, na którym po pożarze w 1430 roku lokowano ponownie miasto. Tamten układ zabudowy zachował się do czasów nam współczesnych. Pozostałością opisanej tutaj przeszłości, której ślady zachowały się do dzisiaj, jest miejsce znane wadowiczanom jako „dworek Mikołaj” - siedziba sąsiadującego z Wadowicami wójtostwa. To tutaj ok. roku 1426 miał swój młyn starosta oświęcimski Mikusz Decholbie a przez kolejne kilkadziesiąt lat właścicielami wójtostwa był ród Komorowskich - panów Żywca, z którego najsłynniejszy - Mikołaj (od jego imienia pochodzi do dzisiaj zachowana nazwa dworku) - hulaka i okrutnik, przepuszczając majątek, zastawiając Żywiec za długi, zmarł w 1633 roku na pozostałym mu skromnym wójtostwie koło Wadowic.
Czasy późniejsze nie są już tak tajemnicze jak opisany wyżej okres pierwszego osadnictwa.
 
CO MÓWIĄ DOKUMENTY...
Były to czasy kiedy mieszczanie wadowiccy starannie przechowywali cenne dokumenty, przywileje nadane Wadowicom przez książęta i królów. Ponad sto lat temu profesor wadowickiego gimnazjum Walerian Heck opublikował pracę pt. „Archiwum miejskie w Wadowicach”, a w roku 1891 - drugą zatytułowaną: „Archiwa miejskie księstw oświęcimskiego i zatorskiego”. Nieco później pisał też o miejskich dokumentach wadowickich profesor historii w tymże gimnazjum - Teofil Klima. Z tych jakże ważnych historycznie opracowań dowiadujemy się dzisiaj, że wzmiankowane archiwum liczyło 21 dokumentów z lat 1496-1765 i 43 księgi miejskie radzieckie i ławnicze, pisane w niewielkiej części po łacinie a w większości po polsku. Skrzynia z dokumentami przechowywana była w magistracie, tu też udostępniano owe dokumenty badaczom i historykom. Jeszcze w roku 1938 Józef Putek pisał: („O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie”), „...również bogate jest archiwum miasta Wadowic, posiada bowiem 21 przywilejów książęcych i królewskich i 32 księgi zawierające akta urzędu radzieckiego i ławniczego z lat 1550-1789. Archiwum na wójtostwie wadowskim Mikołaju posiada sporo przywilejów, aktów procesowych i ksiąg obejmujących sprawy wójtostwa, starostwa barwałdzkiego i wsi ziemiańskiej Gorzenia, a nadto „Summaryusz papierów” zawierający zapiski o dokumentach między innymi wsi Osieka, Grojca i Bielan.”
Profesor Walerian Heck zauważył, że zbiory wadowickie w porównaniu z okolicznymi miastami były na pierwszym miejscu pod względem materiału rękopiśmiennego, przechowywane były w jednej szafie, w dobrym stanie, opatrzone kolejnymi numerami.
 
Pierwszym średniowiecznym zabytkiem był przywilej z 28 listopada 1496 roku, w którym Janusz Jan (IV) książe zatorski potwierdzał przywilej księcia oświęcimskiego Kazimierza z 10 listopada 1430 roku. Nadawał on ponownie Wadowicom prawa miejskie, zwalniał mieszkańców od „... robocizny na rzecz księcia na zawsze i od czynszów na lat sześć” oraz zezwalał na wiele ulg, m.in. pogorzelcy mogli wyrąbywać drzewo z lasów książęcych celem odbudowy domów po pożarze, który dotknął miasto w owym roku. Korzystnie dla miasta regulował kwestie handlu i rzemiosła oraz zezwalał na... połów ryb w rzece Skawie „... sakiem a wędką we środy i piątki”. Tym też przywilejem zostało zniesione osadnicze prawo polskie a przydane po wsze czasy - chełmińskie, co oznaczało wprowadzenie określonego rozwoju samorządu miejskiego.
Po śmierci wspomnianego wyżej księcia Kazimierza, w roku 1454 doszło do kolejnego podziału ziemi oświęcimskiej pomiędzy trzech jego synów: Wacława, Przemysława i Janusza. Podział ten przyniósł powstanie księstwa zatorskiego, w obrębie którego znalazły się Wadowice. Panowanie nad nim objął najstarszy z braci - Wacław, który ok. roku 1456 stał się lennikiem króla Polski.
 
Z numerem drugim przechowywano w wadowickim archiwum przywilej nadany przez króla Zygmunta I w roku 1521, wprowadzający dwa jarmarki roczne tj. w niedzielę po św. Janie Chrzcicielu i w niedzielę po Podniesieniu św. Krzyża i jeden dzień targowy w tygodniu w każdy czwartek. Ten ostatni zwyczaj zachował się do dzisiaj, liczy sobie więc blisko pięćset lat.
Kolejni polscy władcy potwierdzali wadowiczanom dotychczasowe przywileje. Byli wśród nich królowie: Zygmunt August, Zygmunt III, Stefan Batory, August III. Do już obowiązujących dochodziły nowe ulgi, nadania, uprawnienia dla mieszczan a zakazy, obostrzenia i kary dla przybyszów naruszających postanowienia przywilejów. Wadowiczanie zabiegali o swoje interesy, pieczołowicie chronili dokumenty i księgi miejskie, w których opisywano wiele ważnych wydarzeń oraz spraw żywotnych dla obywateli.
Z numerem 16 przechowywany był w Wadowicach przywilej wydany w Krakowie 17 lutego 1649 roku przez Jana Kazimierza, którym król przyzwalał mieszkańcom Wadowic wolnicę, tj. wolną wszystkim sprzedaż mięsa w każdą niedzielę. Warto przytoczyć treść tego dokumentu, ponieważ jako jedyny z cytowanych przez Waleriana Hecka, sporządzony był w języku polskim: „Jan Kazimierz z Bozej łaski krol polsky, wielkie Xiąze litewskie, pruskie, mazowieckie, zmudzkie, inflantskie, smoleńskie, czerniechowskie a szwedzki, gotski, wandalski dziedziczny krol. Wiadomo czyniemy tym listem naszym, wszem wobecz y każdemu z osobna. Przełozono Nam jest imieniem sławetnych mieszczan, burmistrza, raycow y wszystkiego pospolstwa miasteczka naszego nazwanego Wadowice, w starostwie zatorskim będącego, iz pomienieni mieszczanie wielkie krzywdy y praeindicia przez drogose przedawania miąs od rzeznikow tegoz miasteczka ponoszą, y a nie pomału ucisnieni bywają. I proszono Nas, abyśmy onym wolnicę rąbaną dorocznią albo wolne przedawanie miąs przywożonych we dni Niedzielne przykładem inszych miasteczek pozwolili. My tedy do prosby wysz mianowanych poddanych naszych miłościwie skłaniając się onym pomienioną wolnicę dorocznią rąbaną w miasteczku tymze Wadowicach, we dni Niedzielne od wszystkich zachowana była, y kazdy wszelkie miąso wolno mógł przedawać. Co do wiadomości wszystkich a mianowicie urodzonego dzierzawcy wadowickiego terazniejszego y na potym będącego, tudziez y rzeznikow wadowickich cechowych donosząc rozkazujemy, chcąc koniecznie, aby tey woli naszey niczym przeciwni nie byli dla łaski naszey. Na co dla lepszej wiary ręką naszą ten list podpisawszy pieczęcią koronną zapieczętować rozkazaliśmy. Dan w Krakowie na seymie szczęśliwey koronacyi naszej, dnia XVII miesiąca lutego roku panskiego MDCXLIX, panowania naszego polskiego i szwedzkiego pierwszego roku - Joannes Casimirus rex - Remigianus de Piaseczno, regens cancellarii regni.”.
Jeszcze niedawno oryginał pergaminowy był dobrze zachowany, opatrzony pieczęcią koronną mniejszą, w czerwonym wosku wyciśniętą, zawieszoną na sznurku z czerwonego i białego jedwabiu, która w środkowej części uległa zatarciu.
Pewną zagadkę kryje w sobie dokument przechowywany w wadowickim archiwum z numerem 20. Akt ten został wydany w Warszawie dnia 6 listopada 1754 roku, mocą którego August III, król polski, potwierdza przywilej króla Michała z 1669 roku, a ponadto udziela pozwolenia na stawianie młynów o trzech kamieniach na rzece Skawie w obrębie gruntów miejskich i na sprzedawanie soli przez mieszczan a zarazem wzbrania Żydom osiedlania się i zajmowania się handlem w mieście. „...Oryginał pergaminowy w kształcie zeszytu, dobrze zachowany, pieczęci brak” - dodaje Walerian Heck. Dziwnym trafem cytowany dokument jako jedyny z magistrackich archiwaliów został sfotografowany i przetrwał do naszych czasów w postaci reprodukcji. Tekst mówi o budowie młynów na rzece Skawie, potwierdzając przypuszczenie o bliskości rzeki w stosunku do zabudowy miejskiej. Prawdopodobnie w późniejszym czasie Skawa zmieniła koryto, przesuwając swe wody na wschód. Józef Putek w swojej książce - „Miłościwi panowie i krnąbrni poddani” pisze: „... łożyskiem Skawy po odsypiskach rzecznych prowadził szlak drogowy z Wadowic do Jordanowa. Dziś z rynku prowadzi on ulicą Zegadłowicza, przez Groble na Gorzeń. W połowie XVII wieku tędy drogi nie było. Wychodziła ona z Wadowic dzisiejszą ulicą Karmelicką i skręcała na „Niwy”, a stamtąd biegła na Gorzeń...”. Taki bieg traktu do Gorzenia wynikał zapewne stąd, że poniżej rynku płynęła Skawa, której wody stanowiły naturalną ochronę miasta od wschodu.
Przez niespełna pięć wieków archiwum miejskie było skutecznie zabezpieczone przez wadowiczan przed wszelkimi zagrożeniami. Cenne dokumenty przetrwały najazd szwedzki, walki konfederatów barskich i I-szą wojnę światową, wielokrotne przemarsze wojsk własnych i obcych, towarzyszące temu grabieże i zniszczenia. Istniały na chwałę królewskiego miasta mimo wielu zmian władzy, przychodzących i odchodzących rajców, burmistrzów i starostów. Podtrzymywały nadzieję na powrót polskości w latach podporządkowania i zaborów. Archiwum wadowickie przetrwało przewalające się klęski, w które obfituje historia miasta: pożary, powodzie, zarazy. W tych ciężkich czasach w których dość powszechnie panowało prawo siły a nierzadko zdziczenie obyczajów i bezpardonowa walka o byt, nasi przodkowie potrafili chronić świętości i chlubić się miejskim obywatelstwem. Nie udało się to niestety naszym ojcom w latach II-giej wojny światowej i tuż po okupacji niemieckiej. W tedy bowiem wadowickie archiwum miejskie przestało istnieć. Wersja oficjalna mówi o zniszczeniu lub zgubieniu historycznych dokumentów. Czy zostały bezmyślnie spalone, wywiezione lub też zagarnięte przez kogoś - tego nie wiadomo.
Jednak w zasobach archiwalnych i w zbiorach muzealnych oraz bibliotekach znajdują się jeszcze inne rękopiśmienne pamiątki historyczne. Zapisy mówiące o Wadowicach spotyka się w dokumentach traktujących o sprawach innych miast. Wnoszą one często nowe informacje poszerzając naszą wiedzę o rodzinnym mieście.
 
Za czasów Jana II, podobnie jak za panowania jego ojca, utrzymywano ścisłe kontakty z Czechami. Konsekwencją tego faktu było przejmowanie wielu obyczajów panujących na praskim dworze. Tu zaś posługiwano się urzędowo językiem niemieckim. Stąd sporządzony 13 maja 1400 roku dokument, w którym Wacław król rzymski i czeski zatwierdzał zapis pięciu tysięcy grzywien groszy polskich na miastach Zator i Wadowice, zamku Wołek oraz wsiach Przeciszów, Przewóz, Spytkowice i innych, który uczynił Jan, książe oświęcimski na rzecz żony swojej Jadwigi, celem zabezpieczenia jej dożywotnio 500 grzywien rocznego czynszu. Oryginał dokumentu przechowywany jest w zbiorach Biblioteki Czartoryskich w Krakowie. Ten niemieckojęzyczny zapis stał się przyczyną wielu nieporozumień. Występują w nim bowiem obce nazwy miejscowości księstwa oświęcimskiego. Tak np. Wadowice to Frawenstat (miasto kobiety), a Zator - Newenstat (miasto niewiasty). W ślad za tym doszukiwano się początków naszego miasta w kolonizacji niemieckiej, podejmowano próby wyjaśnienia tej obcojęzycznej nazwy. Najbliższe prawdy jest przypuszczenie, że urobiono ją tłumacząc pierwotny tekst dokumentu sporządzonego w języku łacińskim lub czeskim, a mówiącego w wolnym tłumaczeniu „o przekazaniu miast na własność kobiecie”, na obowiązujący w praskiej kancelarii królewskiej - niemiecki. O przypadkowości tej nazwy świadczy jej przejściowy żywot. W późniejszych dokumentach używa się znów oryginalnej nazwy patronimicznej - Wadowice. Skoro w pierwszym, cytowanym poprzednio, datowanym na rok 1327 akcie hołdowniczym używa się nazwy „Wadowicz” a w znanych piętnastowiecznych - „Wadowicze”, to można z tego wyciągnąć tylko jeden uprawniony wniosek. Pierwotna i właściwa jest nazwa odojcowska oznaczająca, że daną osadę zamieszkiwali potomkowie lub ludzie pierwszego właściciela o nazwisku Wad. Współczesny poziom wiedzy toponomastycznej nie dopuszcza nawet żadnego innego wyjaśnienia dla tak skonstruowanej i historycznie potwierdzonej nazwy.
Dokumentem spisanym w Wadowicach 13 sierpnia 1492 roku Włodek książe oświęcimski i zatorski zabezpieczał żonie swojej Annie wiano na tym mieście. Mimo, że posłużono się przy tej okazji dla odmiany językiem czeskim, użyto tradycyjnej nazwy „Wadowicz”, co jest wyraźnie widoczne na pergaminie przechowywanym w zbiorach Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie.
Również najstarsza księga sądowa Wadowic z lat 1463-1549 prowadzona była w języku czeskim. Czesi wywierali różnorodne naciski na uzależnione ludy aby przymuszać je do posługiwania się językiem czeskim, zwłaszcza w sądach. Politykę tę zahamowała dopiero inkorporacja księstwa oświęcimskiego i zatorskiego do Polski (1564 r.). Narzucony ziemi oświęcimskiej obcy język, po przyłączeniu księstw do Korony został zastąpiony polskim. Łacinę natomiast wprowadzono do sądownictwa tych ziem z początkiem XVII wieku. Większość dokumentów wychodzących z kancelarii królów polskich sporządzana była po łacinie. M.in. akt wydany w Krakowie dnia 10 marca 1540 roku, mocą którego Zygmunt król polski stwierdza, że Jerzy i Jan Myszkowscy zrzekli się na rzecz skarbu państwa swych praw i pretensji do Wadowic. Oryginał, jak i poprzedni, przechowywany jest w zbiorach Archiwum Głównego Akt Dawnych w Warszawie.
Podobnie, w zachowanym do dzisiaj w zbiorach Archiwum Wojewódzkiego w Krakowie pergaminie z roku 1590, akt graniczny zatwierdzony przez Zygmunta III, tyczący się miasta Wadowic i wsi Gorzeń, napisany jest w języku łacińskim. W tekście występuje zwrot: „oppidi nostri Wadowicze”. Dokument jest opatrzony pieczęcią królewską i czytelnym podpisem: Sigismundus Rex.
 
Ale wróćmy do historii grodu. Następca księcia Włodka, jego młodszy brat Janusz Jan (IV), w roku 1494 sprzedał księstwa oświęcimskie i zatorskie królowi polskiemu Janowi Olbrachtowi. Akt sprzedaży, opiewający na wysoką w owych czasach kwotę: 80-ciu tysięcy dukatów, zastrzegał księciu Januszowi prawo do tytułu, kwartalną rentę solną i prawo dożywotniego władania sprzedanymi ziemiami, z czego jednak nie korzystał zbyt długo. W wyniku sprzeczki o wodę, której dopływ do stawów Kasztelana Myszkowskiego - syna wojewody - zastawił, zginął z ręki tegoż w Laskowej k/Zatora w roku 1513. Śmierć księcia Janusza Jana (IV) i zawarty przez niego z królem Janem Olbrachtem akt sprzedaży pozwoliły królowi Zygmuntowi I Staremu czynić starania o wcielenie ziem objętych „aktem” do Korony. Sejm w Warszawie owe starania ukoronował sukcesem, dokonując w roku 1564 urzędowego wcielenia obu księstw do Polski, zachowując ich dotychczasowe nazwy - oświęcimskie i zatorskie.
I odtąd, mimo że Wadowice nigdy miastem królewskim nie były, wadowiccy mieszczanie na sporządzanych przez siebie dokumentach dopisek: MIASTECZKO JEGO KRÓLEWSKIEJ MOŚCI - WADOWICE, czynili.
 
Na rozwój miasta w wieku XVI znaczny wpływ miały zapewne tendencje rozwoju samorządu mieszkańców, dające miastu m.in. własną władzę administracyjną, policyjną, podatkową, sądowniczą oraz prawo podejmowania uchwał miejskich. W dokumentach z XVI wieku Wadowice zaliczane są do średnich miast polskich a dane z roku 1550 mówią, że zamieszkuje je 1500 osób. W tamtym czasie znajdowało się tu kilka stawów rybnych i 49 warsztatów rzemieślniczych: 10 szewskich, 8 płócienniczych, 6 piekarskich, 4 krawieckie, 4 sukiennicze, 2 bednarskie, 2 kowalskie, 2 ślusarskie oraz po jednym mincerza, kołodzieja i łaziebnika. Językiem urzędowym samorządu był język polski a o „nowoczesności” organizacji miejskiej świadczy fakt, że mieszczaninem stawał się każdy urodzony w mieście lecz dopiero po dojściu do pełnoletności, przez przyjęcie przepisowej przysięgi. Obcy przybywający do miasta w celu osiedlenia przyjmowani byli do społeczności po okazaniu „listu urodzenia” (mieszczanie) albo „listu wolności” (włościanie), zaś szlachcic musiał złożyć przyrzeczenie skrupulatnego płacenia podatków i wykonywania świadczeń na rzecz miasta.
Pierwsza wzmianka dotycząca ratusza pochodzi z roku 1633. Wówczas to, po pożarze wystawiono nowy, z drewna, gontem kryty, z izby sądowej, więzienia i izdebki się składający. Czterech rajców zarządzających miastem, dwóch mianowanych przez Starostę a dwóch wybieranych, kolejno przez kwartał pełniło urząd Burmistrza. Ponadto działał w mieście Sąd złożony z Przewodniczącego i siedmiu ławników. Wszystkie godności miejskie pochodziły z wyborów.
 
Jest to okres pierwszej znaczniejszej sławy grodu nad Skawą przyniesionej mu przez wybitnego teologa, filozofa rektora Akademii Krakowskiej - Marcina (1567-1658) z racji urodzenia przezwanego Wadowitą a jako syn chłopski, który uciekł z pola by kształcić się w szkołach nazywanego mianem „Campius” (łac. camp - ziemia, campius - uciekinier z ziemi, z roli).
Był człowiekiem wszechstronnie wykształconym, słynącym z pracowitości, tolerancji, męstwa, mądrości oraz troski o rozwój bazy uniwersyteckiej i dbałości o krakowskich żaków. Za swe zasługi, na mocy przywileju króla Zygmunta I, otrzymał tytuł szlachecki w raz z majątkiem, z którego znaczne sumy przeznaczył na rozwój burs akademickich w Krakowie. Kroniki mówią także, że dla Wadowic ufundował szpital i szkołę. Jak podaje w swoim „Dziejopisie” (z pocz. XVIII wieku - oryginał w Muzeum żywieckim), wójt żywiecki - Andrzej Komoniecki: Marcin rodem z Wadowic danym był przez rodziców do pasienia świń, lecz gdy wilk wieprza porwał, ten uciekł był do Krakowa, gdzie nauki pobierać zaczął. Przygarnięty przez księży, nadzwyczaj zdolny i pilny, ukończył teologię, a następnie pobierał nauki w Akademii Krakowskiej, z przylgniętym z racji urodzenia, przydomkiem Campius. Stopień Doktora Świętej Teologii uzyskał po studiach w Rzymie. Przeszedł wszystkie szczeble ówczesnej kariery - od dożywotniego proboszcza kościoła p.w. św. Floriana na krakowskim Kleparzu do godności Kanclerza Uniwersytetu. Mimo, że w tamtych czasach owe godności były dostępne tylko „dobrze urodzonym”, gdyż dominowało przekonanie, że chłopskiego pochodzenia nie mógł ukrywać aksamit, dzięki swej pracowitości i otrzymanym od Boga talentom, ten, jak go nazywali jemu współcześni, „świniopas”, doszedł do najwyższych godności akademickich. Często jednak, przyjmując od profesorów Akademii Krakowskiej należną Kanclerzowi uniwersytetu cześć, spotykał się z pogardliwym spojrzeniem, ale nie czynił z tego żadnych złości, a wręcz przeciwnie, korzystając z dowcipu, którym podobno brylował w środowisku, chwytał za róg togi mówiąc znane wadowiczanom do dzisiaj powiedzenie: „... dziękuję ci aksamicie! Kłaniają się Wadowicie!”.
Jak już wyżej wspomniano, był człowiekiem zdolnym, pilnym, pracowitym i co pewnie pozostało po jego chłopskim pochodzeniu, czułym na niedolę innych. Zasłynął jako wybitny teolog i obrońca idei tolerancji. Do dzisiaj, w dziale rękopisów Biblioteki Jagielońskiej w Krakowie, znajduje się dziesięć prac wadowiczanina, a kroniki uczelni mówią, że kiedy w roku 1598 podburzana przez bigotów i dewotki młodzież akademicka wyprowadziła z domu czołowego przywódcę Arian - Fausta Socyna (Fausto Sozzini - 1539-1604), aby go zgładzić - utopić - swym płomiennym przemówieniem odwiódł żaków od owego tragicznego zamiaru, mający ogromne poważanie wśród młodzieży akademickiej Marcin z Wadowic. Podobnie, pozytywnym skutkiem, zakończyła się interwencja Wadowity w sporze Jakuba Szczygielskiego z kalwińskimi złotnikami w roku 1615. Przekonany o racjach złotników, stanął po ich stronie, nie dając ich skrzywdzić mimo, że szala sprawiedliwości już prawie przechyliła się na korzyść zawistnego szlachcica.
Innym sukcesem Kanclerza Akademii Krakowskiej było doprowadzenie do niebywałego rozkwitu ówczesnej bazy uniwersyteckiej. Czym zyskiwał coraz większe poważanie u żaków krakowskich. Potwierdza to okres pracy rektorskiej, którą kontynuował ponad pół wieku, a należy pamiętać, że wówczas rektora wybierano co semestr, który był odpowiednikiem dzisiejszego roku akademickiego.
Parokrotnie bywał w Rzymie na rozmowach z papieżem Klemensem VII, który chętnie słuchał wywodów i swad polemicznych, a niepospolitych, człowieka o szerokiej wiedzy i inteligencji, co zresztą wyraził w słowach znanych do naszych czasów: „... in Vadowita ars angelica, vox diabolica, mores rusticani” - wiedza w nim anielska, głos diabelski, obyczajność wiejska.
Jego światły umysł oraz zasługi wniesione w rozwój Akademii Krakowskiej zostały dostrzeżone przez dwór królewski. Na mocy przywileju z roku 1536 Zygmunt I Stary nadał doktorowi Marcinowi tytuł szlachecki wraz z majątkiem Pawłowice, na którym to szlachcic Wadowita uczynił zapis 3.000,- złotych polskich na rzecz burs akademickich. Nie zapomniał również o mieście z którego, zapewne ze strachu, jako młody chłopiec musiał uciekać i ufundował mu szpital dla osób ubogich (z których sam się wywiódł) płci obojga i szkołę dla młodych, przez co pewnie tym najbardziej uzdolnionym pragnął dać szansę osiągnięcia zaszczytów, której sam nie miał tutaj w Wadowicach.
Zmarł powszechnie żałowany dnia 07 lipca 1658 roku. Tę datę potwierdza napis na portrecie, namalowanym napewno za życia Doktora Świętej Teologii Marcina Wadowity, lecz powieszonym już po Jego śmierci, w poczcie rektorów Uniwersytetu Jagielońskiego w Krakowie. A napisano tam:
„M. Martinus Campius Vadovius. S. Theologioe Doctor et Profesor, Universitatis Crac. Ecclesiae Collegiatae ad S. Florianum Prepositus.
Virtute et sapientia clarus.
Obijt A.D. 1658, Die 7 Julij.
Actatis suae anno Septuagesimo primo.”
A, że napis w języku łacińskim, więc i w czasach nam współczesnych, łatwy do przetłumaczenia. W tłumaczeniu prawie ścisłym brzmi:
„Magnificencja Marcin Campius (uciekinier z roli) Wadowita (z Wadowic pochodzący). Świętej Teologii Doktor i Profesor Uniwersytetu Krakowskiego. Kościoła kolegiackiego p.w. św. Floriana prepozyt (proboszcz-zarządzający).
Sławny z cnót i mądrości.
Zmarł Roku Pańskiego 1658, dnia 7 lipca.
W roku swego życia dziewięćdziesiątym pierwszym.”.
Jego imię w rodzinnym mieści nosi ulica, osiedle mieszkaniowe i najstarsza szkoła średnia, niegdysiejsze gimnazjum, a obecne liceum ogólnokształcące.
 
Mimo wszystkich łaskawości spływających na miasto i troski królów oraz możliwości samorządowych mieszkańców, wydarzenia XVII wieku wpłynęły ujemnie i zahamowały rozwój Wadowic na półtora wieku. Przyczyną takiego stanu były m.in. klęski żywiołowe nękające miasto: pożary w latach 1602 i 1652 oraz zaraza morowa, która padła na miasto epidemią w tymże samym 1652 roku. Niewątpliwie, rzeczą mającą poważny wpływ na wstrzymanie rozwoju grodu, był także szerzący się w jego okolicach rozbój. Tylko w roku 1638 miasto wydało na tzw. obronę domową (na zbójniki) 625,- złotych. Jak pokaźna była to suma niech świadczy fakt, że w owym czasie cielak kosztował 2 złote i 12 groszy. Był to także okres znacznego wzrostu wydatków miejskich związanych z obroną kraju (wojny z kozakami i Szwedami). Dla przykładu należy podać, że jeżeli w roku 1637 wydatki miasta na te cele wynosiły 1.000,- złotych, to w latach 1649-1654 miasto wydało na obronę kraju - żołnierzy koronnych i różnego rodzaju kontrybucje - aż 15.500,- złotych. Kwota ta nie obejmowała zwykłych wydatków miejskich. Okoliczności te spowodowały, że miasto musiało pożyczać pod zastaw m.in. Zaskawia, Łaz (Łazówki) i ziem z położonymi na nich stawami przy granicy z Gorzeniem, przez co ubożało coraz bardziej by z miasta „... średniego w Polsce” w roku 1660 stać się „... mieściną posiadająca zaledwie 75 domów, około sześciuset mieszkańców i sześć sztuk bydła robotnego”.
Zapewne tak znaczne zubożenie miasta miało wpływ na kolejne przywileje nadane mieszkańcom Wadowic w roku 1669 przez Michała Korybuta Wiśniowieckiego, którymi rozszerzył przywileje nadane Wadowicom przez poprzednich władców i wydał zgodę na dwa dodatkowe jarmarki rocznie.
Protokoły miejskie z XVIII wieku mówiły o rozpoczynającym go w 1726 roku pożarze, który pochłonął także kościół i ratusz oraz o trudnościach finansowych związanych nie tylko ze spłacaniem dawniejszych długów lecz i tych zaciągniętych w związku z wydarzeniami Konfederacji Barskiej (1768-1772), do której miasto przystąpiło nakładając na mieszkańców nowe ciężary. Upadkowi miasta nie mogły zapobiec kolejne przywileje nadane Wadowicom w roku 1754 przez Augusta III Sasa (na mocy dokumentu przechowywanego w wadowickim archiwum z nr 20, który omówiono wcześniej), gdyż nie mogły one wyrównać w żaden sposób zobowiązań i nakazów nakładanych na mieszczan m.in.: uchwałą pospólstwa z 24 sierpnia 1768 roku, przyznającą 400,- złotych na wydatki konfederatów i żądaniem z roku 1770, którym zobowiązano miasto do dostarczania olbrzymiej ilości żywności w celu zaopatrzenia wojska z twierdzy lanckorońskiej.
 
Destrukcyjne działanie przynosi miastu również złe funkcjonowanie Samorządu Miejskiego. Świadectwem tego jest ustalona przez Sąd Komisarski Królewski „Ordynacja Dobrego Rządu w Miasteczku Jego Królewskiej Mości ex decrete Iudicii Commissarialis S.R. Mits Dni Clemtmi die 28 Mensis Maii 1727 ułożona”, w której zapisano m.in. „... ponieważ zaś praktykuje się, że tak p. burmistrz i radni jako i pospólstwo zamiast wezwania Ducha Św., aby był pomocą do obrad, ile wprzód mocno się napiją a potem pijani zasiadają i swary a hałasy ze zgorszeniem ludzi robią, więc serio się przykazuje aby p. burmistrz i rada dali z siebie przykład, trzeźwo się zachowali pod karą grzywien czworo czternastu a więzienia osobistego przez niedziel dwie i prywacyi z urządu na zawsze (...), że zaś się to w pospólstwie praktykuje, że pijani przychodzą, to na tych moc mieć będą p. burmistrz i radni sądzić wedle występku...”.
Dzieła zniszczenia dopełnia 18 maja 1726 roku kolejny, trzeci już pożar miasta.
I tak Wadowice, zaledwie o 70 lat młodsze od Krakowa, a o 268 lat starsze od Zamościa wchodziły w wiek XIX z... rowem kanalizacyjnym biegnącym przez sam środek rynku, jedynymi fragmentami budowli murowanych - środkową, uratowaną od pożaru, częścią kościoła i jego wieżą z wieku XV oraz osamotnione, bez swoich mieszkańców, którzy w większości opuścili miasto nie mogąc podołać trudom i ciężarom zobowiązań.
Przywołując stare dokumenty, nie mogę pominąć dokumentu, na który w 2000 roku w archiwum w Jarosławiu natknął się Zbigniew Jurczak. Było to 6 kartek formatu 20x25 cm zapisanych drobnym maczkiem, na których zawarte były informacje dotyczące miast Księstwa Oświęcimsko Zatorskiego: Oświęcimia, Żywca, Zatora, Kęt, Andrychowa, Białej i Wadowic. Dokument nie był datowany oraz oznaczony żadnymi informacjami źródłowymi. Z charakteru i stylistyki pisma należy wnosić, że musiał powstać w II połowie XIX w. Nie wiadomo też, kto i na jaki użytek go sporządził.
 
Pozwalam sobie tu, zachowując oryginalną pisownię, przywołać ten jego fragment, którym opisano Wadowice.
„... Wadowice blisko rzeki Skawy w Ks. Zatorskim.
Założywszy je Kazimierz ks. na Oświęcimiu i Zatorze, obdarzył 1430 r. prawem niemieckim, uwolnił od wszystkich podatków na lat 6, po których upływie opłacać mają mieszczanie z łanu po pół grzywny wszer.. grosz. i dawać po 2 miary /mensura/ pszenicy, żyta i owsa. Wadowycze otrzymały od Zygmunta Augusta 1550 r. pozwolenie zaprowadzić jarmarki na Wniebowst. Pańskie i na Wszystkich Św., targ zaś we czwartek. Lustratorowie 1564 r. między dochodami miasta umieszczają:
„wkupuyąszie od hali z owczami Wolochowie do lyasów na pasze, leczie dawayą ode stha 2 baranow a zimie 3 y ser walasky. Thego roku dosthalo szie baranow y z kozlami 38 a ser..y zerowe.: kiedy brkyew obrodzi biwa po kilkadziesiąth zlotich a thego roku dosthalo szie fl.6. Thargowego nie masz bo thargów nie biwa a na jarmarkhy mayą wolnoszcz. Summa centus oppidi facil mar. 120, gr 20, den 9.” Nie wchodzi do tego dochód z sadzawek czyli stawów zwanych odrośliska i karliska. Lustracja 1569 r. mówi: „wielleyby lasów było pod miasthem, dacz sprawy nyeumyely alye wedlie starego zwyczayu placą czinsz trzykrocz do roku to iesth na oswiathki mar.14, na sw. Michal 14, na Boze nar. 14.”
Po wojnie szwedzkiej zastali lustratorzy 1660 r. domów 45, każdy dawał po 5 jaj i po serze, rajcy zaś obowiązani byli dostarczać iście co roku 4 szołdry (szynki wieprzowe). „Dan barania ad praesens nie dają ani płacą, bo Walasy nie pasają, ponieważ lasy przez Komisyą do Inwałdu odpadły. Mają mieszczanie kwit zapłacenia pieniędzy coronal zł.8. Pieniądze podwodne: przy naszej bytności przyjechał Posztyagent Walmiński, na wybranie refentów od miasta.”
 
 „August III pragnąc polepszyć stan miasta przydaje 1739 r. cztery nowe jarmarki, roku zaś 1754 pozwala mieszczanom bez najmniejszej przeszkody od sprzedawać, zabraniając Żydom, stosownie do dawnych praw i zwyczajów: mieszkać i trudnić się jakimbądź handlem, pod najsurowszemi karami. Małe to miasteczko, należące do ks. Zatorskiego, opłacało podług lustr. 1765 r. a... z domów w ilości zł. 62 gr. 12, z ogrodów zł 9 gr. 18; za szołdry, jaja i sery zł. 21 gr. 18, od szynku miodu i od robienia piwa po zł. 36, od garców i alembików zł. 84 gr. 18".
 
W NIEWOLI...
W roku 1772 w czerwcu, do miasta wkroczyły wojska austriackie. Wadowice zostały włączone do monarchii. Rozpoczął się okres 146-ciu lat niewoli i poniżenia. Już w grudniu tegoż samego roku wadowiccy mieszczanie złożyli cesarzowej Marii Teresie przysięgę homagialną (hołdowniczą), dając tym wyraz swojego poniżenia i poddaństwa, co być może pozwoliło im na rządzenie się jeszcze przez jakiś czas swoimi dawnymi prawami. Rok 1777 zapisał się w historii rozpoczęciem budowy „gościńca cesarskiego” łączącego Wiedeń z Lwowem. To dzięki niemu Wadowice znalazły się przy ważnym szlaku komunikacyjnym. W 1784 roku zaborca rozpoczął proces ujednolicania prawa.
Z tego roku pochodzą zachowane do dziś dokumenty wydane przez cesarza Józefa II. Na odwrocie jednego z nich znajduje się odręczny dopisek o ich przeznaczeniu dla Wadowic. Na początku XIX wieku, już jako „wolne miasto”, po wykupieniu w roku 1802 praw dominikalnych (praw do gruntów należących do państwa prywatnego - dominium - inaczej: do obszaru dworskiego) od Marianny Hulewiczowej, Wadowice stają się siedzibą cyrkułu (1819) przeniesionego z Myślenic i wtedy rozpoczyna się okres szybkich zmian i rozwoju miasta. Ulokowano tu liczne urzędy, koszary wojskowe - austriacki 56 pułk piechoty (1827), szpital wojskowy (1830), koszary dla konnicy wraz ze stajniami (1854), sąd (1884), szpital powszechny (1896), żeńską szkołę wydziałową (1901). Szybko wzrastała liczba mieszkańców a dotychczasową zabudowę drewnianą zastępowały domy stawiane z materiałów trwałych, uzyskiwanych z pobliskich kamieniołomów i pokładów zalegającej pod ziemią gliny. W połowie XIX w. mieszkało w Wadowicach już prawie 4 tysiące osób.
Rozwijało się także szkolnictwo. W 1820 roku w miejsce istniejącej od XV wieku szkoły parafialnej powstała publiczna szkoła główna i realna składająca się z trzech klas oraz jednej elementarnej z językiem nauczania niemieckim, a w 1831 taka sama szkoła dla dziewcząt, z której zachowały się pierwsze, pisane ręcznie arkusze ocen (późniejsze z lat siedemdziesiątych XIX w. wydrukowane zostały w zakładzie Foltina). Dopiero w roku 1848 wrócił do wadowickich szkół jako język wykładowy język polski. W rok później powstała w Wadowicach niższa szkoła realna. W roku 1866 roku powstało wadowickie gimnazjum, które już w roku 1875 przeniosło się do własnego budynku wzniesionego z finansów miasta.
Lata 1831-1832 to okres, kiedy wadowiczan dotknęła kolejna już klęska epidemii. Na „cholerę azjatycką” zmarło w roku 1831 około 200 osób, zaś w roku 1832, w samych tylko koszarach około 800 żołnierzy pochodzenia włoskiego. Doświadczenia tamtych lat nie uchroniły jednak mieszkańców Nadskawia od kolejnej epidemii, jaka spadła na miasto i okoliczne wioski w roku 1847, który zapisał się w kartach historii... śmiercią około 1/3 mieszkańców tych terenów.
W połowie XIX wieku nastąpiła zmiana podziału administracyjnego, w roku 1867 Galicja weszła w tzw. „erę autonomii” - zelżenia nacisków germanizacyjnych. Obwód wadowicki podzielono na 4 powiaty. W Wadowicach pozostały jednak niektóre urzędy obwodowe a one same stolicą powiatu na kolejne 107 lat. W roku 1868 austriacy stworzyli w Wadowicach siedzibę starostwa powiatowego wchodzącego w skład Galicji i Lodomerii, obejmującego oprócz Wadowic miasta Andrychów, Zator, Kalwarię i Lanckoronę. W latach 60-tych XIX wieku (1868) odnotowano osiedlanie się w mieście ludności wyznania mojżeszowego. Napływ Żydów z biegiem lat był coraz większy. W roku 1882 na północnym krańcu miasta, przy granicy z Tomicami założyli oni własny cmentarz a w latach 1885-1889 wybudowali przy ul. Gimnazjalnej synagogę mogącą pomieścić podczas nabożeństwa ok. 700 wiernych. Tuż przed I wojną światową Żydzi stanowili prawie 20 procent mieszkańców Wadowic.
 
29 czerwca 1886 roku przyszła na świat Jadwiga Leontyna Szchayer, wadowiczanka znana w całym świecie artystycznym jako śpiewaczka sopranowa - Ada Sari. Występowała m.in. w La Scali. Zmarła w sanatorium w Ciechocinku 12 lipca 1968 roku. Porównywano ją z Heleną Modrzejewską. Była podobnie jak ta wielka aktorka gwiazdą sceny, tyle, że operowej. Obie artystki rozsławiły Polskę w świecie, osiągnęły najwyższe uznanie krytyki, podbiły serca publiczności.
Niebywałe sukcesy Ady Sari były po części wynikiem jej talentu, ale przede wszystkim zostały okupione tytaniczną pracą, wyrzeczeniami, szczególnie rezygnacją z normalnego życia rodzinnego - domu, męża, dzieci. Śpiewała główne partie w 33 operach, w jedenastu językach, odznaczając się zawsze nieskazitelną dykcją. W repertuarze koncertowym miała około 400 pieśni, w których jej koloraturowy sopran mógł brzmieć w pełnej krasie. Występowała w najpoważniejszych teatrach, pod batutą wybitnych dyrygentów: Toscaniniego, Kussewickiego, Leoncavalla, Mascagniego, Młynarskiego i Fitelberga. Jej partnerami byli najgłośniejsi ówcześnie mistrzowie sceny operowej: Schipa, Prtile, Gigli, Bonci, Szalapin i wielu innych. Podczas koncertów towarzyszyli jej wybitni instrumentaliści: wiolonczelista - Pablo Casals, skrzypek - Fritz Kreisler i pianista - Wilhelm Backhaus. Ada Sari osiągnęła szczyty sławy, stawiano ją na równi z największymi sopranami koloraturowymi świata - Adeliną Patti, Amelitą Galli Curci, Selmą Kurz, Malibran Catałani - nie była pierwszą ani ostatnią postacią, która wychodząc ze skromnych Wadowic podbiła świat.
Ojcem Jadwigi Leontyny Scheuer był Edwarda Scheuer, doktor praw, syn Piotra i Karoliny Despinoix - czytamy w parafialnych księgach, matką - Franciszka Chybińska, córka Józefa i Franciszki Michalskiej. Poniżej, w tych samych księgach parafialnych czytamy dopisek: „Za zgodą Namiestnika Lwowskiego w 1889 roku nazwisko Scheuer zamieniono na Szayer”. Artystka dodatkowo utrudniła sprawę biografom używając pseudonimu Ada Sari. Dane metrykalne znajdują potwierdzenie we własnoręcznie pisanych przez artystkę życiorysach. Wraz z aktami personalnymi przechowywane są w archiwum Akademii Muzycznej w Warszawie.
Po urodzeniu się Jadwigi, Szayerowie jeszcze przez dwa lata mieszkali w Wadowicach. Te pierwsze lata swego życia Ada Sari wspominała ze wzruszeniem: „Jako mała dziewczynka biegałam po wyboistych ulicach Wadowic ze swoją siostrzyczką i braciszkiem. Miasto było senne, ciche, typowe miasteczko urzędnicze w czasach austriackich, takie jak sugestywnie utrwalili w swych utworach poetyckich Zegadłowicz i Brzostowska. Od południa i zachodu otoczone łagodną linią gór Beskidu Małego, spało jak pająk w sieci zbiegających się do niego dróg”.
„Memoriał z powodu uroczystego założenia i poświęcenia kamienia węgielnego pod gmach gimnazjalny w Wadowicach” z roku 1874 podaje: „... miasto ma powierzchni 1730 morgów, 4000 mieszkańców. Jest siedzibą c.k. starostwa powiatowego, poczty i telegrafu, oddziału straży skarbowej tudzież posterunku żandarmerii. Stacjonuje tu załoga wojskowa składająca się z pułku rezerwy piechoty Nr 56 imienia barona Gorizutti oraz jednej dywizji pułku ułanów Nr 2 imienia księcia Schwarzenberga. Urząd miejski czyli magistrat składa się z burmistrza, jego zastępcy, trzech asesorów, sekretarza, kasjera, kontrolera, lekarza miejskiego, rewizora policji, woźnego i 5 policjantów. Jest też straż pożarna, plebania, archiwum miejskie z cennymi dokumentami, szpital powszechny, szpital dla wojska i oczywiście gimnazjum od 1866 roku”.
W roku 1888 rodzina Szayerów przeniosła się do Starego Sącza. Ojciec prowadził tu kancelarię adwokacką przy ulicy Węgierskiej. Przez 26 lat był burmistrzem tego miasta.
Pierwszą nauczycielką muzyki była dla małej Ady matka - wywodząca się z rodziny o wielkich tradycjach muzycznych (blisko spokrewniona z Adolfem Chybińskim znanym muzykologiem) szybko spostrzegła, że jej córeczka obdarzona jest talentem.
Sama uczyła dziecko gry na fortepianie, a w okresie późniejszym nie zaniedbała niczego aby zdolności Ady rozwijać. Artystka pisze o swej edukacji: „... Do piątej klasy pobierałam nauki w Klasztorze Klarysek w Starym Sączu (...)”. Z katalogów szkolnych dowiadujemy się, że 1 września 1892 roku Jadwiga Szayer zaczęła uczęszczać do sześcioklasowej Szkoły Ludowej Żeńskiej im. św. Kingi prowadzonej przez siostry klaryski. Uczyła się tam przez sześć lat, z tym, że klasa pierwsza była dwuletnia, obejmowała oddział A i B. W roku szkolnym 1896/97 nazwisko Jadwigi Szayer zanlazło się w „Złotej Księdze”, jako wyróżniającej się uczennicy. Świadectwo wydano 25 czerwca 1898 roku.
 
W roku 1891 do Wadowic przybył były oficer, sybirak, Ojciec Rafał (Józef) Kalinowski, budowniczy konsekrowanego przez bpa Jana Puzynę w dniu 27 sierpnia 1899 roku wadowickiego Karmelu, a w roku 1894 rozpoczęły w Wadowicach swoją działalność siostry zakonne Zgromadzenia Sióstr Najświętszej Rodziny z Nazaretu, opiekujące się ubogimi dziećmi. Jednak jako datę założenia tut. Domu Zakonnego przyjęto rok 1886, w którym siostry podjęły pracę w wadowickim szpitalu. Dzisiaj Zgromadzenie prowadzi Dom Opieki Społecznej dla dzieci niepełnosprawnych oraz opiekuje się Muzeum - Domem Ojca Świętego. W roku 1909 swój „Dom na Kopcu” założyli Księża Pallotyni.
Na przełomie XIX i XX wieku w Wadowicach powstały liczne organizacje patriotyczne i towarzystwa społeczno-kulturalne: Towarzystwo Gimnastyczne „Sokół” (1887), Związek Strzelecki, Czytelnia Mieszczańska (1889), Stowarzyszenie Rzemieślników „Zgoda” (1902), Towarzystwo im. Władysława Jagiełły - tzw. „Jagielonka” (1908) Towarzystwo Upiększania Miasta Wadowic i Okolic (1909) oraz kluby sportowe „Vadowia” (1905) i „Skawa” (1907), których założycielem był Roman Dietl. Wszystkim przyświecał jeden cel - krzewienie patriotyzmu a przez to dążenie do niepodległości.
W sposób szczególny dążenia te odzwierciedlały się w pracy sportowo-społeczno-wychowawczej Towarzystwa Gimnastycznego „Sokół”, prowadzonej w salach okazałego, ciekawego architektonicznie budynku z salami - gimnastyczną i teatralną. Oprócz zajęć szermierki, strzelectwa, łyżwiarstwa i gimnastyki, społeczność tej organizacji przygotowywała sztuki sceniczne o treściach historycznych, które wystawiała na deskach własnego teatru. Swoją postawę rzeczników patriotyzmu i niepodległości członkowie Towarzystwa manifestowali również poza murami swojej siedziby, biorąc licznie udział w uroczystościach państwowych i kościelnych. Występowali wówczas z własnym sztandarem, poświęconym w roku 1892 (z wyhaftowanym na jednej stronie wizerunkiem sokoła, a na drugiej herbem Wadowic), w pięknych strojach składających się z munduru, pelerynki i czapki z piórami. Lecz owa manifestacja nie była wyłącznie na pokaz. „Sokoli” starali się realizować swoje szczytne cele także w życiu codziennym.
Podobne cele i zadania stawiała sobie „Czytelnia Mieszczańska” mieszcząca się w budynku przy ul. Krakowskiej. Poprzez działalność biblioteki, czytelni, sceny teatralnej, poszerzała wiedzę historyczną i pobudzała dążenia do odzyskania niepodległości.
 
Do zasług TUMWiO należy zaliczyć powstanie najbardziej uroczego zakątka miasta - Parku Miejskiego - miejsca wypoczynku, rekreacji i spotkań towarzyskich mieszkańców Wadowic. Otrzymane od miasta tereny zostały zagospodarowane społecznym wysiłkiem członków Towarzystwa (Stanisława Kuzię, Antoniego Drozdowskiego, Stanisława Michalskiego, Władysława Kuzię i Stanisława Kuźniarowicza), mieszkańców miasta oraz... jeńców włoskich. Efekt tej pracy sprzed prawie wieku (którego przez kolejne lata nie zdołano jeszcze zniszczyć m.in. poprzez bezsensowną i barbarzyńską wycinkę drzew oraz krzewów) można oglądać do dnia dzisiejszego.
Ważną rolę w życiu kulturalnym i duchowym mieszkańców Wadowic odgrywały oficyny wydawnicze, drukujące książki pisane w języku polskim.
Pierwszą z nich założył w roku 1825 Czech, Józef Pokorny. Po jego śmierci na krótko drukarnię przejął Jan Sabiński, a później Franciszek Foltin - senior i Franciszek Foltin - junior. Oficyna Foltinów istniała aż do lat trzydziestych XX wieku.
 
W roku 1911 powstała w mieście pierwsza drużyna skautów, nosząca imię Hetmana Stanisława Żółkiewskiego. Jej założycielem był Bruno Olbrycht, późniejszy generał. W ślad za drużyną męską w roku 1913 Paulina Smółka założyła drużynę skautek.
W Polsce niepodległej skauting przeobraził się w harcerstwo, które przyjęło wcześniej założone cele oraz zadania - rozwijania życia obozowego, zdobywania sprawności fizycznej i patriotycznego życia duchowego. Tak Wadowice przetrwały do 1918 roku.
 
KRÓTKIE LATA WOLNOŚCI...
Nadchodziła wolność... Wadowiczanie mieli swoje „Oleandry”. Słynne baraki koło parku Jordana zastąpił im budynek gimnazjum przy ul. Mickiewicza. Po ślubowaniu na wierność Ojczyźnie złożonym w klasztorze Ojców Karmelitów, I-sza kompania wyruszyła 9 września 1914 roku z Wadowic przez Tomice do Skawiny i pociągiem do Bochni. Na czele I-ej kompanii stał Bruno Olbrycht, uczeń wadowickiego gimnazjum a później generał Wojska Polskiego. Z uczniami szli dowódcy: Józef Pukło, Kazimierz Usiekniewicz, profesorowie: Władysław Kiliński, Józef Heriadin, Józef Stokłosa, Zięborak i Topolski (imiona nieznane). Wychowawcy szli walczyć o wolną Polskę ze swymi wychowankami. W Bochni odmówili złożenia przysięgi na wierność Austrii i cesarzowi (Niemcy i Austria potrzebowały polskich żołnierzy. Dwaj cesarze ogłosili manifest proklamujący wskrzeszenie Państwa Polskiego. Była to pułapka. Chodziło o pozyskanie rekruta z Kongresówki, który zasiliłby słabnące szeregi wojsk niemieckich na froncie zachodnim. Piłsudski rozszyfrował te zamiary. Wstrzymał nabór do Legionów i podał się do dymisji). Krew polska nie mogła się dłużej lać w imię cudzych interesów.
W listopadzie 1918 roku ciemiężona przez zaborcę Polska zmartwychwstała. W Wadowicach tak jak w całej Galicji, w atmosferze podekscytowania, fermentu i demonstracji antyaustriackich, Zarząd Miasta objęły polskie władze cywilne i wojskowe a koszary zajął 12 pp Wojska Polskiego, który złotymi zgłoskami zapisał karty swojej historii: 350-ciu synów wadowickiej ziemi oddało życie walcząc o wolną Polskę w latach 1918-1920. Był dumą miasta i jego mieszkańców. Utrwalił się w ich pamięci nie tylko bohaterstwem i ofiarami ale także swą malowniczością - posiadał bowiem znakomitą orkiestrę, która dawanymi koncertami uświetniała wiele uroczystości, zabaw i festynów.
Przyszła wolność, która nic poza tym ze sobą nie przyniosła Wadowicom. Na długo jeszcze miały one pozostać z charakteru galicyjskie. Nie było wodociągów i kanalizacji. W wodę mieszkańcy zaopatrywali się z dwóch studni usytuowanych przy rynku. Niewielkie zakłady (druciarnia, papiernia, kaflarnia, fabryka opłatków i wafli MAFO, tartak parowy oraz dwie cegielnie) nie mogły przyczynić się do awansu miasta i podnieść go do rangi centrum większego od powiatu. Owe podstawy ekonomiczno-gospodarcze miasta nie miały jednak wpływu na życie duchowe i kulturalne jego mieszkańców, którego poziom zaskakiwał nawet rodowitych wadowiczan. Wyczuwalna wówczas atmosfera niespokojności intelektualnej była niewątpliwie owocem opisanej wyżej pracy ludzi i organizacji prowadzonej od początków zaboru austriackiego. Zresztą, wszystkie one po odzyskaniu niepodległości, nieskrępowane już instytucjami zaborcy znacznie poszerzyły i ożywiły swoją działalność. Oprócz kontynuującego w 1918 roku nauczanie gimnazjum im. Marcina Wadowity, szkoły stanowiącej prawdziwe intelektualne centrum miasta, podówczas rozpoczynają swoją działalność w Wadowicach cztery inne szkoły średnie: Miejskie Seminarium Nauczycielskie - żeńskie, Gimnazjum Żeńskie im. Michaliny Mościckiej oraz szkoły średnie OO Pallotynów i OO Karmelitów. Rozpoczęły także działalność liczne jak na warunki Wadowic sceny teatralne (m.in.: w gimnazjum, przy Towarzystwie Uniwersytetów Robotniczych, w domu Katolickim miejscowej parafii, w „Sokole”, scena Amatorskiego Teatru Dramatycznego, „Jagielonki”), a wystawiane na ich deskach patriotyczne utwory, umacniały mieszkańców w duchu patriotyzmu. Wokół scen teatralnych rozwijało się także życie towarzyskie całych rodzin i środowisk kulturotwórczych.
 
W latach dwudziestych obok innych organizacji i stowarzyszeń rozpoczęło swoją działalność koło Polskiego Towarzystwa Turystycznego, którego karty historii zapisały nazwiska m.in. gen. J. Bijaka, sędziego H. Zapałowicza, dyrektora gimnazjum H. Gawora, profesora tegoż gimnazjum Cz. Panczakiewicza, W. Midowicza i T. Szantrocha...
Mówiąc o niespokojności intelektualnej, nie sposób przemilczeć działalność intelektualno-kulturalną prowadzoną w pobliskim Gorzeniu, gdzie w latach 1922-1929 działał Zbór Poetów w Beskidzie, grupa literacko-plastyczna „CZARTAK”, której założycielem i głównym przedstawicielem był poeta i pisarz Emil Zegadłowicz (1888-1941), właściciel XVII-wiecznego dworu, zwanego „Murowańcem”, w którym grupa znalazła przytulisko i specyficzny nastrój płynący z legend i beskidzkiej ziemi. Początkowo grupę tworzyło trzech poetów: wspomniany wyżej założyciel i przewodnik duchowy - Emil Zegadłowicz oraz Jan Nepomucen Miller i Edward Kozikowski. „CZARTAK”, to także tytuł wydawanego przez grupę pisma programowego. A skąd sama nazwa? Otóż, pochodzi ona nie od „czarta”, który dzięki rzeźbie dłuta Wincentego Bałysa jest w dworku Zegadłowicza fizycznie obecny ale od nazwy budowli z kamienia w stylu romańskim, która została wzniesiona w XVII wieku w pobliskim Mucharzu. W/g opowiadań ojca Poety, Tytusa Zegadłowicza, profesora wadowickiego gimnazjum, w owym budynku mieściła się kaplica ariańska. Ale to tylko przypuszczenia, legenda a po fizycznym „czartaku” nie ma już śladu, natomiast w/g Słownika Języka Polskiego Karłowicza, Kryńskiego i Niedźwiedzkiego, „czartak” - to wieża, strażnica, izba dla straży kwarantannowej, która strzegła niegdyś przed zarazą morową. I dlaczego grupa wybrała właśnie taką nazwę? Wyjaśnił to jeden ze współzałożycieli Zboru Poetów - Edward Kozikowski, który powiedział: „... Oczywiście, nie sama nazwa, nieco enigmatyczna, skłoniła nas do przyjęcia miana „Czartak”, ale ideowe w pewnym stopniu powiązania z arianami. Prezentowali oni radykalizm społeczny, który z latami przekształcił się w szlachetny humanitaryzm”. Głosił więc „CZARTAK” hasła miłości przyrody, ukazywał ludzi Beskidu w ich codziennym życiu i tęsknocie za czymś lepszym. Z czasem członkami grupy byli także: literaci - Janina Brzostowska, Józef Birkenmajer, Wiktor Hanys, Zofia Kossak-Szczucka, Bolesław Leśmian, Stanisław Miłaszewski, Tadeusz Szantroch, Jan Wiktor, Stanisław Ignacy Witkiewicz, Jan Sztaudynger oraz plastycy - Julian Fałat, Zdzisław Giedliczka, Jan Hrynkowski, Feliks Szczęsny-Kowarski, Ludwik Misk’y, Jan Mroziński, Edward Porządkowski, Zbigniew Pronaszko, Wojciech Weiss i Jerzy Hulewicz. W okresie międzywojennym grupa przyniosła miastu znaczny rozgłos, sławę, za co w 1933 roku Wadowice zorganizowały Poecie huczną uroczystość jubileuszową z okazji przypadającego 25-lecia Jego pracy twórczej. Uchwałą Rady Miejskiej ulicy Tatrzańskiej nadano nazwę Emila Zegadłowicza, a staraniem Regionalnego Komitetu Jubileuszowego w Poznaniu u Seweryna Mielżyckiego wydrukowano wybór wierszy Poety pt. „Pokłosie”, którego dokonał i wstępem opatrzył długoletni dyrektor wadowickiego gimnazjum - prof. Kazimierz Foryś.
 
W tym samym roku pod patronatem Jubilata powstała grupa literacko-plastyczna, która przyjęła nazwę „CZARTAK II”. Tworzyli ją: Wincenty Bałys, Roman Brańka, Kazimierz Foryś, Józef Hetper, Ludwik Jach, Józef Jura, Michał Kręcioch, Karol Malczyk i Franciszek Suknarowski zaś stałą łączność z nią utrzymywali: Vlastimil Hoffman, Ludwik Misk’y i Zbigniew Pronaszko. Wszyscy oni organizowali spotkania autorskie, wystawy oraz prelekcje propagujące sztukę wśród społeczności miejskiej. Sam Poeta nie poprzestawał na wspomaganiu młodych twórców ale w pełni wykorzystywał posiadany talent i obserwacje beskidzkiej ziemi oraz życia jej mieszkańców. Tworzył dzieła dające świadectwo trudu ludzkiej pracy (m.in. „Dziewanny” Dziesięć ballad o powsinogach beskidzkich) oraz mieszczańskiej pychy i rozpasania (Zmory). I jak poprzednie utwory przyniosły mu sławę i uznanie, tak wydanie Zmór przyniosło skutek wręcz odwrotny.
 
Oto, jak widział wydarzenia roku 1936 ich uczestnik i przyjaciel Emila Zegadłowicza - Zbigniew Pronaszko - „... Rada Miejska w Wadowicach uchwaliła odebranie Emilowi Zegadłowiczowi honorowego obywatelstwa i nazwy ulicy jego imienia za... Zmory. Można by przypuszczać, że ten krok, jako wyjątkowe horrendum godne Abdery albo średniowiecznego Pcimia, służy celom propagandy Wadowic w myśl kupieckiej zasady, że reklama dźwignią handlu i przemysłu. Jednakże tak nie jest, bo ludzie już dawno dowiedzieli się o istnieniu tego miasteczka właśnie dzięki Zegadłowiczowi. Jego to działalność poetycka, opiewająca w dworku pod Wadowicami Beskid przyczyniła się do spopularyzowania tego zakątka. Gdy sięgnie się pamięcią o kilka lat wstecz, ujrzy się liczne przyjazdy ludzi zasłużonych sztuce i literaturze do Gorzenia (pod Wadowicami), siedziby poety, zobaczy się zjazdy, obchody, jubileusze dla uczczenia talentu Zegadłowicza. Wtedy Wadowice klaskały, mlaskały z zadowolenia, tak jakby choć w małej cząstce ich w tym była zasługa. Wtedy brały udział we wszystkich honorach i splendorach dla >>swego<< Zegadłowicza. Wtedy fundowano mu świetlicę, obdarzano obywatelstwem, przybijano tablicę. Dziś, kiedy wiaterek (mocno podejrzany) powiał inaczej, kiedy zawołano gdzieś o prokuratora, kiedy Zmory skonfiskowano - Wadowice poczuły się dotknięte, a rada miejska usiłuje obniżyć wartości Zegadłowicza, odbierając mu te wszystkie zaszczyty, którymi go niedawno raczyła. Chciałoby się zapytać, czy naprawdę nikogo nie było w sławetnej radzie miejskiej, kto by wytłumaczył biednym prowincjonalnym mózgom, że to nie Zegadłowicza obniżają, że to nie talent jego zmniejszają - bo tego na szczęście nie jest wstanie uczynić żadna rada miejska na świecie - ale że wyłącznie siebie i swoje miasto kompromitują, okrywając śmiesznością wobec ludzi kulturalnych.
Radzę na wszelki wypadek schować ten akt obywatelstwa i tabliczkę ulicy - bo obawiam się, że trzeba będzie kiedyś w pokornych lansadach z powrotem wręczać i przybijać (...).” - („KOMPROMITACJA WADOWIC” - Wiadomości Literackie nr 8 z dnia 23 lutego 1936 roku).
 
Z rady udzielonej skorzystano już po śmierci Piewcy Beskidów - tuż po wojnie przywrócono nazwę ulicy, we wrześniu 1967 roku nadano imię Zegadłowicza miejscowemu liceum, przed którym 20 października 1968 roku wzniesiono pomnik Poety dłuta Jego przyjaciela, członka grupy „CZARTAK II”, plastyka i rzeźbiarza Franciszka Suknarowskiego.
Ale ponieważ treści Jego utworów ciągle są aktualne - Poeta wręcz straszy lokalne władze zza grobu - przez co ma pecha - w 1981 roku usunięto Jego imię z frontonu gimnazjum, w roku 1996 zamieniono nazwę ulicy Zegadłowicza na „aleję”, pomnik się sypie - popada w ruinę, a kolejna władza, tak jak poprzednia, oczekuje, aby Zegadłowicz odszedł w całkowite zapomnienie.
 
Jeżeli mówimy o Piewcy Beskidów, nie sposób nie wspomnieć Jego znakomitego odkrycia, jakim był prosty, niepiśmienny polski chłop - Jędrzej Wowro. Urodził się 13 listopada 1864 roku w Gorzeniu Dolnym. Zmarł także w Gorzeniu Dolnym 21 listopada 1937 roku. Z zapisków, notatek, publikacji Emila Zegadłowicza, Edwarda Kozikowskiego, Tadeusza Seweryna i innych badaczy wiemy, że zainteresowanie sztuką a konkretnie rzeźbą objawiły się u Jędrzeja Wowry już w dzieciństwie. Ale odszedłby zapomniany jak wielu jemu podobnych gdyby nie zbieg okoliczności - w odległości niespełna 200 metrów od Wowrowej chałupy mieszkał właśnie Emil Zegadłowicz. Wiosną 1923 roku, kiedy pisarz po likwidacji Ministerstwa Sztuki i Kultury, gdzie od 1919 roku pracował, przebywał w swojej siedzibie, żona Jędrzeja Wowry przyniosła wyrzeźbione przez męża ptaszki. Naturalizm tych ptaków, charakterystyczny, indywidualny styl, stonowana kolorystyka, wszystko to urzekło Zegadłowicza. Poprosił o więcej. Zapragnął bliżej poznać Wowrę. Ten jednak był bardzo nieśmiały i pełen niewiary w jakąkolwiek wartość własnej twórczości. Trzeba było czasu by między Poetą, człowiekiem wykształconym i Jędrzejem Wowrą analfabetą, wszelako obdarzonym wielkim talentem, powstała silna łączność, głęboka przyjaźń, to co nazywamy płaszczyzną porozumienia.
W osobie Emila Zegadłowicza ten ludowy artysta znalazł oparcie, którego nie zapewniało Mu ówczesne środowisko mieszkańców Gorzenia czy Wadowic. Ten okres twórczości zainspirowany przez Zegadłowicza przyniósł Jędrzejowi Wowrze poprawę sytuacji materialnej i światową sławę, o którą zresztą wcale nie dbał. Był nawet bardzo zdziwiony, że nagle i zgoła nieoczekiwanie sztuka Jego znalazła się w centrum zainteresowania tak wielu ludzi. Poeta spopularyzował twórczość Jędrzeja Wowry poprzez liczne publikacje prasowe, odczyty radiowe a przede wszystkim poprzez liczne wystawy krajowe i zagraniczne. Świątki Jędrzeja Wowry były wystawiane i kupowane w większości krajów południowo- i zachodnioeuropejskich. Miał również wielu wielbicieli swojej twórczości w USA. Najlepsze dzieła znajdowały się w zbiorach pisarza w Gorzeniu Górnym, gdzie przed wojną mieściła się największa w kraju kolekcja sztuki ludowej. Zarówno Emil Zegadłowicz jak i odwiedzający Go artyści i literaci stanowili „rynek zbytu”. Nie musiał już Wowro chodzić na jarmarki. Dudki - tak określał pieniądze - same przychodziły do domu. Jako popularyzator poeta zrobił bardzo wiele, bowiem odkrywając i eksponując postać Jędrzeja Wowry rozbudził w szerokich kręgach społeczeństwa zainteresowanie całą sztuką ludową, dawniej traktowaną pogardliwie lub w najlepszym razie z pewną dozą lekceważenia. Emil Zegadłowicz nazwał Wowrę ostatnim prymitywistą. Z „ubóstwa” intelektualnego - był jak już wspomniałem analfabetą - stworzył źródło swojej potęgi, twórczej odrębności! Absolutnie z żadnym innym artystą ludowym nie da się Go porównać. Jego twórczość, to jakby ukoronowanie polskiej sztuki prymitywnej a jednocześnie z jego śmiercią jej zmierzch.
Jednak pamięć o „świątkarzu” z Gorzenia Dolnego nie umarła wraz z jego śmiercią. Przeciwnie, Jego twórczość budzi niesłabnące zainteresowanie etnografów, zachwyt miłośników ludowej sztuki prymitywnej, namiętne pożądanie zbieraczy amatorów i profesjonalnych kolekcjonerów. Świątki Wowry są rarytasem każdego zbioru muzealnego w Polsce i na świecie.
 
Ale wyprzedziłem historię i to w stopniu znacznym, więc wrócę jeszcze do czasów odzyskanej niepodległości.
W przeciwieństwie do pobliskiego Oświęcimia czy Olkusza i niektórych innych miast Polski, Wadowice w całej swej historii nigdy nie miały praw menniczych, ani nie ujawniono tu przypadków nielegalnego bicia pieniądza, jak to praktykowano w średniowieczu np. w sąsiednim Barwałdzie. Jednakże wkrótce po odzyskaniu niepodległości władze samorządowe grodu w roku 1919 poczuły się zmuszone, czy uprawnione do wyemitowania czegoś pośredniego między legalnym pieniądzem państwowym, a nielegalnymi środkami płatniczymi. Gdy bowiem, po zakończeniu ponad 4-letniej I-szej wojny światowej Polska odzyskała niepodległość i ogłosiła to oficjalnie 11 listopada 1918 roku, była państwem jeszcze nie zorganizowanym, o nieustalonych granicach i bez własnej jednolitej waluty. Na terenie Polski centralnej działała powołana przez niemieckie władze okupacyjne Polska Krajowa Kasa Pożyczkowa, pełniąca funkcję nieistniejącego w Polsce banku emisyjnego, lecz wprowadzona przez nią w 1917 roku waluta w postaci papierowych biletów o nominałach od 1/2 do 1000 marek polskich (teoretycznie wymienialnych w/g ceny nominalnej na marki niemieckie) nie miała prawa obiegu na terenie byłej Galicji. Tu, jak na całym obszarze byłej cesarsko-królewskiej monarchii austro-węgierskiej, formalnie nadal obowiązywała waluta austriacka - korona, o wartości teoretycznej 0,3 g czystego złota, a praktycznie 5 g dobrego srebra próby 0,835. Jednak w czasie przedłużającej się wojny zaczęły narastać zjawiska inflacyjne, pieniądz sukcesywnie tracił na wartości. Aby złagodzić trudności i zapobiec najgorszemu, władze samorządowe niektórych miast w 1919 roku z konieczności zaczęły wprowadzać do obiegu na swym terenie tymczasowy pieniądz zastępczy, w postaci papierowych asygnat kasowych, lub „not” miejskich kas oszczędności. Takie „noty”, drukowane z jednej strony po polsku, a z drugiej po niemiecku, wprowadziło miasto Bielsko od maja 1919 roku, w nominałach od 50 halerzy do 2 koron, z podpisem burmistrza „za zezwoleniem Rady Narodowej Księstwa Cieszyńskiego”. Podobnie sam Cieszyn rozpoczął wypuszczać swoje, również dwujęzyczne asygnaty jednokoronowe z datą 30 kwietnia tegoż roku i zapewnieniem wymiany tych asygnat w kasie miasta na walutę państwową w ciągu 3 miesięcy od ogłoszenia. Zarówno „noty” miasta Bielska, płatne przez tamtejszą „sparkase”, jak i asygnaty miasta Cieszyna, były ściśle ewidencjonowane i numerowane na każdym egzemplarzu, co umożliwiało kontrolę i dokładne rozliczanie w przyszłości wycofywanych emisji tych zastępczych środków płatniczych.
Natomiast magistrat Wadowic wypuścił swój pieniądz zastępczy z datą 4 czerwca 1919 roku (bez powołania się na zgodę jakichkolwiek władz i bez numeracji umożliwiającej ściślejszą kontrolę wielkości emisji), jako również dwustronne drukowane ale tylko po polsku, jednokoronowe asygnaty kasowe Królewskiego Wolnego Miasta Wadowice, z podobną klauzulą o wymienialności po ogłoszeniu, herbem miasta i podpisem ówczesnego burmistrza miasta Wadowic, znanego adwokata krajowego, dr Władysława Wodzińskiego, którego pamięć, oprócz podpisu na jednokoronowych asygnatach Królewskiego Wolnego Miasta Wadowice z 1919 roku, utrwala również Jego dawny szyld, tablica wmurowana jeszcze przed pierwszą wojną światową obok wejścia do okazałej zabytkowej kamienicy „pod leżącym lwem i orłami” przy Rynku 8. Asygnaty te, wydrukowane w Wadowicach w miejscowej drukarni Franciszka Foltina, o wymiarach ok. 7 x 11 cm i wyemitowane w trudnej obecnie do ustalenia ilości, ożywiły wówczas, w ciężkim okresie początków nowej polskiej państwowości, obieg towarowo-pieniężny w mieście i okolicy oraz podtrzymały życie gospodarcze na terenie ziemi wadowickiej. Następnie w 1920 roku asygnaty te i podobne zastępcze znaki pieniężne innych miast Polski południowej zostały wycofane, wraz ze starymi pieniędzmi nominowanymi w austriackiej walucie koronowej i wymienione na wprowadzoną - wówczas ustawowo także w byłym zaborze austriackim - walutę polską w stosunku 100 koron za 70 marek, już rzeczywiście Polskiej Krajowej Kasy Pożyczkowej pełniącej funkcje dopiero organizowanego banku emisyjnego odrodzonego państwa polskiego. W/w marki polskie uległy jednak, podobnie jak wiele innych walut europejskich, dalszej powojennej gwałtownie narastającej inflacji, która w Polsce opanowana została dopiero w początkach 1924 roku, po utworzeniu Banku Polskiego, przeprowadzeniu reform gospodarczych ministra Grabskiego i obligatoryjnym wprowadzeniu nowej waluty pod nazwą złotego, obowiązującej jako jedyny legalny środek płatniczy na obszarze całej Rzeczpospolitej Polskiej. Nieliczne egzemplarze asygnat kasowych Królewskiego Wolnego Miasta Wadowice od 1919 roku do naszych czasów zachowały się w różnym stanie u tutejszych kolekcjonerów.
 
Mówiąc o tamtym okresie, nie sposób nie przywołać epidemii grypy z przełomu lat 1918-1919, zwanej potocznie „hiszpanką”, która zebrała w wyniszczonej przez I wojnę światową Europie okropne żniwo. Na tę straszną chorobę wywodzącą się z Hiszpani - stąd nazwa - zmarło ponad 20 milionów osób, wśród których od 200-tu do 300-tu osób to mieszkańcy pobliskiej Choczni. „Żywym” do dziś świadectwem tamtych wydarzeń, jest pozostałość po cmentarzu zlokalizowanym w pobliżu granicy Wadowic i Choczni, w miejscu nazywanym i dzisiaj „Bożą Męką”.
 
Nadszedł rok 1920, który na ówczesne czasy nie zapisał się niczym szczególnym. W mieście zamieszkałym przez około 7 tysięcy osób, zdominowanym przez 2 tysiące społeczności żydowskiej, w której rękach znajdowało się około 50 procent sklepów i placówek handlowych, gospodarka i znaczna część stanowisk urzędniczych, pozornie nic się nie wydarzyło - nawet nie są znane bliższe szczegóły wizyty prezydenta Rzeczypospolitej, prof. Ignacego Mościckiego.
 
Lecz dzisiaj już wiadomo, że był to rok niosący największą sławę Wadowicom. 18 maja 1920 roku, na piętrze kamienicy przy ulicy Kościelnej 7, należącej do małżeństwa żydowskiego (Chmiela Bałamutha i Rozalii z Kornblumów Bałamuthowej), przyszedł na świat chłopiec - KAROL JÓZEF WOJTYŁA, syn Karola Wojtyły i Emilii z Kaczorowskich Wojtyłowej - przyszły Sternik Kościoła katolickiego - papież Jan Paweł II.
 
W latach 1918-1939 Wadowice były miastem o społeczności podzielonej zarówno politycznie, jak i światopoglądowo. Tu skupiały się wszystkie możliwe na owe czasy w Polsce nurty, od skrajnie nacjonalistycznych do skrajnie lewicowych. I chociaż przemysł, można tak powiedzieć, praktycznie w mieście nie zaistniał, z inicjatywy prężnie jak na owe czasy działającej PPS obchodzono tu uroczyście święto robotników - 1 maja oraz strajkowano i manifestowano, domagając się polepszenia warunków pracy robotników. Do wolno rozwijającego się miasta „nadchodziła” nowoczesność. Z inicjatywy dyrektora szpitala dra Józefa Sołtysika, placówka została powiększona o drugie piętro, co pozwoliło na zwiększenie ilości łóżek z 60-ciu do 90-ciu oraz wzbogacona o zakupiony rentgen, lampy kwarcowe i urządzenia do diatermii, zaś w roku 1933 rozpoczęto w Wadowicach budowę sieci wodociągowej i kanalizacyjnej.
 
Na tamten okres przypada również modernizacja kościoła parafialnego, którego odbudowa - po wspomnianym wcześniej pożarze Wadowic 1726 roku - trwała praktycznie przez dwa wieki. Rozpoczęto ją w roku 1728, na planie zachowanego prezbiterium, ale dopiero w roku 1756 ks. bp Franciszek Podkański - sufragan krakowski, konsekrował ołtarz główny świątyni z umieszczonymi w nim relikwiami św.św. męczenników: Felicjana i Rewokaty, na cześć Ofiarowania Najświętszej Marii Panny. W roku 1774 okazało się, że wadliwa konstrukcja kościoła grozi zawaleniem, podjęto próby przebudowy lecz tragedii nie udało się uniknąć, strop kościoła zawalił się dwukrotnie (1798), grzebiąc pod zwałami gruzu 3-ch murarzy. Ta tragedia i dalsze niepowodzenia zmusiły inwestora do sprowadzenia majstra mularskiego z Prus - Franciszka Sosnę, który w sto lat od śmieci wspomnianych murarzy, w roku 1898 dokończył budowę świątyni, z trójprzęsłowym, trzynawowym korpusem halowym, nawą główną wyższą od bocznych, otwartą do tamtych filarowymi arkadami. W takim stanie kościół został konsekrowany 29 września 1808 roku, przez ks. bp Andrzeja Rawę Gawrońskiego - ordynariusza krakowskiego. W latach 1853-1862 dobudowano do kościoła kaplice przy prezbiterium, piętrową zakrystię ze skarbcem i przedsionek od strony północnej. W roku 1872 wybudowano przy kościele nową plebanię.
Nową stosunkowo świątynię restaurowano już w roku 1896. Zmieniono wówczas, opierając się na projekcie krakowskiego architekta - Tomasza Prylińskiego, jej fasadę i przebudowano wieżę zegarową.
Tak w skrócie wyglądała historia i taką jej „teraźniejszość” w okresie międzywojennym zastał ks. Leonard Prochownik - prałat, proboszcz wadowickiej parafii, który w trakcie całej swojej pracy duszpasterskiej kontynuował modernizację kościoła. To z jego inicjatywy przebudowano ołtarz główny, oddzielono prezbiterium od nawy głównej, odnowiono ambonę, boczne ołtarze i ołtarz w kaplicy Matki Bożej Nieustającej Pomocy, założono dzwony i elektryczne oświetlenie kościoła. Również ks. Leonard Prochownik był inicjatorem budowli znanej wadowiczanom jako Dom Katolicki - okazałego 4-ro piętrowego budynku z mieszkaniami, kuchnią, salami: posiedzeń i teatralną. Dążył ksiądz proboszcz do zakończenia tych prac malowaniem kościoła, które rozpoczęte w roku 1939, zostało jednak przerwane działaniami wojennymi.
W okresie trwania wyżej opisanych prac remontowych, dnia 20 czerwca 1920 roku, w niedzielę, w Kaplicy św. Rodziny został ochrzczony przez ks. Franciszka Żaka - kapelana wojskowego, KAROL JÓZEF WOJTYŁA, co starannie odnotowano na stronie 549, pod poz. 671 czwartego tomu księgi parafialnej z roku 1920. Napisano tam również, że rodzicami chrzestnymi dziecięcia byli: Maria Wiatrowska (nazwisko wpisano błędnie: prawidłowo - Wiadrowska) oraz Józef Kuczmierczyk.
 
Okres międzywojenny to także lata znacznego ożywienia w Wadowicach działalności gminy żydowskiej powstałej na przełomie XIX i XX wieku. Obywatele pochodzenia żydowskiego powoli, ale skutecznie przejmowali większość urzędów w mieście. Zasiadali m.in. w Radzie Miejskiej, Izbie Adwokackiej, Zarządzie Banku Ludowego. W ich rękach znajdował się handel i gospodarka. O dominacji obywateli wyznania mojżeszowego w życiu społeczności miejskiej jednoznacznie świadczy, znane do dziś ich powiedzenie kierowane do współobywateli pochodzenia polskiego: „... wasze ulice, nasze kamienice”.
Stan taki utrzymywał się do września roku 1939, kiedy to rozpoczął się najtragiczniejszy okres dla mieszkańców miasta.
 
KOLEJNA OKUPACJA...
Już we wrześniu 1939 roku, mimo wcześniejszych zapewnień Naczelnego Wodza, że „... nie odda nawet guzika od żołnierskiego munduru” oraz plakatów z hasłem „... silni! zwarci! gotowi!”, załamała się obrona wojsk polskich, okupant opanował terytorium całej Polski. Mieszkańcy Wadowic stanęli przed nową, nieznaną rzeczywistością. Sprzeczne informacje i komunikaty powodowały masową ucieczkę ludności cywilnej, która w przerażeniu tarasowała drogi, utrudniając przemieszczanie się wojsk polskich. Zachowanie takie prowadziło także do licznych w tym czasie tragedii - zgrupowanie w jednym miejscu dużej liczby osób stanowiło łatwy cel dla załóg samolotów nieprzyjaciela. Już drugiego dnia niemieckiej okupacji na zatłoczonym odcinku drogi w Choczni od zrzuconych przez niemieckie samoloty bomb zginęło 40. osób, w tym 29 osób cywilnych.
4 września, do opustoszałego miasta wkroczyły wojska niemieckie, witane kwiatami przez nielicznych pozostałych tu Niemców, z niecierpliwością oczekujących na... swoich. Nastąpił całkowity rozpad obowiązującego wcześniej porządku oraz ustanie działań obowiązujących do tego czasu praw. Na magistracie, szkołach i innych instytucjach powiewały flagi okupanta, a powracający już nie do Wadowic, ale do „Wadowitz Ober Schlesien” z bezcelowej tułaczki mieszkańcy zapoznawali się z jego obwieszczeniami i komunikatami rozwieszanymi na słupach ogłoszeniowych i murach „Adolf Hitler Platz” - bo tak nazwał okupant wadowicki rynek. Wzywały one do oddawania broni i radioodbiorników oraz zachowania ustalonej przez okupanta „dyscypliny”. Informowały również, że za naruszenie praw okupanta i obowiązków okupowanego grozi śmierć. Polacy po załatwieniu spraw meldunkowych, otrzymaniu dokumentów okupanta, zgłaszali się do swoich poprzednich miejsc pracy. Zakazem pracy objęto Żydów, została im zabroniona wszelka działalność - był to początek czekającej ich w niedalekiej przyszłości gehenny. Ostatnie dni września wzbudziły w wadowiczanach nadzieję - profesor gimnazjum, germanista Józef Titz otrzymał od niemieckiego starosty zgodę na rozpoczęcie nauki w placówce, którą jednak po zapoznaniu się z nazwiskami wykładowców i uczniów zamknięto na pozostałe lata okupacji.
 
Już 10 listopada 1939 roku Wadowicami wstrząsnęła tragiczna informacja o aresztowaniu członków pierwszej grupy konspiracyjnego podziemia. Z domu przy Alei Wolności hitlerowcy zabrali m.in. Stefana Boryczkę, Jana Dudonia i Wincentego Bałysa, młodego utalentowanego plastyka, absolwenta wydziału rzeźby Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, członka wspomnianej wcześniej grupy plastyczno-literackiej „CZARTAK II” powstałej pod patronatem poety Emila Zegadłowicza. Aresztowani nigdy nie wrócili do swych domów, zostali rozstrzelani w Krakowie 22 grudnia 1939 roku.
Faszyści, eliminowali wszelkie przejawy polskości - zamurowali na frontonie kościoła parafialnego tablicę poświęconą Henrykowi Sienkiewiczowi, wyrzucili księży z plebani oraz Domu Katolickiego i zrabowali z ich pomieszczeń meble, rozbili posągi Juliusza Słowackiego i Emila Zegadłowicza w gimnazjum, podjęli próbę zniszczenia figury św. Józefa z Dzieciątkiem Jezus usytuowanej do dnia dzisiejszego w jednym z okien zabudowań Karmelu, z nienawiści oraz chęci zniszczenia ducha patriotyzmu i wolności wśród wadowiczan spalili ogromny stos polskich książek na placu Papierni, z których jednak setki najwartościowszych pozycji zostały wcześniej wyniesione, uratowane przez pracujących tam prawdziwych wadowickich Polaków-patriotów. Pracownicy zakładu ogrodniczego, wybudowanego jeszcze przed wojną w Parku Miejskim, uratowali od zniszczenia, stojącą przy jednej z alejek parku figurę Matki Bożej Królowej Korony Polskiej, poświęconą przez ks. Andrzeja Zająca, jednego z proboszczów wadowickiej parafii, wywożąc ją na czas okupacji na tutejszy cmentarz. Nie udało się jednak uratować cennych XVI i XVII-wiecznych druków, biblioteki i zbioru świątków beskidzkich Jędrzeja Wowry zagrabionych przez hitlerowców dla uzupełnienia swoich prywatnych kolekcji z gorzeńskiego „Murowańca”. W listopadzie 1939 roku miasto zostało włączone do „rdzennych” ziem niemieckich - z granicą na rzece Skawie - co wiązało się z uruchomieniem pracy nowych instytucji i urzędów. W Wadowicach zjawili się wraz z rodzinami niemieccy urzędnicy, celnicy, policjanci i aby ich osiedlić należało wyrzucić wadowiczan z ich własnych mieszkań. W ten sposób m.in. wysiedlono mieszkańców wielu domów w mieście i prawie wszystkich mieszkańców ulicy Aleja Wolności, pozostawiając nielicznych właścicieli domów (niezbędnych do pracy na rzecz nowo przybyłych Niemców) w ich suterenach bądź piwnicach (m.in. rodziny: Jodłowskich, Nieciaków, Ślusarczyków). W budynku byłego Towarzystwa Upiększania Miasta Wadowic i Okolic w Parku Miejskim Niemcy pozostawili także wdowę po zmarłym przed wojną ogrodniku Rudolfie Wyrobie, Zofię w raz z trójką dzieci, zmuszając wszystkich do pracy w tamtejszych obiektach ogrodniczych. Najmłodszy z rodzeństwa w chwili wybuchu wojny miał zaledwie 11 lat.
Pod zarząd władz niemieckich przeszły zakłady pracy, majątki miejskie i instytucje publiczne. Wyznaczono godzinę policyjną. Zakupy podstawowych artykułów pierwszej potrzeby zostały ograniczone wprowadzonymi przez okupanta kartkami żywnościowymi - w większości przypadków papierami bez pokrycia w towarze. Na okolicznych rolników Niemcy nałożyli tzw. „obowiązek kontyngentowy”, spłacany przez okupanta także kartkami, najczęściej na alkohol. Nie wywiązanie się przez rolnika z tego obowiązku groziło wywiezieniem całej jego rodziny do obozu zagłady. Okupant zlikwidował natychmiast wadowickie, polskie drukarnie a pozostawione pod swoim zarządem wykorzystywał jedynie do druku publikowanych obwieszczeń i list osób rozstrzelanych. Polaków obejmował zakaz organizowania się, korzystania z restauracji i cukierni.
Kolejnym celem dyskryminacji byli Żydzi, których w samych Wadowicach mieszkało ok. 2 tysiące. Początkowo wszystkich, aby nie było wątpliwości co do przynależności rasowej, oznakowano gwiazdą Dawida naszytą na noszonej odzieży i kierowano do najgorszych prac. Idąc w kolumnach zmuszani byli do śpiewania piosenki „... my biedni Żydacy, robili na nas Polacy, dziś przyszedł Hitler złoty, nauczył nas roboty...”.
2 lipca 1942 roku specjalny oddział Gestapo zebrał Żydów z miasta i okolicznych wiosek aby ścieśnić ich w getcie zlokalizowanym w obrębie ulic okalających upamiętniający tamtą tragedię Plac Bohaterów Getta. W tymże 1942 roku zniszczono całkowicie synagogę, z której gruz przeznaczono m.in. na utwardzenie trzęsawiska w ulicy Aleja Wolności (vis a vis Willi Józefówki) oraz budowę nowych obiektów szklarniowych na terenie parku. 10 września 1943 roku rozpoczęto likwidację wadowickiego getta. Nie kończąca się kolumna wadowiczan wyznania mojżeszowego kierowana była na boisko szkoły podstawowej przy ul. Sienkiewicza, gdzie pędzeni na zagładę musieli zostawić resztki swojego dobytku, zawiniątka, kosztowności itp., by stamtąd, odarci ze wszystkiego co mieli, łącznie z godnością ludzką, iść dalej w milczącym bólu na stację kolejową, z której w bydlęcych wagonach pozostała im tylko jedna droga - w kierunku Oświęcimia i Bełżca. Większość z nich nigdy stamtąd nie wróciła, a pamięć tamtego holocaustu upamiętnia pomnik i nieliczne mogiły indywidualne na miejscowym cmentarzu żydowskim. Jednak niewielki odsetek mieszkańców getta nigdy nie wsiadł do wagonu bydlęcego, a wszystko za sprawą wadowiczan, którzy z narażeniem życia nieśli pomoc swoim dotychczasowym współziomkom, ratując ich od niechybnej śmierci w machinie zagłady okupanta. Trudno w tym miejscu byłoby wymienić nazwiska zarówno niosących wówczas pomoc, jak i uratowanych, gdyż jak na warunki prowincjonalnego miasteczka są to liczby dosyć duże, a w większości nawet trudne do ustalenia.
Wróćmy jednak do roku 1940. 10 grudnia Niemcy przywozili do wadowickiej szkoły przy ul. Sienkiewicza i gimnazjum całe rodziny chłopskie z okolicznych wsi. Tu oczekiwały one kilka dni na wywóz w głąb Generalnej Guberni, na tereny województw: lubelskiego i jędrzejowskiego. Tak rozpoczęła się zakrojona na szeroką skalę akcja przesiedlania chłopów - szeroko zakrojona czystka etniczna prowadzona przez okupanta. Wczesnym świtem wpadała policja okupacyjna i wielkim krzykiem oraz groźbami zmuszała ludzi do natychmiastowego opuszczania swoich rodzinnych domów, nie zważając na płacz dzieci i rozpacz wypędzanych. Dawano pół godziny na spakowanie się, a wolno było zabrać ze sobą tylko tyle ile każdy mógł unieść. Reszta dobytku zostawała dla nowych „właścicieli”. Tak wysiedlono Chocznię, z której wywieziono ponad 1000 osób. Tą samą metodą wysiedlono Mucharz, Śleszowice, Radoczę, a w dniu 12 grudnia Inwałd i Zawadkę. Niemcy wiedzieli, że najgroźniejszym i najbardziej twardym przeciwnikiem są chłopi, kochający swoją ziemię, dlatego germanizację prowadzili w/g dawnych, wypróbowanych wzorów z czasów hakaty i Bismarcka. Na miejsce polskich chłopów przywozili Volksdojczów z Wołynia, Besarabii i Bukowiny.
Okres ten był tragedią polskich rodzin zamieszkujących wsie na zachodnim brzegu Skawy do dzisiaj nie opracowaną naukowo.
Okres okupacji był przede wszystkim okresem walki o polskość. Patrioci, prawie natychmiast po wkroczeniu okupanta, podjęli działalność konspiracyjną. Do niej, oprócz działalności członków różnych organizacji bojowych (ZWZ, AK, BCh i inne), należy zaliczyć ratowanie dzieci przed zniemczeniem, poprzez wiedzę i patriotyczne wychowanie, przekazywane w trakcie zorganizowanego na szeroką skalę tajnego nauczania. Niemcy co prawda zezwolili na „nauczanie”, które jednak ograniczało się do podstaw czytania, pisania i rachowania. Aby umocnić w młodych ludziach patriotyzm i wiedzę nauczycielski ruch oporu, inicjowany przez przedwojennych lewicowców, powołał do życia Tajne Ogniska Nauczycielskie przekształcone później w Powiatowe Tajne Komisje Oświaty i Kultury. W Wadowicach do takiej komisji należeli m.in.: dr Józef Sołtysik (przewodniczący), Michał Kornelak, Ludwik Jach, Henryk Gawor oraz Józef Heriadin. To oni przekazywali wiedzę oraz organizowali komplety prowadzone przez profesorów wadowickiego gimnazjum, m.in.: Mariana Ćwiertniaka, Kazimierza Forysia, Jana Gebhardta, Szczepana Grudniewicza, Czesława Panczakiewicza, Józefa Titza, Helenę Rokowską i Stefana Zagórskiego. Egzaminy ze zdobytej wiedzy zdawano przed Komisją, której przewodniczył Henryk Gawor. Dzięki poświęceniu w/w w latach wojny szkołę średnią ukończyło ponad 70-ciu słuchaczy. Dzisiaj mówią o tym dokumenty przechowywane wówczas z narażeniem życia przez dr J. Sołtysika i dr W. Jacyszyna. Mimo tych sukcesów środowisko nauczycielskie Nadskawia poniosło poważne straty - w latach 1940-1942 hitlerowcy aresztowali 24 nauczycieli, z których 17 zamordowali w obozach w Mauthausen i Oświęcimiu. Byli wśród nich: Maria Kuśmierska, Tadeusz Kotlarczyk, Jan Szklarz, Rudolf Wójcik i Tadeusz Kowalczyk - mieszkający i pracujący w Wadowicach.
Tajne nauczanie nie było jedynym zajęciem dra Józefa Sołtysika w czasie okupacji. Wspólnie z lek. Zygmuntem Czapikiem, wykorzystywali swoje umiejętności oraz posiadaną wiedzę, aby ratować swoich współobywateli przed wywózką na przymusowe roboty w głąb Rzeszy. Czasem było to tylko sfałszowanie niezbędnego zaświadczenia, a innym razem pozorowany zabieg chirurgiczny czy nawet fingowana śmierć zagrożonej wywózką ofiary...
Inną działalność konspiracyjną prowadziła organizacja „Biały Orzeł”. Jej członkowie zajmowali się nasłuchem zagranicznych stacji radiowych i rozpowszechnianiem zasłyszanych informacji wśród mieszkańców miasta podczas organizowanych zebrań patriotycznych. Oni też zapłacili wysoką cenę. W marcu 1941 roku członkowie grupy: Genowefa Brańka, Zofia Bukłatowa, Jadwiga Drozdowska, Waleria Hyżowa, Barbara Śmieszek, Kamila Targosz Zofia Woźniak, Stanisława Lempart, Genowefa Lempart, Apolonia Barska, Jan Woźniak, Florian Styła, Jan Skowronek, Józef Majchrzak, Antoni Lempart oraz Edward Barski - zostali aresztowani i wywiezieni do obozu w Oświcimiu, z którego nigdy nie powróciło sześciu z nich.
Ten krótki fragment okupacyjnej historii Wadowic nie jest wstanie, nawet w drobnej części wymienić wszystkich mieszkańców grodu, których kości kryją kurhany na wszystkich kontynentach. Śmierć spotkała ich w różnych miejscach i z rąk różnych oprawców. Obok Gestapo i NKWD na życie Polaków czyhali również członkowie grup zbrojnych. To m.in. z rąk Mieczysław Spuły, Mieczysława Wądolnego, Jana Sałapatka i wielu, wielu innych, ginęli po wojnie ci, którzy w okresie okupacji własną krew przelewali za wolną Polskę. Z rąk oprawców ginęli szczególnie ci mieszkający na wsi, ginęli banalnie; za pieniądze, których akurat nie mieli, za nałożony polski mundur, za niechęć oddania gęsi, ginęli doczekawszy kilka, kilkanaście dni wcześniej upragnionej od sześciu lat wolności...
 
I ZNOWU POLSKA...
Mimo, że dzisiaj wiele mówi się, iż był to dalszy ciąg okupacji, należy jednoznacznie stwierdzić, że 26 stycznia 1945 roku, wraz z młodymi chłopcami z czerwoną gwiazdą na czapkach przyszła do Wadowic wolność. Wolność od okupanta hitlerowskiego, wolność od jego okrutnych praw. Za tą właśnie wolność poległo na Wadowickiej Ziemi około 1500 „czerwonoarmijców” - jak ich nazywano. Tego faktu nie da się zaprzeczyć i mimo usilnych zaprzeczeń niektórych dzisiejszych „myślicieli”, nie znajdzie się innego, „słusznego” potwierdzenia tamtych faktów. Można polemizować o słuszności, bądź nie- okresu PRL-u w kwestii ogólnopolskiej. To fakt równie niezaprzeczalny. Jednak zadaniem niniejszej publikacji jest krótkie podsumowanie owych czasów na małym skrawku jej (PRL) terytorium - w mieście Wadowice.
Jak już wyżej wspomniano wolność nadeszła, a wraz z nią nowe władze - pełnomocnik KW PPR w Krakowie - Władysław Sadowski, szef Urzędu Bezpieczeństwa na powiat wadowicki - Władysław Hubka oraz pierwszy starosta powiatowy - Jerzy Olędzki.
Zadaniem Władysława Sadowskiego było zorganizowanie administracji ludowej i powiatowej organizacji partyjnej. O tym, jakie Wadowice zastał po przybyciu w dniu ich wyzwolenia powiedzą jego własne słowa: „... O zmierzchu, obecną ulicą 26 stycznia, wjechaliśmy do Wadowic. Zatrzymaliśmy się na rynku. Rynek zapełniony był żołnierzami Armii Radzieckiej (...). W powietrzu unosił się swąd płonących budynków i charakterystyczny gwizd przelatujących wciąż jeszcze pocisków. Pierwsze wrażenie ze spotkania z miastem było przygnębiające, bolesne, żałosne. Tonęło w ciemnościach. Budynki częściowo poniszczone, powybijane szyby, ulice i rynek zaśmiecony. Miasto wyludnione i opuszczone...”.
Cóż pozostało? Podjąć działania zmierzające do unormowania życia społecznego i odbudowy Wadowic ze zniszczeń wojennych. I choćby co mówić, tamta władza takie działania podjęła i rzetelnie się z nich wywiązała.
Po spędzeniu pierwszej nocy w nieogrzewanym pokoju opuszczonego czasowo budynku p. E. Reimana, przy ul. Sienkiewicza, 27 stycznia 1945 roku pierwszy starosta wydał odezwę do mieszkańców, w której zwrócił się z apelem nawołującym do podjęcia pracy, zachowania ładu i porządku oraz wyjaśnił istotę pojęcia „władzy ludowej”. Mimo braku prądu, wody, żywności, a w zniszczonych budynkach szyb w oknach, wśród powracających masowo do swych domów wadowiczan panowała atmosfera podniecenia i radości. 28 stycznia, w sali kinowej zorganizowano pierwszy od ponad sześciu lat, masowy wiec ludności. Przebiegał spontanicznie, sala nie pomieściła wszystkich chętnych. Ludzie zgromadzili się na podwórku i ulicy, aby wysłuchać przemówienia Władysława Sadowskiego, który po wyjaśnieniach dotyczących aktualnej sytuacji w kraju wezwał wadowiczan do odbudowy miasta ze zniszczeń wojennych oraz tworzenia nowego życia społecznego i kulturalnego. Po przemówieniu ktoś z tłumu zaintonował „Rotę”, którą wszyscy przybyli na wiec odśpiewali ze łzami w oczach. Tą pierwszą w wolnej Polsce manifestację mieszkańców Wadowic zakończono, równie chóralnym odśpiewaniem Hymnu Narodowego. Lecz nie zakończył się dzień. Po wiecu, przez długie godziny trwały dyskusje mieszkańców z przybyłymi do miasta przedstawicielami władzy. Nie było wówczas tematu, którego by nie poruszono. Wspominając atmosferę tych rozmów, Władysław Sadowski mówił: „... Zaskakujące były pytania kobiet, uczestniczek pierwszego po okupacji wiecu. Pytały, czy będą otwarte polskie szkoły i czy dzieci będą się uczyć po polsku. Po usłyszeniu odpowiedzi twierdzącej ze wzruszeniem płakały (...). Przeżywaliśmy wówczas wspólnie z uczestnikami wiecu chwile rozrzewnienia i radości...”. Pomoc mieszkańcom, m.in. w zapewnieniu aprowizacji, udostępniania środków transportu, przy remoncie mostów, nieśli żołnierze radzieccy ze stacjonujących w Wadowicach jednostek Armii Czerwonej wchodzących w skład 38 Armii IV Frontu Ukraińskiego, dowodzonej przez gen. płk Kirryła Moskalenkę. Komendantem wojennym miasta, był d-ca stacjonujących w nim jednostek, radziecki oficer, mjr Bałbiński.
Powstała Miejska Rada Narodowa, która jedną z pierwszych uchwał powołała do życia Spółdzielnię Remontowo-Budowlaną. Jej zadaniem była odbudowa zakładów pracy i obiektów publicznych. Działalność swą prowadziła nieprzerwanie przez prawie pół wieku. Zapał i ogromny wkład pracy całej społeczności pozwolił na wznowienie już w pierwszych dniach lutego 1945 roku zajęć w szkołach podstawowych. 4 lutego, w dziewiątym dniu od wyzwolenia nastąpiła inauguracja nauczania w gimnazjum. Pracę pedagogiczną organizowali ci, którzy nigdy jej nie zaprzestali, prowadząc tajne nauczanie pod nosem niemieckiego okupanta. W listopadzie 1945 roku powstała Zasadnicza Szkoła Zawodowa (obecny Zespół Szkół Mechanicznych w Wadowicach-Gorzeniu), a we wrześniu 1946 roku otwarła swoje podwoje pierwsza na ziemi wadowickiej szkoła ekonomiczna (dzisiejszy Zespół Szkół Zawodowych przy ul. Wojska Polskiego).
Równocześnie czyniono starania, aby mogły rozpocząć produkcję miejscowe zakłady pracy. W czerwcu 1945 roku, „Druciarnia”, w której przy stanowiskach pracy stanęła cała przedwojenna załoga, z wyjątkiem zamordowanych przez okupanta: Tadeusza Zająca i Franciszka Kolasy, uruchomiła produkcję gwoździ, drutu i siatki ogrodzeniowej. W miesiąc później produkcję rozpoczęła „Papiernia”. Ruszyła całą parą produkcja w miejscowych cegielniach. Organizowały swe szeregi „Spółka Rolna” i Spółdzielnia Spożywców. W pełni rozkwitł tradycyjny dla Wadowic drobnotowarowy handel prywatny. W budynku rodziny Foltinów rozpoczęła swą działalność prywatna drukarnia, kierowana przez Kazimierza Rudla, który po upaństwowieniu zakładu poligraficznego, został jego kierownikiem.
Dnia 9 maja 1945 roku odbyło się posiedzenie konstytuujące skład Powiatowej Rady Narodowej. Po burzliwej dyskusji odbyło się głosowanie zatwierdzające F. Świadka na stanowisku Przewodniczącego Powiatowej Rady Narodowej, W. Ptaka na stanowisku jego zastępcy oraz W. Jopka, W. Pasternaka i L. Karkoszki na stanowiskach członków Prezydium Rady Narodowej. Ponadto W. Ptak został wybrany I-szym sekretarzem KM PPR. S. Kawie powierzono obowiązki Pełnomocnika d/s Reformy Rolnej, a urząd pierwszego Burmistrza Wadowic powierzono Władysławowi Sadowskiemu. W czasie posiedzenia Rady wicestarosta Grzybowski zapoznał wszystkich z komunikatem dot. informacji o kapitulacji Niemiec.
Aktywną działalność na wadowickiej ziemi rozpoczyęły partie PPS, SL i PSL oraz reakcyjne podziemie, którego członkowie nigdy nie zaakceptowali władzy narzuconej przez socjalistycznego sąsiada - ZSRR. To na pewno nie pomagało młodej władzy, a wręcz przeciwnie rodziło olbrzymie trudności. Oprócz rozwiązywania pilnych zadań społeczno-gospodarczych, należało zrobić wszystko, aby zapobiec bezsensownej na owe czasy, szerzącej się śmierci. Postanowiono złamać istniejące bariery bez jakichkolwiek nacisków, za pomocą osobistego przykładu w tworzeniu kultury i bezpośrednim uczestniczeniu w procesie jej tworzenia. W oparciu o działaczy przedwojennego Towarzystwa Uniwersytetów Robotniczych już w pierwszych dniach po wyzwoleniu powstało koło teatralne. Jego scena miała swoją siedzibę w budynku przy ulicy Mickiewicza 19 (dzisiejsza siedziba SLD). Grali na tej scenie, potrzebnej wówczas jak powietrze, woda i chleb, m.in. burmistrz Władysław Sadowski i komendant Milicji, grali również: Irena Brańkówna, Franciszek Zadora, Władysław Gołuchowski i wielu, wielu innych. O tym, że przedstawienia przynosiły oczekiwany cel, świadczy jednoznacznie wspomnienie p. Franciszka Zadory, który powiedział: „... Graliśmy we wszystkich prawie wsiach i miastach powiatu. Ludzie przychodzili tłumnie. Jedni dawali parę groszy, drudzy całego „górala”. Pamiętam, podczas przedstawienia w Zembrzycach, w trakcie jednej ze scen poczułem - tak, nie zobaczyłem a poczułem, że do sali weszli „leśni” z podziemia... Rozumiecie? Tutaj my na scenie, a wśród nas byli ci, do których tamci strzelali, którzy z podziemiem prowadzili twardą walkę, a tam na sali, w półmroku, pośród tłumu - oni, „leśni”. Ale nic i nikt nie zakłócił spektaklu. Polskie słowo - to była świętość...”.
Jeszcze w roku 1945 przystąpiono do usunięcia zniszczeń powstałych na skutek bombardowania miasta przed jego wyzwoleniem. Ucierpiały wówczas m.in.: kościół, Dom Katolicki, plebania oraz szpital. Podczas wykonywania remontu kościoła, wzniesiono przedsionki boczne, a w roku 1947 prostokątną wówczas zakrystię obudowano ćwierćkolistymi dobudówkami.
Po opuszczeniu miasta przez jednostki Armii Czerwonej wadowiczanie gościli „na wypoczynku” żołnierzy 6 Pomorskiej Dywizji W.P., walczących w ostatnich dniach wojny pod Budziszynem. Po ich wyjeździe koszary zajął 18 Pułk Piechoty przyjęty przez mieszkańców z radością, wyrażoną m.in. ufundowaniem jednostce ze składek mieszkańców sztandaru. Wojsko sprawiło, że częstym gościem, nie tylko odwiedzającym Wadowice ale niosącym miastu także pomoc, był ówczesny Minister Obrony Narodowej - Marszałek Polski Michał Rola-Żymierski, za swą życzliwość uhonorowany przez mieszczan w dniu 16 czerwca 1948 roku tytułem Honorowego Obywatela Miasta.
W wadowickim Szpitalu Powiatowym, pod troskliwym okiem personelu medycznego kierowanego przez dra Józefa Sołtysika, powracali do zdrowia wadowiczanie okaleczeni przez okupanta i najbardziej chorzy z więźniów obozu zagłady w Oświęcimiu.
Powoli czas goił rany, a obrazy jeszcze nie tak dawnych tragicznych wydarzeń odchodziły w mgłę zapomnienia. Ważniejszy stawał się kolejny nadchodzący dzień, ważniejszą była wciąż niewiadoma do końca przyszłość, aniżeli przykre przeżycia z przeszłości.
W miarę normalizacji spraw społeczno-politycznych, w mieście coraz mocniej zaczął odradzać się, bogaty przecież w okresie międzywojennym, amatorski ruch kulturalno-artystyczny. W roku 1947 przy Spółdzielni (dzisiejszy WUSP) powstaje chór mieszany, a w roku 1950 pierwsze po wojnie spotkanie Grupy Literacko-Plasycznej „CZARTAK II” zorganizował Franciszek Suknarowski - rzeźbiarz, plastyk. Nie uczestniczyli już w tym spotkaniu: założyciel Zboru Poetów w Beskidzie „CZARTAK” i Grupy Literacko-Plastycznej „CZARTAK II” - poeta i kolekcjoner Emil Zegadłowicz, rzeźbiarz Wincenty Bałys oraz plastyk Ludwik Jach - senior. Oni już odeszli... Wokół powojennego „CZARTAKA II” skupili się plastycy profesjonaliści: Felicja Świtalska, Józef Jura, Michał Kręcioch, Ludwik Jach - junior, Karol Pustelnik i Franciszek Suknarowski. Grupa działała jednak bez programu, co nie wróżyło jej dłuższej przyszłości. I tak się stało. Po zorganizowanych kilku zbiorowych wystawach, jej działalność zamarła, a artyści zamknięci w swoich pracowniach podjęli indywidualną działalność artystyczną.
W 1951 roku pp: Kazimierz Porawski i Czesław Lempart podjęli się kontynuowania teatralnych tradycji miasta i zorganizowali działalność Amatorskiego Teatrzyku Lalek „Aladyn”, sponsorowanego przez tutejszy PZGS. Jednak i ten teatr „padł” na korzyść zakładanego przez kierownika - budującego się na bazie przedwojennego budynku T.G. „Sokół” - Powiatowego Domu Kultury, emerytowanego mjra W.P. pana Jana Kaczmarskiego, Amatorskiego Teatru Dramatycznego, którego kierownikiem literackim i reżyserem został wspomniany wyżej p. Kazimierz Porawski, natomiast dekoratorami scen: pp. Czesław Lempart i Henryk Kowalski. Teatr posiadał wówczas aż trzy sceny: Teatru Poezji, Dramatyczną i Objazdową. Nad wszystkim czuwał oczywiście p. Jan Kaczmarski, kierownik placówki oddanej społeczeństwu do użytku w roku 1956. Swoją funkcję pełnił do roku 1963, i nie można nie dostrzec wkładu Jego pracy w rozwój kultury, a szczególnie w rozbudzenie potrzeb kulturalnych młodzieży.
Wracając do pracy teatru należy wymienić chociaż cząstkę ludzi z nim związanych, zwłaszcza z jego sceną dramatyczną, na której występowali m.in.: Irena Kamieńska, Barbara Drewniak-Zielińska, Halina Rodkiewiczowa, Krystyna Sołtysik, Bożena Koczurówna, Andrzej Święchowicz, Zdzisław Antoszewski i Henryk Kowalski. W roku 1962 powstał Teatr Dramatyczny Liceum Ogólnokształcącego, kierowany przez pp. Marię Putyrową i Kazimierza Porawskiego a sceną teatralną zawładnęła młodzież. Rok 1965 przyniósł powstanie kabaretu „radiowego”, miejscowego radiowęzła, nazwanego „O!Światek”, nadającego cykliczne audycje, oparte o scenariusze autorstwa pp. Jerzego Romana Jaglarza i Jana Fidzińskiego (Michała Zubera), pod stałym tytułem: „Pospacerujmy po ziemi”. Głosu bohaterom audycji użyczali wówczas pp.: Stanisława Czechowicz, Jadwiga Kudłacik-Gołuchowska, Zbigniew Jutka i Włodzimierz Szypuła. Po dziewięciu miesiącach działalności, na liczne prośby słuchaczy w grudniu 1995 roku „O!Światek” pokazał się po raz pierwszy na scenie Powiatowego Domu Kultury, którym to występem wszedł na stałe do repertuaru placówki z takimi przedstawieniami satyrycznymi jak: „Procentujmy się!”, „Po co wiadro?!”, „Do żłobu panowie!”, „Podłubać? Ino w cym?”, czy „O udomowieniu Człowieka”. Mimo kolejnych premier, po dwóch latach działalności i ten kabaret też odszedł w zapomnienie.
Nie zaprzestał jednak swojej działalności na niwie kultury, a wręcz przeciwnie, wciąż ją wówczas poszerzał, Powiatowy Dom Kultury oferujący swoim odbiorcom występy prowadzonych zespołów dziecięcych, muzycznych itd. Do tradycji działalności tej placówki weszły cykliczne spotkania mieszkańców Wadowic z czołowymi postaciami kultury krakowskiej podczas „Wieczorów Czwartkowych”.
 
Ale, że życie wadowickiej inteligencji musiało się wokół czegoś skupiać, kolejni artyści, pp.: Włodzimierz Ochman, Wojciech Bieniarz, Adam Zegadłowicz i Zbigniew Jurczak przy Muzeum Emila Zegadłowicza powołali do życia nieformalny Zbór Literacko-Plastyczny nazwany mianem spoiwa do farb - „Gumiguta”, którą to jednak nazwę zamienili szybko na „Beskidy”. W 1970 roku wiosną zorganizowali swoją pierwszą wystawę plenerową na murach przy ul. Ogrodowej. Z czasem zaczęli działać jako sekcja powstałego 9 grudnia 1971 roku Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej a dzięki pomocy prof. Franciszka Suknarowskiego, który nie szczędził czasu dla młodych, szybko się rozwijali. Do stałego krajobrazu Wadowic weszły zbiorowe i indywidualne wystawy plenerowe, galerie „w bramie”, bądź w gościnnych murach wadowickich klubów i salach domu kultury takich indywidualności świata artystycznego miasta jak pp.: Krystyny Sowińskiej-Mydlarz; malarki, Tadeusza Kurnika i Józefa Ogiegły; rzeźbiarzy i grafików, Ewy Kuciary i Marii Koman; rzeźbiarek, Marka Brzeźniaka; grafika, Kazimierza Raucha; malarza oraz Zbigniewa Jurczaka; malarza i grafika. Ale to nie jedyni, gdyż grupa cały czas się rozrastała a w roku 1979 przyjęła oficjalną nazwę - Wadowicki Klub Pracy Twórczej „Beskidnicy”. To przede wszystkim oni (i ich działalność) stanowili trzon osobowy wspomnianego wyżej TMZW, nigdy nie podporządkowanego władzom politycznym mimo, że pierwszym jego Prezesem został p. Marian Skrzypczak - Naczelnik Miasta.
Uznano wówczas, że właśnie on, a raczej zajmowane przez niego stanowisko, mogą pomóc Towarzystwu i nie pomylono się. Był w prawdzie krótki okres, w którym znalazło się ono pod tzw. „opieką” ideologiczną (funkcję honorowego prezesa sprawował I sekretarz partii), ale trwało to naprawdę krótko i nie miało wpływu na całokształt działalności Towarzystwa. Działalności bogatej w osiągnięte sukcesy (wydawnictwa książkowe, uruchomienie Galerii Sztuki jako filii BWA, położenie podwalin pod archiwum miejskie i uruchomienie własnej galerii sztuki użytkowej) i dalekowzroczne plany (m.in. organizacji Muzeum Historycznego Wadowic) nigdy jednak nie zrealizowane dzięki destrukcyjnym działaniom „demokratycznej” władzy z lat 90-tych XX wieku.
Ale, kolejny już raz wyprzedziłem historię. Nim doszło do zmiany systemu, na kartach historii miasta zapisał się złotymi zgłoskami dzień 16 października 1978 roku - wybór wadowiczanina, biskupa krakowskiego Karola Wojtyły na Stolicę Piotrową. Na Wadowice, miasto urodzin Papieża-Polaka zwrócone były oczy całego świata. Stało się ono centrum pielgrzymkowym Europy. Władza mimo, że z bardzo ograniczonymi możliwościami, starała się wykorzystać zaistniałą sytuację. Przygotowując kompleksowy plan przekształcenia grodu w centrum turystyki docelowej. Mimo ogromnych trudności lokalowych przeniosła mieszkańców kamienicy przy ulicy Kościelnej 7, w której dnia 18 maja 1920 na piętrze przyszedł na świat chłopiec, KAROL JÓZEF WOJTYŁA, syn Karola Wojtyły i Emilii z Kaczorowskich Wojtyłowej - STERNIK KOŚCIOŁA KATOLICKIEGO - PAPIEŻ JAN PAWEŁ II, do lokali zastępczych i wyremontowała własnym sumptem budynek by przekazać go Kościołowi, w którym ten organizował Muzeum Dom Rodzinny Ojca Świętego. Jego otwarcia, w dniu urodzin Papieża w roku 1984, dokonał ks. Franciszek Macharski, metropolita krakowski, następca Papieża na krakowskiej stolicy św. Stanisława. W uroczystościach, na osobiste zaproszenie Metropolity Krakowskiego, uczestniczyły ówczesne władze miasta, którym Kardynał złożył gorące i szczere podziękowania za wkład pracy.
 
W identyczny sposób hierarchia kościelna doceniła wkład pracy ówczesnej lokalnej władzy włożony w przygotowanie pierwszej pielgrzymki Jana Pawła II do Ojczyzny, w przygotowanie spotkania Papieża z wadowiczanami, do którego doszło dnia 06 czerwca 1979 roku, kiedy to Najznamienitszy z wadowiczan odwiedził po raz pierwszy swoje rodzinne miasto.
Dwa lata później, ta sama władza zebrana w dniu 2 czerwca 1981 roku na sesji Rady Narodowej Miasta i Gminy Wadowice „... nadaje HONOROWE OBYWATELSTWO MIASTA WADOWICE Karolowi Wojtyle - PAPIEŻOWI JANOWI PAWŁOWI II, największemu Synowi Wadowic w całej 650-letniej historii miasta, pragnąc by ten zaszczytny tytuł był symbolem trwałej pamięci, nierozerwalnej więzi i wdzięczności ogółu wadowiczan dla Jego Świątobliwości za rozsławienie rodzinnego miasta na całym świecie. Równocześnie Rada Narodowa prosi Jego Świątobliwość o przyjęcie jak najszczerszych pozdrowień i życzeń od całego wadowickiego społeczeństwa”, w imieniu którego dokument podpisali: Naczelnik Miasta i Gminy - Marian Skrzypczak oraz Przewodniczący Rady - mgr Stanisław Dula.
 
Swoją uwagę władze lat 80-tych skupiały również na przyziemnych potrzebach mieszkańców: rozbudowywano szkoły i osiedla mieszkaniowe, rozpoczęto realizację inwestycji ekologicznych: oczyszczalni ścieków i wysypiska odpadów komunalnych (którego następcy nie ukończyli przez kolejnych osiem lat swoich rządów), w związku z rozwojem motoryzacji przygotowano i wdrożono realizację nowoczesnej obwodnicy dla miasta (której następcy nie kontynuowali, budując w zamian drogę, która w żaden sposób nie rozwiązała problemu komunikacyjnego Wadowic, a wręcz przeciwnie).
 
Bez pomocy tamtych, Skrzypczakowych władz niemożliwą byłaby działalność składającego się z pięciu osób (J. Zeman, Z. Jurczak, K. Malczyk, W. Gałuszka, J. Studnicki), Komitetu Przywrócenia Pomnika Żołnierza 12 Pułku Piechoty, dzięki któremu w roku 1981 pomnik powrócił z cmentarza wojskowego na swoje pierwotne miejsce przed koszary 12 Pułku Piechoty przy ul. 1 Maja.
 
PRZEGRANA DEMOKRACJA...
Wcześniej wymienione inwestycje nie są jedynymi, których ówczesnej władzy nie pozwolono ukończyć i to wyłącznie dzięki tzw. „ludziom z Łabęd”. Oni - młodzi i pełni energii - przejęli w 1990 roku władzę w „demokratyczne”, w swoje ręce. Wraz z władzą przejęli inicjatywę, która cechowała się ogromną niechęcią do wszystkiego co przeszłe, a zarazem równie ogromną chęcią do wszystkiego co można było „zgarnąć”. Wzięli całą pulę i zaczęli niszczyć działające przed 1990 rokiem instytucje, stowarzyszenia oraz wszelkie ich inicjatywy. Za przyczyną ekipy rządzącej zwanej „ekipą Filipiakowej” zniszczono Towarzystwo Miłośników Ziemi Wadowickiej, PTTK, Galerię BWA, Muzeum Historyczne Wadowic wraz z Działem Zbiorów Specjalnych, Harcerstwo. Po raz kolejny pozbawiono Zegadłowicza nazwy Jego ulicy w mieście, a i Miejskiej Bibliotece Publicznej odebrano imię zasłużonego działacza społecznego i literata - dr Józefa Putka.
 
Odrębną kartą „demokratycznej” historii rządów tej właśnie ekipy, jest również historia powołanej dożycia w roku 1992 Fundacji „Czartak”.
Aby nie korespondować z domysłami o tamtych wydarzeniach w tym miejscu pozwolę sobie przywołać treść listu z dnia 17 listopada 1998 roku, skierowanego przez Autora niniejszej publikacji - po śmierci wnuka Piewcy Beskidów Adama Zegadłowicza - na ręce córki Poety - Atessy Zegadłowicz-Rudel. List ten, nie doczekawszy się odpowiedzi, został opublikowany na łamach pisma „Nad SKAWĄ”:
 
„Szanowna Pani!
Od początku byłem świadkiem ponownego odradzania się Muzeum Emila Zegadłowicza. Znam wartość trudu włożonego przez ludzi, dzięki którym placówka zaczęła tętnić życiem. Sam, na prośbę syna Szanownej Pani, a mojego Przyjaciela, ś.p. Adama, przez sześć lat, w miarę swoich skromnych możliwości, anonimowo przykładałem do niego rękę.
I zawsze, bezkompromisowo mówiłem prawdę o tych, którzy „Gorzeniowi” pomagali oraz o tych, którzy mu szkodzili.
Jak już podkreśliłem, trwało to sześć lat. Tyle czasu poświęcił pierwszy Zarząd Fundacji na ratowanie tego, co bez Jego działań uległoby unicestwieniu. Obserwowałem te działania oraz pomagałem w nich zawsze z satysfakcją i dlatego nie mogę pozwolić, aby nowy Zarząd ciężki, społeczny trud ludzi dobrej woli unicestwił w kilka miesięcy.
Ponieważ nie mam wpływu na odwrócenie kart historii, zmuszony jestem zapoznać społeczeństwo z przyczynami działań, które być może nie pozwolą nigdy na urzeczywistnienie marzeń pierwszego Prezesa Zarządu Fundacji „Czartak” - prof. Franciszka Suknarowskiego.
Moja decyzja jest ostateczna, przede wszystkim z uwagi na pamięć o Przyjacielu, gdyż za takiego, do ostatnich dni życia, uważałem syna Szanownej Pani. I myślę, że przynajmniej poprzez ujawnienie prawdy spłacę Adamowi dług za tę prawdę, z jaką się ze mną podzielił, myślę, że nie przypadkowo... Na kolejnych stronach zamieszczam treść materiału, jaki przygotowałem do publikacji.
Przesyłam go z szacunku dla przeszłości jaką wspólnie przyszło nam przeżyć oraz z propozycją ewentualnego uzupełnienia faktów, które w treści tej są zawarte.
Faktów, które syn Szanownej Pani być może pominął, a stanowią ważne ogniwo tej najnowszej historii gorzeńskiej placówki.
Brak odpowiedzi w przeciągu najbliższych dziesięciu dni zmuszony będę uznać za niechęć uzupełnienia mojego materiału, zarówno ze strony Szanownej Pani, jak i pozostałych członków Rady Fundatorów.
 
CZY ADAM MUSIAŁ ODEJŚĆ?
Wszystko na tym świecie dzieje się za przyczyną Boga, wszystko jest zaplanowane... Ale czy na pewno? Czy nie ma przypadków, że ludzie ludziom gotują ich własny los? Ponieważ odnoszę wrażenie, że tak właśnie jest i że tak było w przypadku śmierci Adama Zegadłowicza, pragnę podzielić się z Państwem znanymi mi faktami, do dziś owianymi tajemnicą, a związanymi z działaniami na rzecz zmiany pierwszego Zarządu Fundacji „Czartak”. Myślę, że jest to jednoznaczny przykład „niesienia pomocy losowi” i nie myślę, ale uważam, że to ludzie Adamowi zgotowali ten los...
Odrębną, niechlubną i mało znaną kartą historii „demokratycznych”, władz Wadowic, jest historia powołanej do życia w roku 1992 Fundacji „Czartak” i jej pierwszego Zarządu, który w większości składał się z członków funkcjonującego w „podziemiu” Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej. Celem tegoż Zarządu, któremu prezesował Franciszek Suknarowski, wiceprezesował Zbyszek Jurczak, a wspierali ich działania członkowie: J. Zeman, J. Zając, E. Rzycki, S. Ocetkiewicz, J. Sobala, M. Zegadłowicz, A. Zegadłowicz i inni, było przywrócenie społeczeństwu ekspozycji muzealnej w gorzeńskim Muzeum, bezcennych zbiorów Piewcy Beskidów Emila Zegadłowicza. Fundacja, a szczególnie jej Zarząd działały prężnie. Dzięki społecznej działalności małej garstki osób, na przełomie lat 1994/95 zbiory Poety wróciły „z bielskiej niewoli” w Muzeum Okręgowym w Bielsku-Białej i trafiły na krótki czas „pod celę” w wadowickim Zakładzie Karnym, który jako jedyny dysponował pomieszczeniami nadającymi się, w ocenie Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków, nieżyjącego już Karola Gruszczyka, do przechowywania kolekcji. Część z nich już 18 lipca 1995 roku, podczas uroczystego otwarcia placówki po piętnastu latach jej niebytu, pokazano zwiedzającym. Otwarto pierwsze pięć pomieszczeń z docelowych dwunastu.
Rok 1996 zaowocował oddaniem kolejnych sal. Muzeum żyło. Wokół placówki skupiła się jednak wadowicka inteligencja, w której swe zagrożenie widziała „demokratyczna” władza. Kiedy skupieni wokół Muzeum i Zarządu przygotowali bogaty, całoroczny program obchodów „110 rocznicy urodzin Emila Zegadłowicza”, ta sama władza, która wcześniej nie wykazała żadnego zainteresowania powstaniem placówki, bo jak twierdziła „Gorzeń, to siedlisko szatatna”, w roku 1998 nagle objawiła chęć przejęcia nad nią „pieczy” i to tylko w celu usunięcia osób zaangażowanych w pracę na rzecz Muzeum Emila Zegadłowicza i zniszczenia placówki.
Fakty toczyły się szybko. Z chwilą ogłoszenia roku jubileuszowego do „akcji” z ramienia Zarządu Miasta wkroczyło rodzeństwo Wodyńskich. Przełom stycznia i lutego 1998 roku obfitował w korespondencję Stanisława Wodyńskiego, a 04 lutego (środa) do Adama Zegadłowicza, poprzez dziennikarza „Kroniki Beskidzkiej” dotarła dyskretna informacja, że „... Kotarba ciepło o nim mówił”. Za kolejne kilka dni, 12 lutego (czwartek), Adam Zegadłowicz prowadzi rozmowy z siostrą Ewą Olimpią Wegenke o „... Zbyszku (Jurczak - przyp. red.) i perspektywach fundacji”. 22 lutego (niedziela) prowadzone są kolejne rozmowy z członkami rodziny. 23 luty (poniedziałek) obfituje kolejnym listem do Stanisława Wodyńskiego od rodziny Zegadłowiczów (wysłanym za dopłatą 26 lutego). Nie jest tajemnicą, że Adam Zegadłowicz był człowiekiem chorym, alkoholikiem i właśnie ta choroba na kilka dni wyłącza go z jego codziennych zajęć oraz z akcji „usunąć Zbyszka”.
Kiedy dochodzi do siebie, 18 marca (środa) kreśli kolejne słowa listu do Stanisława Wodyńskiego, który wysyła pięć dni później - 23 marca (poniedziałek). Międzyczasie bowiem, 21 marca (sobota) i 23 marca (poniedziałek) prowadzi rozmowy z Michałem Kręciochem, byłym red. naczelnym „NS”. Rozmowy te prowadzi również 24 marca (wtorek), a 25 marca (środa) dochodzi do spotkania M. Kręciocha z Ewą Olimpią Wegenke. 26 marca Adam Zegdłowicz przeprowadza rozmowę telefoniczną z Andrzejem Busiem - pracownikiem GOK w Tomicach, a Ewa Olimpia Wegenke w rozmowie telefonicznej z bratem wyraża oburzenie, wywołane przygotowanym programem obchodów jubileuszu Dziadka. 29 marca (niedziela) w rozmowie telefonicznej Adam Zegadłowicz informuje swego syna, Mikołaja o zmianach jakie zaplanował z siostrą Ewą i matką - Atessą Zegadłowicz-Rudel. 31 marca (wtorek) Gorzeń nawiedza sam S. Wodyński.
W dwa dni później, 02 kwietnia (czwartek), na rozmowy przybywa do Gorzenia Michał Kręcioch. Nie obszedł się bez rozmów również okres Świąt Wielkanocnych, które cała rodzina Zegadłowiczów prowadziła przy świątecznym stole 13 kwietnia (poniedziałek). 26 kwietnia (niedziela) Atessa Zegadłowicz-Rudel wraz z synem Adamem rozmawiają o konieczności podjęcia rozmów z Ewą Filipiak - burmistrzem Wadowic, po czym Adam przeprowadza rozmowę ze swym szwagrem, Jackiem Sufą, na temat wiceprezesury w nowym Zarządzie. 27 kwietnia (poniedziałek) Adam, w imieniu matki, pisze list do znanego warszawskiego dziennikarza Tadeusza Olszewskiego, a 28 kwietnia (poniedziałek), w/g wyraźnych wskazań matki, list do prof. Włodzimierza Wójcika z Sosnowca - Prezesa Rady Programowo-Naukowej Muzeum.
29 kwietnia (środa) następuje przełom w działaniach. Radna Stanisława Wodyńska umawia się na spotkanie z rodziną w gościnnych progach Gorzenia w dniu następnym, a Ewa Olimpia Wegenke wraz z Adamem udaje się do Woźnik na kolejne rozmowy z M. Kręciochem, któremu przedstawiają propozycję „wzięcia” wiceprezesury w powoływanym Zarządzie Fundacji. Rozmowy te kontynuowane są w dniu następnym, 30 kwietnia (czwartek). Jednak nie przynoszą one oczekiwanego przez rodzinę Zegadłowiczów rezultatu - M. Kręcioch odmawia przyjęcia jakiejkolwiek funkcji w nowym Zarządzie. Odmowę tą rekompensują rodzinie, prowadzone tego samego dnia rozmowy z radną Stanisławą Wodyńską, które na zakończenie Adam ocenia, jako „... bardzo owocne”.
02 maja (sobota), podczas trwania „Gorzeńskiej Majówki” przygotowanej przez wciąż funkcjonujący Zarząd Fundacji, nieświadomy podejmowanych przeciw niemu działań, w budynku obok trwają intensywne rozmowy na temat zmian w Zarządzie z członkami Rady Fundatorów: Mikołajem Zegadłowiczem i Marią Ziemianin (wnuczką Poety, córką Halszki). Po przeprowadzonych rozmowach Adam informuje, że „... Marysia zgadza się na wszystko”. Rozmowę telefoniczną przeprowadza również Atessa Zegadłowicz-Rudel z prof. W. Wójcikiem. 03 maja (niedziela) Jacek Sufa informuje Adama, że odmawia przyjęcia proponowanej mu wiceprezesury. Jeszcze tego samego dnia rodzeństwo udaje się do Stanisława Stabro. Podczas prawie pięciogodzinnego, życzliwego przyjęcia, składają Stanisławowi propozycję prezesury Zarządu. Po chwilowym zastanowieniu się, Stanisław Stabro przyjmuje zaproponowane stanowisko. Adam Zegadłowicz i Ewa Olimpia Wegenke są usatysfakcjonowani pierwszym, bądź co bądź, sukcesem w swoich knowaniach. 04 maja (poniedziałek) rodzeństwo kontynuuje rozmowy z A. Busiem, zaś Adam kieruje kolejne listy: do Jacka Sufy oraz do Stanisława Stabro. Do drugiego załącza statut Fundacji. Podkreśleniem sukcesów tego dnia jest informacja radnej Stanisławy Wodyńskiej o zorganizowaniu spotkania z E. Filipiak dnia 06 maja (środa) o godz. 1300. 05 maja (wtorek) rodzeństwo prowadzi kolejne rozmowy z A. Busiem oraz zaczyna przekonywać do swoich poczynań członków gorzeńskiego Klubu - rodzinę Kotowieckich. Brak jest dokładnego potwierdzenia zajętego stanowiska, a za jedyny dowód przychylności Adam przyjmuje stwierdzenie, że p. Kotowieccy „... nie akceptują wojny z miastem”. Po powrocie do domu Adam Zegadłowicz prowadzi rozmowę telefoniczną ze Stanisławem Wodyńskim, który udziela całkowitego poparcia „partyzanckim” działaniom Rady Fundatorów.
06 maja (środa) o godz. 1300 Zegadłowiczowie udają się do Urzędu Miasta, gdzie uczestniczą w „spotkaniu na szczycie”. Magistrat reprezentują: Stanisława Wodyńska, Ewa Filipiak oraz Stanisław Kotarba. Wyniki rozmów objęte są głęboką tajemnicą, ale możemy wnioskować, że były również „owocne” i „skuteczne”, bo jak podkreślał Adam Zedadłowicz „... rozmowa była miła i konstruktywna” mimo, że „... Staszek trochę ględził”. Tego samego dnia przeprowadzono kolejną rozmowę z A. Busiem. 07 maja (czwartek) na rozmowę z Jackiem Sufą zdecydowała się Ewa Olimpia Wegenke, która przekonywała go do „swojej koncepcji” - wiceprezesury w Zarządzie.
09 maja (sobota), kolejna rozmowa z A. Busiem i kolejny sukses: Jacek Sufa zgadza się na wiceprezesurę. 11 maja (poniedziałek) możemy odnotować jedyny chrześcijański fragment w tej kilkudniowej historii rodziny Zegadłowiczów, bowiem Adam... redaguje list do papieża Jana Pawła II. 12 maja (wtorek) również Adam redaguje na brudno „wypowiedzenie” dla Zbyszka Jurczaka, po czym konsultuje jego treść z S. Stabro, który w całości ją akceptuje. Prawdopodobnie z tą informacją dzieli się również w korespondencji do S. Wodyńskiego i T. Olszewskiego. 13 maja (środa), aby zachować pełną konspirację, Adam Zegadłowicz nie wręcza treści „wypowiedzenia” Z. Jurczakowi osobiście (mimo, że ten kilka razy dziennie przebywa w Gorzeniu), ale wysyła je listem poleconym, na jego domowy adres. Pozostałą korespondencję (Wodyński, Olszewski) wysyła przesyłkami zwykłymi. Tego samego dnia wieczorem Adam prowadzi jeszcze rozmowę z Jackiem Czernikiem, mieszkającym w zamian za wykonywanie drobnych prac, kątem w oficynach Muzeum, w trakcie której jemu również proponuje udział w Zarządzie Fundacji. Propozycja zostaje przyjęta. 14 maja (czwartek) z poparciem kolejny raz telefonuje S. Wodyński. Adam „tworzy” listy do czterech członków byłego Zarządu: Zemana, Sobali, Ocetkiewicza, Rzyckiego (jednak nie wszystkie dotarły do adresatów - prawdopodobnie z „odgórnego” polecania).
15 maja (piątek) do Gorzenia przybył jeden z głównych inicjatorów „gorzeńskiego sukcesu”, S. Wodyński, z propozycją komunikatu prasowego, sześcioma rzeźbami i... czekiem dla Adasia na... 200,- zł. Można przyjąć, że tyle właśnie warta była dla rodziny Zegadłowiczów praca Zbyszka Jurczaka na rzecz przywrócenia gorzeńskiego Muzeum społeczeństwu?
16 maja (sobota) ten sam „darczyńca” przybył do Adama Zegadłowicza jeszcze dwa razy i jak wynika z wypowiedzi Adama, tylko po to „... by wspierać mnie duchowo”. Jednak Adam jest zajęty, musi wszak, z wsteczną datą - 12 maja (wtorek), przygotować oficjalny protokół z posiedzenia Rady Fundatorów, oraz uchwałę dotyczącą odwołania Zbyszka Jurczaka oraz całego pierwszego Zarządu Fundacji. 17 maja (niedziela) familia Zegadłowiczów podpisuje przygotowane dzień wcześniej dokumenty. 18 maja (poniedziałek) Atessa Zegadłowicz-Rudel udziela kilku wywiadów dla prasy i jednego dla telewizji. Wyraża w nich soje zadowolenie z zaistniałej sytuacji.
20 maja (środa) jest ostatnim dniem niniejszego sprawozdania. W godzinach dopołudniowych kontynuowane są rozmowy z A. Busiem, E. Filipiak i S. Kotarbą, a wieczorem w sali klubowej, z inicjatywy Z. Jurczaka odbywa się ostatnie, pożegnalne i uroczyste posiedzenie pierwszego Zarządu Fundacji, na które, obok rodziny Zegadłowiczów, zaproszono wszystkich wspierających pracę tegoż Zarządu. Ze strony Zegadłowiczów odważyła się przyjść jedynie Atessa Zegadłowicz-Rudel, która już w pierwszym „wejściu” wyraziła oburzenie spowodowane udziałem w spotkaniu osób nie będących w Zarządzie. Emocje ustąpiły, kiedy Z. Jurczak wyjaśnił intencje spotkania - chęć z Jego strony podziękowania wszystkim, którzy przyczynili się swoją społeczną pracą do przywrócenia społeczeństwu, po piętnastu latach niebytu, Muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym. Tu warto podkreślić, że na taki gest nie było stać Rady Fundatorów, chociaż ta praca do jej świetności się przyczyniała. Dla uściślenia niniejszego sprawozdania podaję, że w spotkaniu, z uwagi na stan zdrowia nie uczestniczył Prezes Zarządu Fundacji „Czartak” - prof. Franciszek Suknarowski, który kilka tygodni później zmarł, nieświadom zmian jakie zaszły w jego „ukochanym Gorzeniu”, nie doczekawszy się słowa podziękowania. No cóż, ale On jedyny znał tę rodzinę od dziesiątek lat i zawsze podkreślał, że to ona „... przynosi największe szkody Poecie”.
Czemu zaznaczyłem, że dzień 20 maja (środa) jest ostatnim dniem sprawozdania? Gdyż wraz z działalnością Zarządu Fundacji „Czartak” zakończyła się „kontrola” działań Adama Zegadłowicza, którą intensywnie prowadzili członkowie Zarządu, a szczególnie bywający w Muzeum kilka razy dziennie Zbyszek Jurczak. Ten koniec „kontroli” sprawił zaś, że Adam popadł w niepamięć i brak zdolności rejestrowania ciągu zdarzeń, z którymi wcześniej dzielił się ze mną.
Zarówno rodzina, jak i pozostali, którzy tą rodzinę pchnęli na „drogę przemian”, pozostawili Adama Zegadłowicza własnemu losowi. Brak kontroli nad finansami Fundacji spowodował, że u Adama w grę weszły pieniądze połączone z jego skłonnościami chorobowymi. Nastąpił u niego ciąg alkoholowy, który z krótkimi przerwami trwał dwa miesiące. Po „przepitych” dwóch miesiącach przyszedł dzień 24 lipca.
Z przeprowadzonych rozmów wiem, że „ktoś” wydał Adamowi polecenie „powstania na nogi” z uwagi na ważne wydarzenia, jakie miały w kolejnych dniach nastąpić.
Adam począł gorączkowo poszukiwać sposobu natychmiastowego „odtrucia” swego organizmu, do jakiego de facto, po wcześniejszych, krótkich „ciągach” już go przyzwyczajono. Kiedy okazało się, że „domowe” sposoby nie wchodzą w rachubę, z powodu konieczności szybkiego „działania”, zdecydował się na szpital...
Ale, Szanowni Państwo, ileż można?
Organizm odpowiedział posłuszeństwa. Najpierw nastąpił stan śmierci klinicznej, z której Adama „siłą wyrwano”, jednak odkorowany mózg odmówił posłuszeństwa... Nastąpiło oczekiwanie... Na śmierć... Nadeszła... Po dwóch miesiącach całkowitej nieświadomości, Adam zmarł 29 października 1998 roku... Zmarł bezsensownie, tak jak bezsensownie odwołano pierwszy Zarząd Fundacji. Odnosi się wrażenie, że wraz z nim odszedł Adam i że to ludzie zgotowali mu ten los...”.
 
Tak to właśnie, nie tylko w Gorzeniu ale w wielu innych dziedzinach życia społecznego, kulturalnego i politycznego Wadowic wraz ze zmianą systemu politycznego, nastaniem tzw. demokracji, nastąpił kolejny w dziejach historii miasta regres.
Zła gospodarka zarówno ekonomiczna jak i finansowa oraz nie wykorzystana szansa rozwoju turystycznego miasta, całkowicie wstrzymały rozwój Wadowic i doprowadziły do jednoznacznego zubożenia społeczeństwa. Kolejny raz do głosu doszła dewocja zacietrzewiona we własnych przekonaniach, ślepa na prywatę i inne nadużycia rządzących. Jednoznacznym dowodem dla takiego stwierdzenia są wyniki ekonomiczne i gospodarcze oraz wyniki kolejnych wyborów samorządowych, w których zwycięstwa odnosili przedstawiciele środowisk prawicowych, rujnujących tutejszą gospodarkę oraz społeczeństwo.
Pokazały to również ostatnie wybory samorządowe przeprowadzone w dniu 27 października 2002 roku, kiedy mniejszość (24,7 %) osób uprawnionych do głosowania wybrała Wadowicom nowe choć te same, stare władze z Ewą Filipiak na czele.
Po raz kolejny, w tej nadal galicyjskiej mieścinie, przegrała demokracja... Gdzie szukać przyczyn tej kolejnej już przegranej?
Aby nie analizować przeszłości, posłużę się fragmentem listu jaki w okresie wydawania pisma „Nad SKAWĄ” otrzymałem od Przyjaciela - Zbyszka Jurczaka.
Jestem pewien, że w całości daje odpowiedź na zadane wyżej pytanie...
„... Na przełomie XVII i XIX wieku wadowiczanie sprzedawali swoje małe poletka i domki w rynku żydowskim handlowcom. Ci łączyli je w duże parcele i budowali Wadowice. Te obecne. Tak powstał cały Rynek i centrum. Inwestycjom sprzyjał potężny kryzys żywnościowy w połowie XIX wieku, spowodowany m.in. powtarzającymi się epidemiami cholery. Okres tzw. rabacji, kiedy Austria wypuściła chłopów na patriotyczną szlachtę, był dla nas spokojny. Zniszczono parę dworów ale dzięki mądrości burmistrza Stankiewicza (a grobowiec na cmentarzu się sypie) nie doszło w Wadowicach do samosądu. Ziemia Wadowicka, z uwagi na bliskość granicy z Rosją, była terenem azylu dla popowstaniowych emigracji jak i bazą dla ruchów w Księstwie a później Królestwie Kongresowym. I tak, powstaniec Gostkowski, właściciel dóbr tomickich musiał eskortować przyjaciela powstańca, pierwszego osadnika żydowskiego w Wadowicach. Jak współcześnie w Izraelu. Po powstaniu styczniowym zjawił się tu młody Kurowski i wielu innych. Powstało gimnazjum i przybyło światłych ludzi. Miasto uzyskało linie kolejowe a zza kordonu, z Czernej przybył Rafał Kalinowski ze swoimi studentami. Później przybyli pallotyni i siostry nazaretanki. W międzyczasie I wojna światowa załatwiła nam niepodległość i zaczęliśmy się sami rządzić. Na efekty trzeba było niewiele czekać. Prawie 150 lat bezpaństwowości a jednak w trzech zaborach katolicyzmu, doprowadził do takich paradoksów, że mój dziadek Ludwik, feldfebel austriacki walczył na froncie przeciw dziadkowi mojej żony Basi, jako poddany rosyjski. Obaj katolicy i Polacy. A teraz co się dzieje. Czy to nie środowiska prawicowo-katolickie z AWS-u znowu dążą do skłócenia ludzi? Przecież kretyński wniosek uznania PRL-u za okupację, PRL-u w którym te kretyny zdobywały wiedzę, to analogia z wypuszczaniem Polaków na siebie przez zaborców, wrogów. I gdzie ta mądrość po szkodzie. A Kościół miast zahamować ten kretynizm, milczy. Na początku niepodległości, po tych 150 latach, zastrzeliliśmy pierwszego, demokratycznego, wybranego przez nas prezydenta. Profesora politechniki w Zurychu, który zostawił uczelnię dla „kochanej” Ojczyzny. Zdążył jeszcze zaprojektować pierwszą zaporę wodną w Porąbce. Zastrzelił go fundamentalista katolicki. Jak zauważyłeś prawicowe środowiska często powołują się na tradycje II Rzeczpospolitej, tej z lat l9l8-39. Obecna władza przede wszystkim. Tak ugruntowuje się legenda nie mająca wiele wspólnego z rzeczywistością. A nasza narodowa rzeczywistość, to totalna głupota i naiwność. Mądry Polak po szkodzie. G... prawda. Po szkodzie, tak samo głupi. Otóż ta nasza niepodległość w 1918 roku, nota bene Piłsudski i cała legenda Legionów, to kolejny przykład wykorzystania Polaczków przez jednego z wrogów przeciw drugiemu. Tak było za Napoleona, to samo myśmy czynili z Ukraińcami.
W tym roku okrągła, 80 rocznica niepodległości. Odzyskania, utraconej w wyniku narodowej głupoty epoki saskiej niepodległości, odzyskania dzięki międzynarodowej sytuacji, staraniom prywatnym kilkunastu Polaków na emigracji a nie czynowi zbrojnemu. Bo trudno legendę Legionów, czyli naiwność Polaków wykorzystanych przeciw Rosji zaliczyć do czynu decydującego o niepodległości. Jeżeli początki polityczne II Rzeczpospolitej były fatalne, to militarnie byliśmy potęgą. Do dzisiaj karmimy się bajeczkami o wojnie polsko-bolszewickiej jako reakcji na całe poddaństwo wobec Sowietów. Cud nad Wisłą należy bardziej zawdzięczać jeszcze tępszym Rosjanom niż opatrzności. Tylko sześć lat, od 1920 (po wojnie) do 1926 roku uczyliśmy się demokracji. Niełatwej, bo obcej naszym narodowym przywarom. Zirytowany Piłsudski pogodził wszystkich, wziął za mordę całą demokrację i stworzył specyficzny rodzaj dyktatury, za którą tęskni chyba większość Polaków. Przewrót majowy to kilkaset zabitych w obronie demokracji, bo rządy tzw. sanacji trudno zaliczyć do demokratycznych. Okres po 1989 roku przypomina nieco ten po I wojnie. Brakuje tylko autorytetu jakim był Dziadek, a Naród, ta ponoć światła tkanka, poszedłby jak w dym za dyktaturą, rezygnując z demokracji. Takie symptomy spotykamy codziennie. Niby każdy elektorat w miarę wykształcony, ma wolną wolę, rozum a wzorem stada idzie na lep emocji. Legend, obiecanek cacanek i tzw. autorytetów podpieranych Panem Bogiem, bo to najtrwalsze w Narodzie. A później szara rzeczywistość dopiero daje lekcję, wszyscy szukają winnych nie widząc ich w sobie, we własnej głupocie i naiwności. Swoje winy lokują gdzie się tylko da. Od sześciu lat, bardzo dobry dziennikarz i publicysta, beznadziejny i cyniczny niegdyś rzecznik komunistycznego rządu, Jerzy Urban - uczy, czym jest demokracja, otwartość publicznego życia i polityki. Obnaża ciemnotę, nieudolność, złodziejstwo i bandytyzm różnych ekip i instytucji.
I co z tego? Straty w miliardach złotych pokrywane z naszych podatków a Urbana wszyscy znają, lecz nikt się do niego nie przyznaje. Twierdzę, że kiedyś historia doceni Urbana. Jego bezkompromisowość, która pozwoliła Polakom otworzyć oczy na wiele zjawisk. Doceni historia to, że w okresie najistotniejszych przemian, poprzez stałe, drastyczne uświadamianie, daje ciągle lekcje demokracji, wyręczając ponoć apolityczną szkołę, telewizję itp. Doceni jako inicjatora normalności, o ile my kiedykolwiek do standartowej, europejskiej normalności dojdziemy. Nikt nie trawi prawdy, która w oczy kole, a w tygodniku „NIE” prawda kole nasze pseudowartości, nasze narodowe orientacje, przywary i opinie. Naszą mentalność, hodowaną przez setki lat na potrzeby ideologii dogmatów. Lat temu kilka, prawica przy każdej opinii podpierała się Jerzym Giedroyciem, wybitnym intelektualistą emigracyjnym. A dzisiaj, Giedroyć dla prawicy niewygodny, bo ma czelność mieć własne opinie, jakże inne od oczekiwań fanatycznej prawicy. Przepraszam, że tak cholernie nadaję wiecznie poirytowany ale trudno mi być obojętnym na to co dzieje się współcześnie. Zastanawiam się, dlaczego, mimo otwarcia Polski na świat, mimo anten satelitarnych, mądrych i światłych publicystów, ruchu bezwizowego, nadal poklask zyskuje prawicowo-fundamentalny populizm. Ile w tym wszystkim z jednej strony zakłamania, cwaniactwa, polityki, celebry i hochsztaplerstwa, a z drugiej prymitywnej naiwności ludu w środku Europy. Ja swoją teorię mam i jeżdżąc od lat siedemdziesiątych na saksy w Europę, mogłem poznać normalność dosyć szybko i poznać przyczynę naszej siermiężności. Przez prawie pół wieku, realny socjalizm sowiecki edukował społeczeństwo poprzez swoją filozofię. Wcześniej, byliśmy edukowani pod potrzeby każdej władzy: pana, plebana, dziedzica, zaborcy, okupanta itp. Zmieniały się doraźne ideologie a surogatem nadziei normalności był zawsze Kościół. I to jeden, dominujący czyli monopolista. Oczywiście, zaraz powiesz, że tylko dzięki wierze, Kościołowi, księżom, Naród zachował swoją substancję i jest taki. NO WŁAŚNIE - dlatego jest TAKI. Niezbędnym warunkiem wejścia Polski do cywilizacji, do kręgu krajów demokratycznych, jest oddzielenie materii od ducha, pieniądza od uczucia, czyli co cesarskie (czytaj państwowe) to cesarzowi a co boskie to Bogu. Kościół jako instytucja musi się ucywilizować. Tego wymaga od nas Europa do której ponoć dążymy. Taki rozdział był w XIX wieku niezbędny, aby zachód nie stanął w miejscu. Ciągle podkreślamy nasz katolicyzm, obnosimy się jak papugi z naszą wiarą i tą wiarą podpieramy co się tylko da. Doszło do tego, że całość naszego doświadczenia życiowego, zdobywana jest na wiarę albo przez wiarę. Nawet jeżeli dotyczy to wiary, to ciężko nam sięgnąć po Pismo Święte, coś zrozumieć, pojąć, by mieć WIEDZĘ. Wiedzę własnej wiary. A tak, to na wiarę przyjmujemy wszelkie informacje, jedna pani drugiej pani, a w telewizorze mówili, a słyszałam, a podobno komuniści to a socjaliści tamto, a tamta urzęduje z tym a ten nakradł i się śmieje, tam kupuj bo tanio albo lepsze, tego nie używaj bo to grzech itd., itd. Wiara dominuje przy zakupach, decyzjach życiowych i w społecznym życiu.
Urasta to wszystko do rangi narodowego uniwersytetu, gdzie wiodącym wydziałem jest ambona. Różnie klasyfikowano społeczeństwo, zależnie od potrzeb budowano podziały i tworzono kategorie. Na własny użytek, pod szeroko rozumianą filozofię bytu, można podzielić nas na dwie podstawowe kategorie. Pierwsza, która w drodze poznania kieruje się ROZUMEM I WIEDZĄ i druga kategoria, która kieruje się WIARĄ. A ponieważ wśród Polaków od zarania dziejów wiedza nie cieszyła się sympatią, co w ostatnich kilku latach dało się wyraźnie zauważyć, stąd kierowanie się w decyzjach życiowych i społecznych wiarą. W nasze lenistwo, niechęć do wiedzy, skutecznie weszły wszelkie instytucje bazujące na niewiedzy, naiwności i wierze. Stąd wiele politycznych karier, zbudowanych naiwną wiarą ślepego, biednego bo głupiego elektoratu. A jak już ta wiara wylansuje, jako swojego reprezentanta, wykształconą osobistość, to i tak stopień nawiedzenia przysłania całkowicie stopień inteligencji, nie mówiąc o stopniu naukowym. „A Pon Bócek sie ino śmieje...”. Tak jak w tej legendzie o ostatnim powsinodze, Edku - „...Jo se tak myśle, że Pon Bóg już odpuścił to naucanie tego ludu znad Wisły i Skawy. Może w Jego planach, musi być na Zimi taki przykład dlo inszych, jak wyglondo głupota, cimnota i do cego moze doprowadzić. Nawet w Jego imiyniu...”.”.
Opisany przez Zbigniewa Jurczaka i przywołany wyżej stan w sposób nie dający się zaprzeczyć potwierdziła osoba całkowicie postronna i obojętna opisanej rzeczywistości, dziennikarz prawicowego pisma „Tygodnik Solidarność” - Marcin Przewoźniak, który materiałem prasowym zatytułowanym „Trochę smutna Kremolandia”, tak widział „papieskie” miasto w 2002 roku:
„... Wadowice z dnia na dzień z miasta rodzinnego Karola Wojtyły stały się miastem papieskim, w którym wszystko musi być papieskie. Nikt, poza właścicielami cukierni, nie ma pomysłu na zagospodarowanie tej sławy. Tymczasem, pod kremową zasłoną papieskości, rzeczywistość skrzeczy. Niezwykły wymiar duchowy i intelektualny osoby Ojca Świętego ulega tu mimowolnej deprecjacji, rozmienieniu na płytkie ikony kultury masowej. W Wadowicach papież jest patronem wszystkiego - od szkolnej olimpiady, po szpital, kremówki i lokalny samorząd. (...) Radni pragną, by wizerunek miasta był sielski i nacechowany sukcesem. Jednak miasto zanim nagle „stało się” papieskie, było typowym, przeciętnym miasteczkiem. Deklaracja wierności samorządu papieżowi umieszczona na frontonie ratusza nie czyni cudów. To w dalszym ciągu jest prowincjonalne i niezbyt uduchowione miasteczko.
(...) Kiedy papież z łezką w oku wspominał Wadowice z czasów swej młodości, napomknął też o kremówkach, przysmaku z tamtych lat. Cukiernicy nie mieli pojęcia, o jakie ciastka chodziło, ale zwietrzyli dobry interes. (...) W Wadowicach kremówki są dziś w sklepach, cukierniach, kawiarniach i w barze obiadowym owianym mdlącą wonią bigosu i pomidorowej. Trafiły na reklamy, szyldy i pocztówki. Wszystkie zawierają pokaźną dawkę słodkiego śmietanowo-margarynowego klajstru, wzbogaconego spirytusem. Po zjedzeniu czterech ciastek lepiej nie dmuchać w policyjny alkomat. Dwie największe cukiernie w miasteczku toczą bój o „papieskość” swych wypieków. Obydwie zarejestrowały w urzędach patentowych stosowne nazwy i nawet zdobyły rzekomo oryginalne receptury. Inni sprowadzają ciastka z Krakowa, Suchej Beskidzkiej i z Zawoi. - Nie mógł papież wybrać pączka? - irytuje się turystka, rozmazując łyżką kremówkę po talerzu. - Tak się to trudno je.
(...) Nieopodal budynku samorządu intryguje napis: „Głośna szopka wadowicka zaprasza”. Szopka jest głośna, odkąd przeniesiono ją spod bazyliki, gdy radny SLD Edward Wyroba zażądał jej likwidacji z uwagi na brak stosownego... pozwolenia budowlanego. Szopka przedstawia Świętą Rodzinę, królową Jadwigę, kardynała Macharskiego i papieża. Postacie wyglądają jak ofiary niewypału. Wszyscy mają pourywane palce, jako że ręce są wykonane z ciasta chlebowego. Turyści odłamują kawałki na pamiątkę. Cała kompozycja wprawia w zakłopotanie. Całoroczne eksponowanie symbolu przynależnego Świętom Bożego Narodzenia kłóci się z polską tradycją religijną, a i samemu papieżowi jarmarczna figura nie przynosi splendoru. Atmosfera szopki utrzymuje się też w westybulu Urzędu Miasta, ozdobionym licznymi fotografiami miejscowych notabli (głównie pani burmistrz) z papieżem w tle i wielkim bochnem w rękach. (...). Sklepy z dewocjonaliami oferują papieża na breloczkach, pocztówkach, grach, puzzlach, obrazach, makatkach i pod postacią gipsowych figurek oraz plastikowych nocnych lampek. Gdy zaświecą, to aż boli.
(...) W Wadowicach jest ośrodek wczasowy, hotelik i dom pielgrzyma. Niewielu jednak stara się o nocleg. - Obłożenie miejsc noclegowych oscyluje w granicach 30 proc. - przyznaje rzecznik prasowy samorządu wadowickiego Stanisław Kotarba. W istocie, wizyta w mieście Jana Pawła II zajmuje góra trzy godziny. Ogląda się szopkę, potem bazylikę. W niej ukoronowany przez papieża obraz Matki Boskiej Nieustającej Pomocy i kaplicę, w której Karol Wojtyła był ochrzczony. Pielgrzymi modlą się przed kaplicą i obrazem, kupują dewocjonalia niezbyt szczęśliwie ulokowane na środku świątyni. Muzeum Ziemi Wadowickiej rozczarowuje skromną i nudną ekspozycją. Wszyscy i tak kierują swe kroki do domu rodzinnego Karola Wojtyły, tuż obok bazyliki, przerobionego na muzeum i wymalowanego w słodkie kolorki. Nie odtworzono niestety wnętrz, nie przywrócono nawet cienia charakteru domu, w którym przyszły papież czytał książki, jadał obiady i modlił się przed snem. W gablotkach można obejrzeć jego narty, skarpety, dokumenty i kapelusz kardynalski. Gros wystawy stanowią setki zdjęć, z których część ma, delikatnie mówiąc, luźny związek z osobą papieża. Potem można już iść na kremówki i kupić pamiątkowego papieża z gipsu lub na obrazku. Tuż za jedną wycieczką nadciąga bowiem kolejna grupa trzygodzinnych turystów-pielgrzymów. Rozdarta wewnętrznie pomiędzy chwilami sacrum przeżytymi w bazylice i podczas kontemplowania papieskiej twarzy na zdjęciach a profanum niemal przymusowej degustacji kremówek i zakupów jarmarcznych świątków.(...).
(...) Można tu też znaleźć historie nie pasujące do obrazu papieskiego miasta. Szpital Powiatowy im. Jana Pawła II w Wadowicach jest zadłużony na 9 mln zł. Wyposażenie ma przestarzałe, a w budżecie powiatu nie przewidziano nań żadnych pieniędzy. Za to środki znalazły się na... termometr drogowy, pokazujący temperaturę powietrza i asfaltu. Najbardziej rzucającą się w oczy inwestycją jest renowacja rynku i wybudowanie na nim podświetlanej fontanny. Nie brakuje jednak utyskujących, że są to wydatki robione pod przybyszów, ale nie dla mieszkańców. Rzecznik Kotarba wylicza jednak obiekty, które zaprzeczają tezie, jakoby inwestycje samorządu przypominały wieś potiomkinowską: niedawno otwarte nowoczesne składowisko odpadów komunalnych, nowa szkoła, budowa krytej pływalni, obwodnica miasta. Radni sami namalowali też wielki obraz religijny, który potem skrytykowała lokalna opozycyjna gazeta. Radni oddali sprawę do sądu i przegrali. Jak się okazuje - już nie pierwszy raz trwoniąc samorządową kasę na rozprawy sądowe w obronie ich urażonej godności. (...) Jednak wciąż nie ma tu wizji, w jaki sposób miasto powinno promować się w świecie, jak wykorzystać ów niespodziewany kult miejsc bliskich papieżowi? Na razie zarabiają cukiernicy i sprzedawcy dewocjonaliów. A miasto? (...).
W Wadowicach stoi pomnik papieża, podarowany miastu przez włoskiego rzeźbiarza. Papież nie jest tu cukierkowy, ale dramatyczny, w rozwianej szacie, z sękatymi dłońmi wyciągniętymi przed siebie. Kilka lat trzymano pomnik w magazynach, by wreszcie ustawić przed kościołem wotywnym, oddalonym od zwyczajowych tras pielgrzymek. Kościół ozdabia aleję Matki Boskiej Fatimskiej, która dawniej nosiła imię Zegadłowicza, innego rodowitego wadowiczanina, ale taki kontrowersyjny patron nie pasował do papieskiego miasta. Papież nigdy swego pomnika nie widział. Organizatorzy pielgrzymki wstydzili się pokazać Mu tę podobiznę. Tak dramatycznie ludzką, człowieczą, głęboką. To nie jest dobrotliwy „papa”, którego się kocha, bo po prostu jest. Nie pasuje do tych świątków, obrazków, swarów i kremówek.
Ale czy osoba Ojca Świętego w ogóle do tego pasuje?”.
No cóż, zastanówmy się nad końcowym pytaniem cytowanego wyżej materiału, szczególnie kiedy przypomnimy sobie inne poczynania tej samej, opisanej przez Autora władzy, o których jednak publicysta „Tygodnika Solidarność” nie miał zielonego pojęcia.
Odpowiedź zawsze będzie ta sama; bo czy osoba Papieża może pasować do niegospodarności prywaty i nepotyzmu? Oczywiście, że nie, ale ekipie Ewy Filipiak to nigdy nie przeszkadzało. Ta właśnie, na schorowanym papieskim grzbiecie notorycznie zbijała swój polityczny kapitał.
Tak było również, kiedy minęło 130 lat od powstania wadowickiego gimnazjum. Było tak cicho i skromnie, aż tak, że kiedy ktoś wspominał o obchodach jubileuszu, inni pytali: „... co? kiedy? pierwszy raz słyszę”. Nie to co obchody 100-lecia placówki, o których ekipa Ewy Filipiak mówiła głośno w dniach Jubileuszu i co najważniejsze, najgłośniej mówili ci jej przedstawiciele, którzy najmniej wiedzieli o obchodach setnej rocznicy!
Ja też nie znam faktów z autopsji, gdyż nie byłem ich uczestnikiem. Dlatego nie chcę powtarzać sloganów, lansowanych szczególnie przez „niezależne” media i równych im pożal się Boże „historyków”: np. że „... zamknięcie drzwi przed ówczesnym Metropolitą obciąża wadowickie elity władzy, oświaty i kultury”, ale pragnę rzetelnie odpowiedzieć tym, którym owe media i historycy wmawiali, że do tej pory nie wiadomo... jakie stanowisko zajęła Rada Pedagogiczna szkoły, jaką rolę odegrał jej dyrektor, a jaką Naczelnik Miasta i Radni ówczesnej Rady... Było to jednoznaczne fałszowanie historii, gdyż bardzo szczegółowo - zaprzeczając tezom ekipy „filipiakowych” - tamten jubileusz opisał absolwent placówki (1952 rok), prawnik i pisarz - p. Roman Antoni Gajczak. W książce pt. „Chłopiec z ulicy Kościelnej” (Wyd. Michalineum - 1991), który właśnie cały jeden rozdział, zatytułowany „Jubileusz”, poświęcił „obchodom” setnej rocznicy wspomnianej wyżej placówki, gdzie napisał m.in.: „... Fakt faktem, że społeczeństwo żywo interesowało się nadchodzącą uroczystością i nie ukrywało dumy z posiadania szkoły średniej już sto lat liczącej. To, że Wadowice były stolicą powiatu nikogo specjalnie nie cieszyło, lecz własne gimnazjum to było to! Cóż za wspaniały argument w dyskusji „kto lepszy?” - pomiędzy wadowiczanami a obywatelami Andrychowa lub Kalwarii Zebrzydowskiej. Patriotyzm lokalny był wtedy wzbogacany stwierdzeniem „... nasze gimnazjum ma sto lat... zaś wasze (...).
Każda okrągła rocznica stwarza okazję zarówno do wspomnień jak i oceny teraźniejszości. Zjazdy absolwentów, zwłaszcza maturzystów, są uroczystościami niezwykle miłymi, chociaż nostalgicznymi. Wiedział o tym dobrze dyrektor Kazimierz Foryś i dlatego opracował program obchodów stulecia w lekkiej tonacji, bez fanfar czy nadmiernej egzaltacji. Po prostu trochę wspomnień, po których należało dobrze zjeść, a na końcu potańczyć. Najważniejsze, aby wychowankowie rozjechali się w dobrych nastrojach. Ksiądz dr Edward Zacher, były katecheta gimnazjalny i wychowawca kilku pokoleń młodzieży, także myślał o Zjeździe. Przygotowywał specjalną Mszę św., która jednak oficjalnie do programu uroczystości nie wchodziła z wiadomych względów. Ksiądz Zacher wiedział, że do Wadowic przybędzie kilkunastu kapłanów - absolwentów tutejszego gimnazjum, a wśród nich arcybiskup Karol Wojtyła.
Koordynacja całości spoczywała w gestii Komitetu Powiatowego. Jednego z sekretarzy specjalnie oddelegowano do obsługi imprezy.
Zjazd miał się odbyć pod protektoratem dwóch sekretarzy KW w Krakowie i kuratora okręgu szkolnego.
Można więc śmiało powiedzieć, że zajmowały się nim trzy instytucje: szkoła, kościół i komitet.
Moc żmudnej, szarej roboty odwalili jak zwykle szarzy bezimienni ludzie. (...) Trwało to wszystko bardzo długo, ponad dwa lata. Ale w końcu przyszła taka chwila, kiedy dyrektor Foryś poczuł się odprężony. Wszystko grało.
Kończył się czerwiec 1966 roku. Wychowankowie wadowickiego gimnazjum zaczęli powoli zjeżdżać z Polski i ze świata na swój jubileusz.
Zadzwonił telefon.
- Tu komitet, słucham. Tak, już notuję.
Sekretarka pisała szybko dużym, wyraźnym pismem. Początkowo umysł jej nie objął istoty telefonogramu, tak była pochłonięta pracą. Dopiero gdy jeszcze raz spokojnie przeczytała tekst - zrozumiała (...). Dyrektor Foryś wstawił się w komitecie za dwadzieścia minut. Sekretarz przyjął go natychmiast. - Siadajcie - wskazał fotel - jest taka sprawa, że...
Dyrektor Foryś ze spuszczoną głową wracał do gimnazjum. Z siedziby komitetu miał do siebie bardzo blisko, ale tym razem zapragnął, by odległość ta wydłużyła się o kilometr, albo dwa... Czuł się jak człowiek, który wychodzi z gabinetu śmiechu, tyle że dyrektorowi zbierało się na płacz. (...)
Decyzja o odwołaniu Zjazdu podjęta na wysokim szczeblu, spadła na Wadowice niczym grom z jasnego nieba. Początkowo wszyscy wzięli ją za dowcip, w dodatku prymitywny, ale w miarę upływu godzin, kiedy organizatorzy potwierdzili smutną prawdę - nastąpiła ogólna konsternacja. Zadawano jedno pytanie: dlaczego? - na które nikt nie potrafił odpowiedzieć. (...) Nowa wiadomość niby iskra elektryczna przeleciała przez Wadowice. Komitet kazał odwołać Zjazd ze względu na księży, których cała chmara miała przybyć, z arcybiskupem na czele. I to nie komitet wadowicki, ale wyższy, wojewódzki. (...) Była i taka wersja, że sam Kliszko osobiście wydał polecenie (...).
W sobotę 2 lipca od rana świeciło słońce. Lekki podmuch zachodniego wiatru sprawił, że powietrze było rześkie (...). Na kwadrans przed godziną dziewiątą, kościół parafialny zaczął się zapełniać. Przed plebanię zajechał samochód, z którego wysiadł arcybiskup Karol Wojtyła. Twarz miał opaloną na brąz, uśmiechał się i żartował ściskając swego prefekta księdza doktora Zachera.
- A więc to tak, księże profesorze - mówił arcybiskup - nie chcą naszego Zjazdu, ale Mszę św. odprawimy i powiemy co trzeba... Potem wstąpimy na chwilę do naszej budy...
- Buda zamknięta - rzekł zwięźle ksiądz Zacher.
(...) - To drobiazg. Są inne sposoby, aby się do środka dostać...
Zdun Władysław Mrówczyński układał pieczołowicie kafelki, zerkając od czasu do czasu przez uchylone okno na dziedziniec gimnazjalny. (...) Naraz dłużej zatrzymał wzrok na jednym punkcie. Zaskoczenie było tak duże, że zdun wypuścił z dłoni cegłę. Oto przez niewielką dziurę w płocie przepychał się nie kto inny, jak biskup, a za nim kilku panów w sile wieku w eleganckich garniturach i krawatach.
(...) - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus. - Na wieki wieków - odparł duchowny patrząc z uwagą na Mrówczyńskiego - jak leci robota? - Ano leci, księże biskupie. - Ekscelencja jest arcybiskupem - rzekł jeden z asysty.
Duchowny machnął ręką.
- Daj spokój, Jaśku, z tym „arcy”. Wystarczy biskupie. No, chłopaki, idziemy do naszej klasy....”.
 
No cóż, i wszystko jasne! Nie wadowiczan obciąża tamta decyzja i nie podlega również żadnej dyskusji stanowisko dyrektora szkoły - Kazimierza Forysia, Rady Pedagogicznej placówki, Naczelnika Miasta, czy Radnych. Decyzja spadła na Wadowice z... województwa, a więc z Krakowa i coś mi się wydaje, że jest to dowód, iż zawsze „coś” niedobrego się dzieje, gdy „krakusy” w wadowickich sprawach mieszają i gdy decyzje wychodzą z budynku komitetu?
Ale fakt ten nie docierał do ekipy Ewy Filipiak, która i setną rocznicę wadowickiego gimnazjum starała się wykorzystać dla upokorzenia całej lokalnej społeczności, za winy nie będące jej udziałem.
Może właśnie dlatego skromnie, bez wielkiej pompy przeszedł Jubileusz 130-lecia wadowickiej Alma Mater. Formalnie 130 lat od chwili założenia wypadało rok wcześniej, ale dobrze, że w ruchliwości ówczesnego czasu, chociaż przypomniano tą najstarszą szkołę średnią w województwie rok później. Uroczystości jubileuszowe, mimo iż stanowiły jeden z elementów tzw. „Dni Wadowic”, nie wzbudziły nazbyt wielkiego zainteresowania społeczeństwa miasta, a przede wszystkim absolwentów. Odnosiło się wrażenie, że te wszystkie ceremonie pomyślane były dla tzw. czynnika oficjalnego, czyli ekipy rządzącej. To właśnie w tym m.in. przejawia się specyfika galicyjskiego administrowania Wadowicami. Zainteresowanych z błędu wyprowadzali absolwenci szkoły, głównie roczników starszych, organizowane spotkania przyjaciół, znajomych i tych mniej sympatycznych. Jak wszystko co ma obecnie jeszcze charakter państwowy i oficjalny, i tamten Jubileusz rozpoczęto Mszą świętą w bazylice w rynku, w kościele, który od początku służył uczniom wadowickiego gimnazjum i którego proboszczowie byli przeważnie prefektami szkoły. Kaplica Matki Bożej Nieustającej Pomocy, była dla setek uczniów szkoły jedyną nadzieją i deską ratunku przed lekcjami i prawie codzienną formą podziękowania za uratowanie od „pały” czy relegowania. Dla wszystkich ze stacji kolejowej (a kiedyś dojeżdżający stanowili większość) droga do szkoły wiodła przez tą kaplicę.
Jako się rzekło, po Mszy św. celebrowanej m.in. przez kardynała Franciszka Macharskiego, uroczyście udano się do budynku szkoły, składając po drodze kwiaty pod pomnikiem Emila Zegadłowicza. Otwarte sale i pracownie, stoły zastawione słodyczami przyjmowały byłych uczniów (a przybyło z tych oczekiwanych tylko połowa). Głównym wydarzeniem było odsłonięcie - na półpiętrze - tablicy pamiątkowej poświęconej poległym w czasie wojen uczniom i nauczycielom szkoły.
Po tych oficjalnościach, oficjele udali się w gabinety, a bywsza i aktualna młódź rozeszła się po salach. Powalała na kolana sala historyczna, niczym w Collegium Maius. Imponująca dokumentacja świetności dydaktycznej szkoły; te bezcenne wydawnictwa szkolnej biblioteki, dokumenty świadczące o wielkości i indywidualizmie wielu nauczycieli i uczniów. A sala geograficzna? - fantastyczna ekspozycja potęgi „Cyrula”, profesora niedocenionego i nie cenionego przez współczesnych. Czyżby nie można tej sali nazwać imieniem Jana „Cyrula” Sarnickiego? Te dwie sale, ekspozycje - na pewno zachęcają wielu absolwentów i zaprzyjaźnionych do przekazania szkole pamiątek z nią związanych. Edukacja w otoczeniu zmaterializowanych dowodów świetności szkoły, będzie miała dla przyszłych uczniów kapitalne znaczenie, przede wszystkim wychowawcze, a tego brakło w minionych programach szkolnych.
Po zwiedzeniu, gremialnie udano się do Wadowickiego Domu Kultury, czyli na akademię. Jak przed laty, tą samą trasą przez rynek, podążali byli uczniowie do sali „Sokoła”, gdzie odbywały się niegdyś zajęcia gimnastyczne. Bo taką funkcję pełnił przed wojną obecny dom kultury. W sali teatralnej, przy pełnej widowni, powitano władze państwowe, posłów, hierarchów kościelnych, a przede wszystkim absolwentów.
Wybornie przygotowany chór szkolny odśpiewał „Gaudeamus”, a całość zręcznie prowadził nasz lokalny szołmen - Marek Studnicki.
Trochę okruchów historycznych przedstawił dr Gustaw Studnicki, chyba po raz pierwszy, co starannie odnotowano, upubliczniając postać Józefa barona Bauma, z familii bez której nie byłoby Wadowic i w konsekwencji papieża z Wadowic. Z mów oficjalnych, które są przeważnie nudne i jałowe, koniunkturalne zawsze, zaskoczyła rzeczowość i normalność wystąpienia dyrektora Szkoły - Tadeusza Szczepańskiego.
To oficjalne wystąpienie napawało nadzieją na oderwanie placówki od tych niechlubnych i zakłamywanych prawd o szkole, o których się oficjalnie nigdy nie mówiło, a których głosiciele (vide: Zegadłowicz, Putek, Nowaczyński) albo w pamięci szkoły i pospólstwa nie istnieją, albo smażą się w ogniu piekielnym nienawiści. Niezbyt udanie przypomniał szkołę jej absolwent z 1962 roku, Jan Wysogląd - wówczas wicewojewoda bielski. Zresztą za dużo w tych wystąpieniach było klękania, świętości, Franciszków z Asyżu i tych niepotrzebnych Panu Bogu klerykalnych akcentów.
W chwili, kiedy w trójszeregu recytatorskim, niczym z Majakowskiego, wystąpiła młodzież z filozoficznymi tekstami Andrzeja Jawienia, sądzono, że to popis lektorów parafialnych. Toż to literatura intymna, filozoficzna, nie nadająca się do takiego uscenicznienia. Obrzydzono skutecznie w ten sposób młodzieży, możliwość kontaktu z tą refleksyjno-intymną filozofią bytu Karola Wojtyły. W trakcie trwania tych męczących uwagę i wykonawców niby recytacji, dało się zauważyć na sali, pośród wielu wybitnych absolwentów, znakomitego reżysera i realizatora Mikołaja Grabowskiego i objawienie aktorskie tamtych lat - Martę Bizoń. Szkoda, że nikt nie wpadł na to, iż tylko tych dwoje mogło zapewnić a vista program artystyczny, który dałby uczestnikom wspomnienie o cudownej akademii jubileuszowej. Tymczasem w foyer trwały spotkania i rozmowy. Potem jeszcze tylko obiad..., też tam, w domu kultury i... „fajerant”.
Dopiero w godzinach wieczornych, w mieście i okolicy odbyły się mniej oficjalne spotkania poszczególnych roczników. I tak, w kawiarni parkowej biesiadowali najbardziej związani ze szkołą, w „Garsonierze” absolwenci sprzed lat 30-tu, a Klubie gorzeńskiego Muzeum spotkali się absolwenci 1959, 1961, 1963 i 1965 roku.
I po co było tym „filipiakowym” grać na ludzkich uczuciach?
Czy tylko po to, by kolejny raz kapitał polityczny zbijać na schorowanym papieskim grzbiecie?
Takie właśnie zachowania rodziły bunt, sprzeciw u ludzi, którym dane było w życiu wykorzystać dary dane im przez Boga: rozum i wolną wolę. Do wąskiej grupy takich właśnie buntowników niewątpliwie należał Zbyszek Jurczak. Któż z mieszkańców Ziemi Wadowickiej, z ludzi zainteresowanych kulturą, a nawet zwykłych „zjadaczy chleba”, kto nie zna Zbigniewa Jurczaka? Znamy go wszyscy, raczej prawie wszyscy. Cóż jednak tak naprawdę o nim wiemy? Prócz obiegowych stereotypów wiemy mało, bardzo mało, znamy tylko cząstkę prawdy. Jedni widzą w nim nauczyciela bo studiował pedagogikę, inni KO-wca z Wadowickiego Domu Kultury, także malarza, autora tekstów kabaretowych, publicystę. Jeszcze inni współtwórcę, razem z J. R. Jaglarzem grupy „Gumiguta”, czy współorganizatora i wieloletniego wiceprezesa Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej. To rozliczne - jednak nie wszystkie - pola jego działań.
W TMZW zrodziła się za sprawą Zbyszka koncepcja Muzeum Ziemi Wadowickiej. Zamysł ekspozycyjny był świetny. Oto wystawa, o której wspólnie marzyliśmy, miała ukazywać nasze miasto i region poprzez wybitnych wadowiczan.
Mamy tych znaczących - niestety zapomnianych - postaci kilkadziesiąt. I to jest prawdziwa historia naszej „małej Ojczyzny”. Ekspozycja ta niestety nie powstała - bez Zbyszka winy, czy zaniedbania. Ale gdy kiedyś podjęty będzie na powrót trud jej tworzenia to - jestem o tym przekonany - powstanie najbardziej nietypowe muzeum regionalne. Bez maśniczki i sochy „niczyjej” - muzeum ukazujące ludzi konkretnych, którzy tworzyli kiedyś nasze wspólne korzenie.
Jakże często brak życzliwości, a nawet zwykłej rzetelności w ocenie powoduje, że źle o kimś myślimy, że nie umiemy - może nie chcemy - dostrzec tego co w bliźnim, w znajomym naszym cenne i wartościowe. Zbyszek - ten wieczny buntownik - zawsze był niepokorny. Na wiele spraw miał i ma swój własny, bardzo osobisty pogląd. To go wyróżnia. Także to, że konsekwentnie broni swoich racji - prawd, w które wierzy.
Często nie ułatwia to porozumienia. Za to jednak trzeba szczególnie Go cenić. To nie jest konformista - to indywidualista! Życie indywidualistów bywa trudne. Ale to właśnie oni są „tamą” chroniącą przed powszechnym zalewem ciemnoty. Zbyszek jest „... jak głaz bodzący morze”, o który rozbija się fala prowincjonalnego, pozbawionego szerszych horyzontów myślenia.
Zbyszek nie tylko sam tworzy. Często działa jak katalizator. Ma w sobie coś takiego, że wyzwala i pobudza innych, że inspiruje do indywidualnych dokonań. Pewno dlatego właśnie jest tak lubiany m.in. przez członków Klubu Pracy Twórczej „Beskidnicy”. Klubu, który stworzył, który jest autentycznie dobrowolnym zgromadzeniem ludzi tworzących sztukę, zainteresowanych regionalną kulturą kontynuatorów ideologii pierwszej i drugiej grupy „CZARTAK” oraz zapomnianego już przez wadowiczan Towarzystwa Upiększania Miasta Wadowic i Okolic.
Kiedyś młodemu człowiekowi próbowano wytłumaczyć na czym polega wartość Zbyszka. Niestety ten młokos nie zrozumiał. Sądził, że Zbyszek jest dlatego popularny i znany bo żyje, działa i tworzy w małym regionalnym środowisku. Ja zaś uważam całkiem inaczej. Moim zdaniem im większe, bardziej dynamiczne byłoby otoczenie Zbyszka, tym wyraziściej uwidaczniałyby się jego możliwości. On jednak wybrał świadomie Ziemię Wadowicką. Tu postanowił się realizować. Podobnie jak przed laty pracował dla „tej ziemi” Emil Zegadłowicz, nieco później Franciszek Suknarowski, tak współcześnie Zbigniew Jurczak stara się wpoić i utrwalić w nas wszystkich poczucie tożsamości z rodzimą tradycją i kulturą. Chwała mu za to!
Gdybyś po lekturze tej mojej oceny Zbyszka doszedł zacny Czytelniku do wniosku, że zaślepiła mnie sympatia do Przyjaciela, pamiętaj że powiedziane jest: „Jeśli chcesz bliźniemu swemu wyjąć z oka źdźbło, przódzi wyjmij ze swojego belkę”.
 
A, że trudno - w tej nieco innej niż wszystkie historie mojego miasta - mówić o Zbyszku Jurczaku nie mówiąc o Franciszku Suknarowski, tutaj pozwolę sobie nieco bliżej przywołać tę zacną dla Wadowic postać. Profesor - jak tytułowali Franciszka Przyjaciele - mówił: „Wierzę w służebną rolę sztuki - myślę, że obowiązkiem artysty jest dać świadectwo epoki nie tylko w formie, ale pokazać otoczenie, w jakim żyliśmy w tym czasie, jakie było piękno naszego regionu - piękno, którego coraz mniej. (...) Drugim czynnikiem mającym ogromny wpływ jest tradycja - środowisko, otoczenie, krąg ludzi związanych z Beskidem, jego sztuką, poezją - aura pierwszego przeżytego tworzenia czyni człowieka artystą takim, jakim w końcu jest.(...)Nie neguję strony formalnej w malarstwie czy rzeźbie, ale obca mi jest za wszelką cenę „oryginalność” , która zdąża do tego, aby być zauważonym (...), czy można zrobić coś bez przekonania, przeżyci, uczucia ? (...) Liczy się wzruszenie takt twórcy jak i u odbiorcy, które wyrabia wrażliwość tak bardzo potrzebną dla odbiorcy w naturze czy sztuce.
(...) Myślę, że artysta tworzący dzieło myśli o odbiorcy, pragnie pokazać, przybliżyć mu to piękno, wzruszać, dlatego ważne jest aby w swym dziele zawarł taką formę, by była odpowiednią tak dla tematu czy treści a przecież komunikatywną. Być niewolnikiem czystej bezprzedmiotowej formy, zimnym, wyrachowanym, bo to modne dziś - a przecież prawdy w sztuce się krzyżują - jutro znów być kimś innym, to brak odwagi, osobistego zaangażowania, zmagania się z rzeczywistością - myślę, że sztuka taka jest niehumanistyczna, niekonstruktywna i niepoznawcza”.
Tej myśli pozostał wierny do końca swoich dni.
Franciszek Suknarowski urodził się 12 maja 1912 roku w Wadowicach. W tym mieście - nie wykorzystując wielu interesujących propozycji, łączących się z koniecznością przeprowadzki - spędził prawie całe życie, oprócz okresu studiów w krakowskiej ASP i przymusowej pracy w Oświęcimiu oraz kamieniołomach Imielina podczas okupacji.
W latach młodzieńczych poznał, nieco starszego Wincentego Bałysa, z którym zaczął wspólnie malować. Znalazł się także w kręgu oddziaływania wybitnej osobowości Wadowic - Emila Zegadłowicza. Wpływ tego poety i wielbiciela sztuki na późniejsze poczynania młodego artysty miały niebagatelne znaczenie. Studia artystyczne odbywał w krakowskiej ASP u wybitnych profesorów - X. Dunikowskiego - rzeźba i K. Sichulskiego - rysunek. Już jako student związał się z przywołąnym wyżej kręgiem artystycznym Emila Zegadłowicza. Od 1933 roku należał do grupy plastyczno-literackiej „Czartak”. W tym też roku, dnia 3 czerwca, w pierwszy dzień Zielonych Świąt, zadebiutował pracami wystawionymi w wadowickim „Sokole”, na wystawie upamiętniającej przywołany wcześnie Jubileusz 25-lat pracy twórczej Zegadłowicza. Ta pierwsza wystawa artysty spotkała się z pozytywną oceną krytyki. „Głos Narodu” w 1933 roku pisał: „... obok nazwisk znanych i uznanych w sztuce polskiej debiutują na tej wystawie artyści młodzi (...) Bałys Wincenty i Suknarowski, rzeźbiarze mają impet, szerokość i śmiałość swego mistrza prof. Dunikowskiego, którego wzorem próbują także swych sił z powodzeniem i w malarstwie.”. Podobne wyróżnienie nastąpiło na II Regionalnej Wystawie w 1934 roku. Rok 1936 przyniósł dla Franciszka Suknarowskiego następne pozytywne opinie z wystaw z Wisły, a także z wystawy zorganizowanej przez Towarzystwo Przyjaciół Sztuk Pięknych w Krakowie.
Ważniejsze dokonania Profesora z okresu przedwojennego to „Statua św. Józefa” o wys. 2,5 m znajdująca się w wadowickim Klasztorze O.O. Karmelitów, „Nimfa w Kąpieli”, „Jaszczur”, „Akt kobiecy - rzut kulą” - w zespole parkowym w Wiśle. W okresie okupacji niemieckiej działalność artystyczna została ograniczona. W tym czasie w kamieniołomie w Imieliniu powstał jedynie akt kobiecy wykonany w dolomicie. Po wojnie Franciszek Suknarowski związał się ze szkolnictwem. Uczył w Wadowicach reklamy, a następnie od 1950 roku, był wykładowcą rzeźby w Liceum Sztuk Plastycznych w Bielsku Białej i dyrektorem Państwowego Ogniska Plastycznego. Okres ten przyniósł ponowne ożywienie działalności twórczej. Dowodem tego jest rzeźba „Proletariusz” oraz kompozycja rzeźbiarska p.t. „Wspólny cel”. A. Lewicka w roku 1957 tak pisała w „Dzienniku Polskim”: „... Sukces to chyba nie lada, że w salonie tę dziedzinę plastyki godnie reprezentował wadowiczanin Fr. Suknarowski wystawiając 3 prace - „Przez rzekę”, „Kompozycja”, „Dziewczyna na plaży”. W roku 1961, w Pawilonie Plastyków w Bielsku Białej została urządzona indywidualna wystawa prac artysty. W 1963 roku w Wadowicach retrospektywna wystawa prac Franciszka Suknarowskiego. Na wystawach tych prezentowane były rzeźby, malarstwo, grafika, rysunki. W tym samym roku, 1963 Franciszek Suknarowski zyskał uznanie dla swojej twórczości także w środowisku krakowskim. „Echo Krakowa” zamieściło opinię, nieżyjącego już Piotra Skrzyneckiego na temat Salonu Plastycznego 1962/63, który stwierdził: „... Tym razem na zainteresowanie zasługuje jedynie praca Fr. Suknarowskiego”. Wystawiona była kompozycja „Część Przyrody - Człowiek”. Rok 1964 przyniósł wystawę reaktywowanej grupy „Czartak”. Wystawa została zorganizowana w maju. Franciszek Suknarowski zaprezentował tam cztery rzeźby w kamieniu, jedną rzeźbę w drewnie oraz cztery obrazy olejne, sześć monotypii kolorowych oraz pięć drzeworytów. Kolejna ekspozycja grupy „Czartak” odbyła się w 1966 roku. Prace swoje wystawili - F. Świtalska, Fr. Suknarowski, K. Pustelnik, L. Jach - junior, J. Jura i M. Kręcioch. „Nowe koncepcje w rzeźbie zaprezentował Fr. Suknarowski. Z bardzo sugestywną rzeźbą „Ewa” i rzeźbą abstrakcyjną - novum w twórczości tego rzeźbiarza” - pisała w 1966 roku „Gazeta Krakowska”. Też w tymże 1966 roku miało miejsce odsłonięcie pomnika Emila Zegadłowicza przed gmachem wadowickiego Liceum Ogólnokształcącego, na którym przemawiał Jalu Kurek. Na początku lat 70-tych, w wyniku pożaru pracowni spłonęły takie rzeźby Profesora jak: „Posąg Marcina Wadowity”, „Murzynka”, akty, portrety i szkice, które nigdy nie zostały powtórzone. Bogatą wystawę indywidualną Artysty zorganizowało BWA w Bielsku oraz Państwowe Zbiory Sztuki na Wawelu w oddziale w Stryszowie w 1981 roku. Były to wystawy jubileuszowe z okazji 70-lecia urodzin. W 1982 roku Artysta, jako pierwszy rzeźbiarz, otrzymał nagrodę „Sztalugi im. Juliana Fałata”. Wyróżnienie to przyznano za całokształt twórczości artystycznej. Franciszek Suknarowski uczestniczył niejednokrotnie w konkursach. W wyniku jednego z nich powstał w 1981 roku pomnik „Macierzyństwo” (w wys. 3,5 m), który stanął w Bielsku-Białej. W tym samym roku artysta wykonał „Statuę Chrystusa” w wys. 3 m dla Ojców Pallotynów w Częstochowie. W 1988 roku w Wadowicach w Galerii Sztuki wystawiał swe prace p.t. „Portret E. Zegadłowicza.” Autorami byli także przyjaciele E. Zegadłowicza. W 1990 roku uczestniczył w wystawie laureatów „Sztalugi im. J. Fałata” w bielskim BWA. W tymże roku jak i w 1992 miał indywidualne wystawy w Wadowicach: w Galerii Sztuki Współczesnej. Również w Galerii, 10 czerwca 1994 roku, odbył się benefis, przygotowany Artyście przez Przyjaciół, z okazji Jubileuszu 60-ciu lat Jego pracy twórczej. W tymże roku Franciszek Suknarowski został uhonorowany wystawą swoich prac w salach Zbiorów Historycznych Wadowic, podczas której odbyła się premiera filmu TVP, w reż. Stefana Szlachtycza pt. „Ostatni z Czartaka czyli Franciszek Suknarowski”. W roku 1995 do wielu ze zdobytych już wyróżnień i nagród, Profesor dorzucił nagrodę im Karola Miarki przyznawaną przez wojewodów: bielskiego, częstochowskiego, opolskiego i katowickiego. Kontynuując tradycje „Czartaka” przyjął na siebie obowiązki prezesa, powstałej przy Muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu, Fundacji „Czartak”. Prace artysty, poza realizacjami rzeźbiarskimi, wpisanymi w krajobraz wielu miast, znajdują się w zbiorach Muzeum E. Zegadłowicza w Gorzeniu i Muzeum Okręgowego w Bielsku-Białej, w zbiorach prywatnych w kraju i za granicą, a także w prywatnej galerii artysty w Wadowicach przy ul. Karmelickiej 61.
Ogromu artystycznych dokonań Franciszka Suknarowskiego, wielości wystaw, rozmaitości zainteresowań, oszałamiającej wszechstronności twórczej: rzeźba, płaskorzeźba, medalierstwo, malarstwo, grafika; społecznika, człowieka pióra, estety słowa - nie sposób zamknąć w kilku zdaniach, chociaż wszystkie te dokonania w jednym rozdziale historii Wadowic zamknęła śmierć Artysty, w dniu 06 lipca 1998 roku, tu w Wadowicach.
 
Jednak ani jakże bogata i w pełni udokumentowana historia miasta, ani równie bogate jego wartości duchowe i kulturowe nie przeszkadzały rządzącej ekipie fałszować tejże historii i tych szczególnych dla każdego z nas wartości. Przypisywanie sobie - przez ekipę rządzącą Wadowicami po roku 1990 - sukcesów nie będących jej udziałem na trwałe wpisało się w historię „papieskich Wadowic Ewy Filipiak”. Za jeden z licznych przykładów przywołanych tu działań posłuży mi historia „Dni Wadowic”. Oto 15 maja 1997 roku w „Trybunie Beskidzkiej”, dodatku regionalnym do „Trybuny Śląskiej” (nr 112 /17.506/, wyd. B), ukazał się artykuł - uzależnionego od ekipy rządzącej - redaktora Krzysztofa Oremusa, zatytułowany „Czas zabawy”. Autor owej publikacji, opierając się wyłącznie o słowa Stanisława Kotarby (co jednoznacznie wynikało z materiału), rzecznika prasowego wadowickiego magistratu i członka tutejszego Zarządu Miasta poinformował Czytelników czterech województw, że obchodzone właśnie w Wadowicach „Dni Wadowic”, cyt.: „... pierwszy raz odbyły się trzy lata temu”.
Wychodziło na to, że dla Stanisława Kotarby sięgające swą historią setek lat Wadowice zaczęły się dopiero wówczas kiedy on z „krakówka” przybył do naszego miasta i zaczął nim „rządzić”. A że to kolejne kłamstwo, wiedzieli wszyscy w „papieskim” grodzie.
Wszak Dni Wadowic, to impreza o bogatej, można rzec historycznej tradycji. Pierwsze, zorganizowane przez Towarzystwo Miłośników Ziemi Wadowickiej dni naszego miasta, jeszcze pod nazwą „Dni Ziemi Wadowickiej”, odbyły się w dniach 22-24 czerwca 1973 roku, z czego jednoznacznie wynika, że impreza w 1997 roku zbliżała się do swojego srebrnego jubileuszu. Już - co doskonale wielu z nas pamięta - te pierwsze „Dni”, obchodzone w trudnych przecież czasach, miały charakter społeczny i bogatą oprawę: m.in. żakinada, widowisko obrzędowe - „wianki”, plenerowa wystawa malarska, Konkurs Twórczości Ludowej i Amatorskiej, wystawa fotograficzna, koncerty, imprezy i turnieje sportowe, kiermasze: sztuki ludowej, wyrobów rzemieślniczych, książki, znaczków pocztowych, spotkania z pisarzami itp. Były to trzy dni dobrej, wspaniałej zabawy wszystkich mieszkańców Nadskawia, gdyż program przygotowany przez TMZW obejmował imprezy nie tylko w Wadowicach, lecz we wszystkich ośrodkach miejskich ówczesnego powiatu. Ale dla nowej, „demokratycznej” władzy, społeczna praca członków Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej stała się kulą u nogi, jak zresztą wszystkie inne działania na rzecz kultury, dlatego za cel priorytetowy postawiła sobie zniszczenie wszystkiego, co z kulturą ma jakikolwiek związek, co mówi o jej historii i stąd skutek - fałszywe informacje, mówiące jedynie o mieście „tej jedynej i słusznej” władzy. A przecież Wadowice, miasto Karola Wojtyły, to gród obchodzący w 1997 roku 670 lat swojego istnienia, to miasto znanego do czasów nam współczesnych z tolerancji teologa i rektora krakowskiej Akademii - Marcina Wadowity, pisarza i poety, Piewcy Beskidów - Emila Zegadłowicza, obrońcy Warszawy, gen. Waleriana Czumy, miasto Ady Sari i wielu, wielu innych, którzy w świat zanieśli jego sławę.
Więc nie wypada, aby oszustwem i kłamstwem zamazywano historię naszego miasta. Nie pozwolę na to nawet takiemu komuś jak Stanisław Kotarba, któremu wydaje się, że jest wyrocznią, choć w rzeczywistości ma tu, w moich Wadowicach najmniej do powiedzenia. Takie dyrdymały może sobie opowiadać na temat historii swojej „komuszej” Nowej Huty, gdzie wychował się i wyrósł w trudnej dzisiaj do odtworzenia (ustalenia) rzeczywistości.
 
Przy tej okazji warto też powiedzieć parę słów o Towarzystwie Miłośników Ziemi Wadowickiej, skupiającym w swych szeregach ludzi, którzy serce swe oddali swemu miastu. Nie działają już w Wadowicach, skąd pod pozorem remontu pomieszczeń zostali wyrugowani przez obecny, ten „jedyny i słuszny” Zarząd Miasta, ale działają, jak kiedyś - w podziemiu, czekając na lepsze czasy, które na pewno nadejdą, wszak ludzi coraz trudniej zwieźć słodkimi słówkami płynącymi z twarzy o gruzińskiej urodzie, które w konfrontacji z rzeczywistością przedstawiają kłamstwo, obłudę i podstępny, niczym lisi charakter właściciela owej ślicznej maski.
Mnie to jednak nie dziwi, przywykłem wszakże, bo wielu już przed Kotarbą zmieniało historię, czyniąc to zawsze w sposób niecny i dla niecnych celów. Nazwisk nie wymienię, znamy je wszyscy z historii... tej prawdziwej.
Ale za to pozwolę sobie przywołać w tym miejscu inną zacną postać - ks. Infułata Kazimierza Sudera, który w 1984 roku przybył do Wadowic, jako administrator parafii p.w. Ofiarowania NMP. Wówczas żył jeszcze ks. infułat dr Edward Zacher - długoletni proboszcz, wcześniej duszpasterz młodzieży, katecheta Karola Wojtyły. Wadowicki dziekan, który pod wspomnianą datą, wraz z ówczesnymi władzami samorządowymi zdołał zakończyć dzieło upamiętnienia związków swojego wychowanka, Papieża - Jana Pawła II z rodzinnym miastem. Dziełem tym było Muzeum Domu Rodzinnego Ojca Świętego przy ul. Kościelnej 7 (18.05.1984 roku). Po odejściu ks. Zachera (1987 rok) po Wieczną Nagrodę - ks. Infułat Kazimierz Suder przyjął obowiązki proboszcza wadowickiej parafii. Ponad 10-letni okres duszpasterskiej pracy, z odpowiedzialnością za kształt historycznych wydarzeń wówczas następujących dał owoce, które zjednały Mu sympatię Wadowiczan i ich sąsiadów.
Wśród dokonań Księdza Infułata znalazło się przygotowanie wizyty papieskiej w Wadowicach, w sierpniu 1991 roku, organizacja wielu uroczystości kościelnych, z przyjęciem tytułu bazyliki mniejszej przez parafialną świątynię p.w. Ofiarowania NMP i obchodami Złotego Jubileuszu Kapłaństwa Jana Pawła II. W okresie Jego pracy w mieście nad Skawą dokonano ważnych prac remontowych w bazylice, odnowy jej wnętrza i elewacji. W tym czasie również Wadowice stały się miejscem Festiwali Piosenki i Poezji Religijnej.
Ksiądz infułat Kazimierz Suder, dziekan wadowicki, urodził się 23 lipca 1922 roku w podkrakowskiej miejscowości Mogiła, słynnej starodawnym opactwem OO. Cystersów. Jego studia w krakowskim Wyższym Seminarium Duchownym przypadły na lata hitlerowskiej okupacji. Po zamknięciu uczelni przez Niemców wielu kleryków znalazło się poza Krakowem, w parafiach archidiecezji. Ówczesny kleryk Kazimierz Suder pracował w kancelarii parafialnej w Makowie Podhalańskim. Tu probostwo objął ks. prałat dr Stanisław Czartoryski, uprzednio Rektor Zamkniętego Seminarium. Ks. Czartoryski, zaangażowany w działalność konspiracyjną ruchu oporu, organizację lecznictwa i pomocy charytatywnej w okupowanym Makowie był z pewnością dla młodego studenta teologii wzorem kapłana zatroskanego o powierzoną mu owczarnię. Po święceniach przyjętych przed ponad 50-laty, ksiądz Kazimierz pracował m.in. w Chrzanowie i w Krakowie (w Kolegiacie św. Anny). Stąd, za wolą ks. Kardynała Metropolity, skierował swe kroki nad Skawę.
W dniu 05 kwietnia 1997 roku, w wadowickiej bazylice odbyły się uroczystości kapłańskiego Jubileuszu ks. Infułata, z udziałem Jego Eminencji Księdza Kardynała Franciszka Macharskiego, kapłanów - rówieśników, duchowieństwa dekanatów wadowickich i licznej rzeszy mieszkańców Wadowic. Rada Miejska nadała Dostojnemu Jubilatowi tytuł Honorowego Obywatela Wadowic. Kilka miesięcy później, z przyczyn bliżej nieokreślonych, ten wspaniały duszpasterz wadowickiej Owczarni został odwołany do krakowskiej bazyliki Mariackiej, a jego miejsce na wadowickim probostwie zajął ks. Jakub Gil. Wręcz głośno mówiło się wówczas w Wadowicach, że ks. Infułat Kazimierz Suder został odwołany z probostwa w „papieskich” Wadowicach na osobistą prośbę ks. bpa Stanisława Dziwisza, któremu trudno było dłużej ulegać prośbom ks. Kazimierza o organizowanie „niekontrolowanych” papieskich audiencji dla Ewy Filipiak, kierującej kilka razy do roku swe kroki w bramy Watykanu.
Zresztą te kroki kierowała nie tylko do Watykanu...
Demonstracyjne traktowanie wiary było wpisane przez Ewę Filipiak i jej ekipę w każdą uroczystość, szczególnie państwową. Jak jednak miała się ta prezentowana na pokaz wiara do codziennych poczynań burmistrza? Jak ocenić tę wiarę, skoro np. bez jakiejkolwiek reakcji wadowickich środowisk tylko z nazwy patriotyczno-niepodległościowych, przez tę Ewę Filipiak reprezentowanych, mijały kolejne rocznice ofiary najwyższej - ofiary życia, złożonej przez młodych chłopców, z czerwoną gwiazdą na czapkach, za wolność naszą, Ewy Filipiak, Mariana Sołtysiewicza, Józefa Cholewki, Zdzisława Szczura, Stanisławy Wodyńskiej i wielu jeszcze innych, narzucających społeczeństwu własne idee i chore wizje.
Nawet obcy ludzie, często przebywający w Wadowicach przejazdem, symbolicznym ogniem pamięci czczą na terenie zdewastowanego cmentarza wojskowego, pamięć półtora tysiąca nieznanych do dnia dzisiejszego żołnierzy, którzy 26 stycznia 1945 roku, niosąc mieszkańcom Wadowic na radzieckich bagnetach wolność spod okupacji hitlerowskiej, złożyli ofiarę najdroższą - ofiarę życia.
Te symboliczne znicze, zapalane pod zrujnowanym przez naszych lokalnych burzymurków pomnikiem pamięci, autorstwa nieżyjącego już prof. Franciszka Suknarowskiego, potwierdzają też u wielu mieszkańców miasta świadomość obłudy oraz osiągniętego dna moralnego przez wadowickie elity władzy i reprezentowane przez nie tzw. środowiska „patriotyczno-niepodległościowe”. Dzisiejsi włodarze często i bardzo gęsto świętują, paradnie dławiąc się wyświechtanymi sloganami, pod pomnikiem Żołnierza 12 pp, przywróconym miastu przez pięciu zapaleńców, o który niegdysiejszy, paraliżujący strach nie pozwalał dzisiejszym pseudopatriotom się upomnieć, ale nie stać ich na symboliczny znicz i skierowanie słów podziękowania w kierunku tych, którzy ofiarą własnej krwi uwolnili ich rodziców od pracy na rzecz niemieckiego bauera, w kierunku tych, dzięki którym za podatnika pieniądze oni sami mogą dzisiaj grzać swoje „cztery litery” na magistrackim stołku.
Są jednak ludzie, którzy pamiętają czarne dni okupacji hitlerowskiej i niesione każdym dniem wojny swoje i swoich najbliższych cierpienie. Są też pośród nich ludzie młodzi, którzy nie doświadczyli owego cierpienia, ale pamięć o nim wynieśli z rodzinnego domu. To oni właśnie, nie bacząc na opcje polityczne, jednoczą się tego jednego dnia w roku, by 26 stycznia oddać cześć tym co życie swoje oddali za wolność Wadowic, Polski, Europy, Świata. I cieszą się, że mogą w ciszy i zadumie wspominać dni, o których zapomnieć nie wolno, bez towarzystwa wadowickich oszołomów... Bez tych, którzy mimo, iż z powojennej przeszłości wynieśli życie, wychowanie, wykształcenie oraz ekonomiczną stabilność, plują dziś na wszystko co przeszłe - włącznie z ofiarą życia, złożoną na ołtarzu wolności przez radzieckiego żołnierza.
A może dobrze, że tak czynią? - bowiem historia takich przypadków nie zapomina. Tak jak i tego, że na wspomnianym tu cmentarzu, leżą towarzysze wojennej niedoli, którzy z żołnierzem 12 pp; niejakim Sołtysiewiczem z Kleczy - w jednej wojskowej orkiestrze grywali...
Najważniejsze w tym wszystkim jest jednak to, że mimo, iż wielu w Wadowicach tego pragnie, o poległych 26 stycznia 1945 roku żołnierzach radzieckich, nie zapominają ludzie, nie zapomina Bóg...
Nie zapomina Bóg..., chociaż nie można powiedzieć, by nie zapominali jego urzędnicy. Zrodzona po demokratycznych przemianach wadowicka rzeczywistość nie została zrodzona bez winy księży. To przede wszystkim kler, tu w tym galicyjskim zaścianku Rzeczypospolitej, ponosi winę za to co się aktualnie dzieje...
Należy zwrócić uwagę na fakt, że obecny stan stosunków Państwo-Kościół w Rzeczypospolitej jako żywo przypomina lata sześćdziesiąte we Włoszech, kiedy to tamtejsza mafia, niezbędna dla ówczesnej władzy, z wiosek przeniosła się do miast i uzależniła od siebie państwowe instytucje, kiedy opanowała poszczególne miasta i zagarnęła pieniądze publiczne, kiedy jej całkowitą bezkarność skutecznie tuszowano, motywując ten stan możliwością zdobycia głosów w kolejnych wyborach.
A wszystko to dlatego, że właśnie dla wygrania kolejnych wyborów, nieudolna władza potrzebowała mafii.
Ostatnie lata tej niby polskiej „demokracji” dowiodły, że Kościół, będący ostatnią deską ratunku dla nieudolnej władzy, przeniósł się ze świątyń do budynków administracji rządowej oraz samorządowej i skutecznie zagarnia pieniądze publiczne, że korzysta z przywilejów, które w świetle prawa stanowią przestępstwo dyskryminacji politycznej, społecznej i gospodarczej, a bezkarność urzędników pana Boga tolerowana jest przez - uzależnione od aktualnych władz - organy ścigania i sądy, z wdzięczności za miniony sukces wyborczy oraz w wierze, że sukces ten zostanie powtórzony dzięki skutecznej ambonowej propagandzie „duszpasterzy” w kolejnych wyborach.
 
Nie inaczej jest w Wadowicach.
W sposób całkowicie bezkarny, z woli i za przyzwoleniem władz, z pieniędzy podatników, coraz biedniejszemu społeczeństwu fundowane są wszelkiego rodzaju igrzyska Kościoła, które obejrzeć można pod tak „zacnymi” tytułami jak: „Festiwal piosenki (poezji) religijnej”, „8 wspaniałych”, „Konkurs wiedzy o biblii”, „Obchody 80. rocznicy urodzin Jana Pawła II” itp. Równie, mimo jawności budżetów publicznych, w sposób całkowicie nieznany społeczeństwu, środki budżetowe stanowią m.in. źródło finansowe dla rekultywacji bądź remontów terenów przykościelnych, a także remontów oraz budowy kolejnych świątyń.
W sposób sprzeczny z przyrodzonym i nienaruszalnym prawem konstytucyjnym, określonym art. 32 ustawy Zasadniczej, a więc w sposób przestępczy, decyzją przedstawicieli społeczeństwa zasiadających w Sejmie, tylko kler korzysta z nieznanych w demokratycznych państwach prawa wszelkiego rodzaju zwolnień podatkowych oraz przywilejów, szczególnie „importowych” (bezcłowych).
Tę niepełną listę przypadłości polskiego Kościoła wypada zakończyć bezkarnością tychże ziemskich funkcjonariuszy pana Boga za ich czyny, które jednoznacznie określone są paragrafami ustawy, zwanej potocznie kodeksem karnym. A czyny to różne - począwszy od wykroczeń i wypadków drogowych, spowodowanych po pijanemu, poprzez znęcanie się i bicie szkolnej dziatwy, by na przestępstwach podatkowych, budowlanych i pedofilskich zakończyć - wobec których polska Temida naprawdę jest ślepa.
Ktoś powie, że są to tylko nieliczne wyjątki, niejako paradoksy naszego codziennego życia, które nigdy nie powinny się zdarzyć, i o których - co ważne - winniśmy jak najszybciej zapomnieć. Ale czy na pewno? Jak zapomnieć, kiedy takich „paradoksów” i to tylko tutaj, w grodzie nad Sakawą jest o wiele za dużo?
Dla przykładu przywołam jeszcze tylko jeden. Ten, którym samorządy Ziemi Wadowickiej, inspirowane przez lokalnych kacyków z byłego już AW”S”, podjęły kolejną próbę skompromitowania Wadowic.
Przygotowywanie i nagłaśnianie uchwał nadzwyczajnych sesji Rad: Miejskiej i Powiatowej w sprawie uznania Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej Pana Aleksandra Kwaśniewskiego „za persona non grata”, a więc osobę niepożądaną w naszym mieście, jeszcze dzisiaj zasługuje na stanowczy protest ze strony ludzi rozsądnych, których w Wadowicach przecież nie brakuje.
 
Nie życzyłem sobie, aby na wniosek trójki dziennikarzy (dwóch z „Gazety Krakowskiej” /Michał nazwisk dwojga: Siwiec-Cielebon, Grzegorz Spisak/ oraz jednego z „Kroniki Beskidzkiej”/Marcin Płaszczyca), którzy w żadnej mierze nie stanowili reprezentatywnej grupy naszego społeczeństwa, lokalne organy samorządu w sposób społecznie szkodliwy wypowiadały się w naszym imieniu. Było mi wstyd nie tylko przed trzeźwo myślącym społeczeństwem Rzeczypospolitej Polskiej, ale także przed Rodakami spoza granic naszej Ojczyzny, że w sposób bezkarny wadowickie samorządy angażowały siły oraz środki publiczne w brudną kampanię wyborczą AW”S” na rzecz M. Krzaklewskiego zamiast np. zabiegać o rozwój naszego regionu, nacechowanego wysokim bezrobociem i trudnościami służby zdrowia. Radni - przedstawiciele lokalnej społeczności - w sposób niedozwolony angażowali budżet gminy oraz powiatu w kampanię wyborczą tonącego politycznie ugrupowania, na co natychmiast winna wówczas zareagować Państwowa Komisja Wyborcza. Winna, ale...
Wiedziałem, że „... tonący brzy...dko się chwyta”.
Wiedziałem też, że aby odwrócić uwagę od nietrafionych i szkodliwych społecznie decyzji, przedstawiciele rządzącej w Wadowicach AW”S”, w sposób wręcz doskonały potrafią opluwać innych.
Ale wiedziałem także, iż ustawa Zasadnicza nie tylko gwarantuje ochronę prawną wolności człowieka, ale także stwierdza jednoznacznie, że nikogo nie wolno zmuszać do czynienia tego, czego prawo mu nie nakazuje (art. 31 Konstytucji RP).
Ponieważ w żaden sposób Konstytucja nie wyjmuje spod tego prawa przedstawicieli najwyższego szczebla władzy w państwie a prawo nie zakazuje całowania polskiej ziemi, dlatego nie znalazłem powodów, dla których, jako obywatel Rzeczypospolitej Polskiej p. minister Siwiec nie miałby naśladować czynów bądź gestów Jego Świątobliwości Jana Pawła II. Byłem wręcz przekonany, że nie tylko może, ale wręcz powinien brać wzór z naszego Wielkiego Rodaka zasiadającego na Stolicy Świętego Piotra, o czym zresztą uczą nas w swoich katechezach księża katoliccy oraz rozgłośnia radiowa Radia Maryja. Dlatego też uważałem, że nagonce jaką w kampanii przedwyborczej zgotowały Panu Prezydentowi wadowickie środowiska prawicowe, swoją uwagę winny poświęcić najwyższe organy władzy: Prokuratura Krajowa oraz Ministerstwo Sprawiedliwości, bowiem każdy, kto fałszywie a zarazem publicznie oskarża głowę państwa o popełnienie przestępstwa, którego Pan Aleksander Kwaśniewski nie popełnił, w myśl art. 238 kk, w związku z art. 135 § 2 tej samej ustawy winien ponieść karę określoną tymi przepisami. Jednak okazało się, że Prokuratura Krajowa oraz Ministerstwo Sprawiedliwości w okresie rządów AW”S”, też przyjęły pozycję wyłącznie prokościelną, nie mająca umocowania w obowiązującym prawie - na klęczkach.
Ale stan ten nie może dziwić, a jedynie wzbudzać współczucie... Bowiem tylko współczuć wypada organom ścigania i sądów, które już od dłuższego czasu nie są wstanie bronić się przed zarzutami na temat swojej pozaprawnej działalności.
Uzależnienie funkcjonariuszy Policji, Prokuratury i sądów m.in. od decyzji organów samorządowych stało się już w tej rzekomo demokratycznej Polsce normą. O tym, że na progu sądu kończy się sprawiedliwość - wie każdy. To właśnie przyzwolenie tych organów państwa na korupcję, niegospodarność, nepotyzm i prywatę w kręgach samorządowych powoduje, że światła dziennego nie mogą ujrzeć - nawet na szczeblu gminy - ogromne jak na nasze warunki afery gospodarcze i finansowe.
Ale czy społeczeństwo może oczekiwać bezstronności i niezależności od prokuratora (W. Wróbel), którego żonę zatrudnia burmistrz, bądź niezawisłości przy orzekaniu od sędziego (W. Rozmanit) kupionego przez burmistrza za fotel prezesa magistrackiej spółki (MPWiK) dla współmałżonki tegoż sędziego?
O tym, że bandytyzm prokuratorsko-sądowy w Wadowicach przekroczył nie tylko granice prawa, ale też granice zwykłej ludzkiej przyzwoitości, redakcja Pisma Regionalnego Ziemi Wadowickiej „Nad SKAWĄ” informowała mieszkanców naszej Małej Ojczyzny już kilka lat temu wieloma w pełni udokumentowanymi materiałami prasowymi. Jednak nigdy nie spotkała się z zarzutem fałszywego oskarżenia...
Ba, żeby tylko... Nawet z żądaniem sprostowania podanych do publicznej wiadomości informacji...
Ale to - że nie reagowały te organy, a raczej uzależnieni i skorumpowani przedstawiciele tych organów - można zrozumieć. Wszak co wyżej zaznaczyłem, postawione zarzuty dało się w prosty sposób udowodnić dokumentami oraz zeznaniami świadków. Dlaczego jednak nigdy nie zareagowali na takie informacje i nigdy ich nie zweryfikowali przedstawiciele Narodu, wybrani przez nas do najwyższego organu władzy w państwie - posłowie na Sejm RP?
A mieliśmy tych - w tym „demokratycznym” okresie III Rzeczypospolitej - dwóch: polonijnego duszpasterza Mariana Sołtysiewicza (AW”S”) i rencistkę Halinę Talagową (SLD).
Szczególnie ta ostatnia głęboko wryła się w historię miasta...
Że negatywnie? A komu to szkodzi, skoro właśnie dzięki posłance Halinie Talagowej mogliśmy się przekonać, co tak naprawdę wart jest Sojusz Lewicy Demokratycznej. Odnosi się wrażenie, że to właśnie ona - posłanka na Sejm IV kadencji - jest najlepszym odzwierciedleniem całej tej organizacji... I tak sprawdza się przysłowie, „... że nie ma tego złego, coby na dobre nie wyszło”.
A ponieważ dokonania posłanki Haliny Talagowej - wszystkie „dokonania” - są Państwu doskonale znane, jako były szef jej kampanii wyborczej i były kierownik biura poselskiego posłanki Sojuszu - pozwolę sobie tutaj przemilczeć szczegóły tych właśnie „dokonań”, z zamiarem przygotowania odrębnej na ten temat publikacji, zasobnej w liczne dokumenty potwierdzające przywołane tam fakty...
I tak, tych zaledwie kilka przykładów z najnowszej historii mojego miasta dowodzi, że nadal jesteśmy dewocyjnym zaściankiem nie tylko Polski czy Europy, ale całego cywilizowanego świata...
Jesteśmy! I choć to bardzo szkodzi nam wszystkim, na własne życzenie będziemy jeszcze przez kilka kolejnych pokoleń. Nie stać nas bowiem na zrozumienie podstawowych zasad, nie tylko demokracji, ale również wiary, tej wiary z którą tak pompatycznie obnosimy się każdego dnia... Nie rozumiemy podstawowych jej zasad...
I co najgorsze... Ja osobiście nie pojmuję po co Bóg obdarzył Wadowiczan tak wspaniałymi darami, jakimi są wolna wola i... rozum?
 
Wszak Szanowni Państwo - wyborów - na które głośno każdego dnia narzekacie - dokonujecie przecież sami, z własnej i nieprzymuszonej woli...
Szczególnie ci z Was, którzy nie bierzecie udziału w kolejnych wyborach...
To właśnie ta większość z Państwa decyduje o swoim i innych zniewoleniu, zaprzeczając słowom Najznamienitszego z Wadowiczan - papieża Jana Pawła II, którymi jednoznacznie powiedział, że „... największym niebezpieczeństwem jest, kiedy się człowieka zniewala, mówiąc mu jednocześnie, że czyni się go wolnym”.
 
Drodzy Państwo...
Zwróćcie uwagę, że Papież wypowiadając przywołane tu, jakże znamienne słowa, dodał: „... Temu musimy zapobiec”.
W jaki sposób to uczynić? W jaki sposób zapobiec?
 
Zastanówcie się Państwo poprzez pryzmat lektury tej historii Wadowic, innej od wszystkich jakie dotychczas zostały opublikowane, korzystając w tym przedsięwzięciu oczywiście z darów danych Wam przez Boga; Rozumu i Wolnej Woli.
 
SUPLEMENT
Niniejszą, jakże skromną publikację pragnę uzupełnić wspomnieniami mojego Ojca Mieczysława, z okresu okupacji hitlerowskiej i czasów bezpośrednio po wyzwoleniu. A, że wiedzą tą podzielił się ze mną już po zamknięciu materiałów dotyczących tamtego okresu, by nie burzyć porządku jaki sobie wcześniej założyłem, uczynię to załączonym tu suplementem.
 
W czasie rozmowy prowadzonej na bazie niniejszej publikacji, sięgając do wspomnień z czasów niemieckiej okupacji oraz okresu bezpośrednio po niej, mój Tato opowiedział mi o losach Niemca o nazwisku Sela (tak je w tamtym czasie wypowiadali wadowiczanie, ale chodziło prawdopodobnie o nazwisko: Schela bądź Shella). Był to - jak zapamiętał wówczas 11. letni chłopiec - prawdopodobnie cywilny administrator miasta (nigdy nie chodził w mundurze), odpowiedzialny m.in. za stan majątkowy zdobyczy wojennych okupanta. Ten ok. 45., 50. letni mężczyzna mieszkał wraz z rodziną (żona i dwóch synów w wieku poborowym), jak większość wyższych oficerów i urzędników administracji hitlerowskiej, przy ulicy wysiedlonej przez Niemców: Alei Wolności, w budynku pod nr 43. Zarówno w ocenie mojego Ojca jak i innych mieszkańców, którzy zapamiętali Selę - był on człowiekiem uczciwym i przyjaznym polskiej społeczności. I nie jest to ocena wybiórcza. Wielu bowiem Polaków, w tym i mojego Ojca - ten pochodzący z Wiednia urzędnik niemiecki - uchronił np. przed wywózką na przymusowe roboty w głąb Rzeszy (warunkiem anulowania wezwania na roboty było natychmiastowe podjęcie pracy tu na miejscu). To prawdopodobnie ta jego - rzadko spotykana wówczas u Niemców - postawa oraz wysokie poczucie odpowiedzialności spowodowały, że na przełomie lat 1943/1944 (dokładna data trudna jest dzisiaj do ustalenia) Sela popełnił samobójstwo, wieszając się na belce więźby, na strychu zajmowanego przy Alei Wolności domu. Z oceny tego zdarzenia z tamtych lat Ojciec pamięta dokładnie, iż za przyczynę podjęcia tak drastycznej decyzji uznawano złodziejskie skłonności wojsk niemieckich nadzorujących likwidację wadowickiego Getta. Sela, odpowiedzialny m.in. za inwentaryzację dóbr żydowskich, nie mógł się po prostu pogodzić z faktem rozgrabienia przez tychże żołnierzy majątku jaki Żydzi pozostawili po sobie, opuszczając we wrześniu 1943 roku tutejsze Getto.
Sela pochowany został na cmentarzu parafialnym w Wadowicach, przy jego głównej alei, w trzeciej kwaterze od bramy, po prawej stronie. Zaraz po uroczystościach pogrzebowych jego dwaj synowie zostali powołani do wojska, a żona opuściła Wadowice, udając się w swoje rodzinne strony.
Inne zdarzenia, które pozwolę sobie tutaj przybliżyć mają również ścisły związek nie tylko z samym Selą ale także z hitlerowskim programem eksterminacji wadowickich Żydów. Mam tu na myśli zapamiętany przez wielu mieszkańców Wadowic proces rozbudowy obiektów szklarniowych w Parku Miejskim, zainicjowany przez tegoż właśnie Selę. W roku 1942, wraz z procesem zamknięcia tutejszych Żydów w granicach wadowickiego Getta, Hitlerowcy przystąpili do wyburzenia synagogi, zlokalizowanej u zbiegu ulic M. Wadowity i Gimnazjalnej. Decyzją niemieckiego administratora miasta materiał budowlany pozostający ze zniszczonej świątyni wiernych wyznania Mojżeszowego posłużył Niemcom do rozbudowy obiektów szklarniowych w wadowickim parku. Wówczas na przełomie lat 1942/1943 powstała wysoka palmiarnia i jakby przykucnięte przy niej dwie szklarnie boczne. Rozbudowa obiektów szklarniowych była przez Hitlerowców bardzo precyzyjnie zaplanowana. Miała bowiem ścisły związek z równie zaplanowanym przez okupanta sprowadzeniem okazałych palm, upiększających miasto w okresie letnim, które w okresie zimowym należało przechowywać w bardzo specjalistycznych warunkach. Po zakończeniu opisanej tu budowy to właśnie Niemcy w 1943 roku sprowadzili do Wadowic pierwsze palmy, rośliny - jak na nasze warunki - całkowicie egzotyczne. Sprowadzili je z majątku przedwojennych właścicieli Żywca. Szklarnie w Parku Miejskim przetrwały do połowy lat 70., kiedy to Zakład Zieleni Miejskiej przeniesiono do nowoczesnych obiektów ogrodniczych przy ul. Batorego - zniszczonych bezmyślnie 17 lat później przez władze samorządowe, wraz z nastaniem... demokracji. Tu warto przypomnieć, że Zakład Zieleni Miejskiej (wchodzący w skład Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej), którego obsada składała się z kilkunastu wykwalifikowanych pracowników (oraz uczniów), nie tylko stanowił zaplecze dla wspaniałego upiększania miasta, ale dawał też sporą jak na ówczesne warunki produkcję nowalijek (pomidory, ogórki, sałata, koper).
To m.in. z inicjatywy pracowników tego zakładu Wadowice zostały już w latach 70. obsadzone wspaniałymi rododendronami, azaliami (różanecznikami) oraz szlachetnymi iglakami, takimi jak popularne dzisiaj juniperusy, cyprysy czy srebrne świerki. Też z ich inicjatywy zawitały do Wadowic na przełomie lat 70 i 80, aż z Nowego Sącza pierwsze kosze i dzbany kwiatowe, obsadzane każdorocznie nowymi sadzonkami - bardzo sympatycznie zapamiętane przez wielu z Państwa. Do obowiązków pracowników ZZM należało też m.in. obsadzanie wszystkich rabat i klombów w mieście, cięcie trawników a zimą podcinanie przydrożnych drzew. Ale to już było i nie wróci więcej...
I było też - jak wspomina mój Tato - że po wyzwoleniu Wadowic spod okupacji hitlerowskiej, jednego z domów przy Alei Wolności nie opuściły trzy samotne, starsze kobiety pochodzenia niemieckiego (bliższe dane osobowe nie są znane). Mieszkały w budynku pod nr 46 - tym samym z którego jeszcze w grudniu 1939 roku Hitlerowcy zabrali Wincentego Bałysa wraz ze współtowarzyszami. Te trzy kobiety bezpośrednio po wyzwoleniu przeżyły gehennę z rąk żołnierzy sowieckich. Hańbione i poniżane, dwie z nich zmarły w bardzo krótkim odstępie czasu jeszcze w pierwszej połowie 1945 roku, podobno śmiercią naturalną (jednak słyszałem opinie innych mieszkańców, że śmiercią głodową). Trzecia - zaraz po śmierci swoich przyjaciółek - popełniła samobójstwo, nie mogąc dłużej znieść niegodnego traktowania.
Jednak nawet śmierć nie powstrzymała oprawców tych kobiet od dalszego niegodnego człowieka zachowywania się. Zwłoki trzeciej z kobiet - tej, która popełniła samobójstwo przez powieszenie się - zostały przez jej oprawców wyrzucone przez okno do podstawionego pod nim wózka i wywiezione celem haniebnego pogrzebania do poniemieckich okopów. Do dzisiaj szczątki tej kobiety spoczywają przy Alei Wolności, vis a vis ul. W. Bałysa, obok pozostających tam również do dzisiaj ruin poniemieckiego bunkra.
Przybliżyłem opisane tu wydarzenia - o których wcześniej nigdzie nie czytałem - tylko dlatego, że żyją jeszcze ich naoczni i potwierdzający je świadkowie oraz by - chociaż w sposób szczątkowy - uzupełniły nieznaną dotąd szerzej, też przecież historię naszego grodu.
Wychodzę bowiem z założenia, że nawet najdrobniejsze z potwierdzonych faktów pozwalają na poznanie naszej przeszłości, naszych korzeni...
Ale nie tylko...
Również, byśmy przez wzgląd na naszą historię sami stawali się lepszymi...
E.W.
 
Postscriptum
Przeszkody obiektywne a zarazem niezależne od autora spowodowały, że przyszło mi niniejsze opracowanie oddać w Państwa ręce już po unijnym referendum, w którym mieszkańcy Wadowic - taj jak i całego kraju - opowiedzieli się za przystąpieniem Polski do Unii Europejskiej.
Wyniki głosowania w poszczególnych gminach powiatu wadowickiego, pewnie pierwszy raz w naszej historii nie odbiegające jaskrawo od średniej krajowej, napawają optymizmem.
Ale czy słusznie?
Jak my - Polacy - będziemy wyglądać w gronie wysoko rozwiniętych krajów europejskich ze swoim zaściankowym folklorem, ze swoją pożal się Boże pobożnością?
Jak będziemy wyglądać ze wszechobecnymi procesjami Bożego Ciała, Majówkami i Drogami Krzyżowymi, tamującymi przez kilka godzin ruch samochodowy na głównych traktach europejskich oraz z przymuszaniem dziatwy szkolnej do uczestniczenia w obrzędach i praktykach religijnych z okazji każdego rozpoczęcia i zakończenia roku szkolnego, święta patrona szkoły itp.?
Zadając te pytania wprost, trzeba zapytać: jak mieszkańcy Europy zaakceptują Rzeczypospolitą Polską, w której na życzenie wszechobecnego kleru, w sposób bezkarny i poza wszelką kontrolą łamane są podstawowe prawa człowieka oraz przyrodzone i nienaruszalne prawa konstytucyjne?
 
Pytanie to ważne szczególnie dzisiaj, kiedy swoje uwagi do projektu Konstytucji Europejskiej wnoszą wyłącznie Polska i Watykan, a więc państwa pozostające jak na razie poza strukturami tego żywego organizmu. Państwa, którym już nie podoba się, preambuła przywołanego tu dokumentu, bo... nie odnosi się w swej treści do Boga oraz do chrześcijańskich wartości i chrześcijańskiego dziedzictwa Europy.
To przeraża... Tak jak słowa biskupów Polskich, którzy powołując się przy każdej okazji na ogrom zbrodni z okresu II wojny światowej i okresu stalinowskiego zapominają, a wręcz zaprzeczają ogromowi zbrodni Kościoła katolickiego z okresu św. Inkwizycji. Zbrodni wielokrotnie przewyższających ofiarami te nam współczesne, z lubością przypominane Polakom przez hierarchów i kler.
Jednak aby zrozumieć problem i jego złożoność, trzeba poznać historię Europy oraz historię Kościoła katolickiego. Ale tą prawdziwą historię, a nie tylko tą tendencyjnie przekazywaną nam z kościelnej ambony. Historię zniewolenia narodów, zdrady, pazerności i żądzy władzy, niezmienną od ponad dwóch tysięcy lat. Historię rodzącą się na potrzeby ludzi mieniących się funkcjonariuszami pana Boga. Historię rodzącą się poza Jego przykazaniami, których Dekalogiem danych nam było zaledwie dziesięć - jakże prostych i czytelnych, a jednocześnie jakże dla nas niezrozumiałych...
Tak jak np. pierwsze... „... Nie będziesz miał Bogów cudzych przede mną!” - nie będziesz czcił innych, nie będziesz nazywał ich świętymi. „... Jeden jest Bóg - w Niebie!” - nie tu na ziemi. „... Jeden”.
Nie przy ołtarzu, nie na ambonie, nie na obrazku...
„... Jeden”. „... W niebie”.
W identyczny sposób możemy odnieść się do każdego z pozostałych dziewięciu... Ale po co nam to? Chyba tylko po to, aby dowodzić coś, czemu nie sposób już zaprzeczyć - że jako całą gębą mieniący się katolikami, tak naprawdę jesteśmy wyłącznie zaprzeczeniem wyznawców Boga... Wierzymy w biskupów i księży, im i świętym obrazkom oddajemy cześć, a nieznaną już liczbę „świętych” produkuje nam hurtowo papież, którego sami bluźnierczo Ojcem świętym tu, na ziemi nazywamy. Podobnie też każdego dnia nadaremnie przywołujemy imienia Boga i Dzień Święty święcimy bluźnierstwem, nigdy przez Boga nie przykazanym. On nigdy nie powiedział do Swoich wyznawców, żeby dzień święty święcili chodzeniem do opływającej dostatkiem świątyni i uczestniczeniem w obcych Bogu obrzędach i praktykach, tzw. religijnych... Na pytanie - jak czcimy rodziców swoich - niech każdy z Państwa odpowie sobie sam. Piątym przykazanie danego nam Dekalogu powiedział - „... nie zabijaj!”, szóstym: „... nie cudzołóż!”, siódmym: „... nie kradnij!”, ósmym: „... nie mów fałszywego świadectwa!”. A dalej: „... nie pożądaj żony bliźniego swego!”, „... nie pożądaj rzeczy!”, żadnej rzeczy, która jego jest. Sięgnijmy więc w głąb własnej pamięci, indywidualnie w głąb własnej duszy i odpowiedzmy sobie na pytanie: - któremu z tych Przykazań byliśmy naprawdę w swoim życiu wierni, będąc wiernym szczerze oddanym Bogu?
Jednemu? Dwóm? Trzem? No, może czterem? A reszta? Przecież było i jest ich tylko dziesięć... Odpowiedzmy sobie na pytanie - czy my Polacy, mamy moralne prawo mówić mieszkańcom zjednoczonej Europy o jej chrześcijańskim dziedzictwie, którego tak naprawdę jesteśmy namacalnym - nawet historycznie - zaprzeczeniem?
Zdaję sobie sprawę, że podniesiony tu temat oburzy liczne rzesze księży i „wiernych”... Ale nie od dzisiaj wiadomo, że prawda w oczy kole...
Każda prawda... A szczególnie ta, której nie sposób zaprzeczyć...
Tą trzeba zakrzyczeć... I z tym - czego również bez wątpienia dowodzi historia - też się spotkamy...
Dlatego pozostaje mi na koniec powtórzyć wyrażone już w niniejszej publikacji życzenie: abyśmy my Polacy, a szczególnie Wadowiczanie, będąc obywatelami Europy, umieli korzystać z darów danych nam przez Boga - wiary, rozumu i wolnej woli.
 
DATY LOKACJI LUB PIERWSZYCH WZMIANEK
O WSIACH GMINY WADOWICE
Babica - XV wiek, nazwa od kultu bóstwa „Baba”.
Barwałd Dolny - 1361 rok wzm., nazwa od „berwald” - las.
Chocznia - 1355 rok wzm., nazwa od „chwoszcz” - ziele.
Gorzeń Dolny - 1419 rok wzm., nazwa od „gorzeć” - palić się.
Gorzeń Górny - j.w.
Jaroszowice - 1317 rok - lokacja.
Kaczyna - XVI wiek, nazwa od „kocina” - zagroda.
Klecza Dolna - 1304 rok - wzm., nazwa od „kleta” - buda.
Klecza Górna - j.w.
Ponikiew - zał. przed 1564 rokiem, nazwa od „ponikać”, płynąć (potok).
Roków - 1254 rok - wzm., nazwa od „Roka” (dzierżawcy).
Stanisław - 1329 rok lok. (Stanisław D.), 1448 rok wzm. - Stanisław Górny, nazwa od imienia.
Wysoka - 1353 wzm., nazwa od położenia.
Zawadka - XIV wiek, wzm. 1572, nazwa od drewnianych umocnień.
1430 rok (10.XI.) - potwierdzenie praw miejskich Wadowic (posiadały je prawdopodobnie od 1318 roku) oraz nadanie miastu prawa chełmińskiego przez księcia oświęcimskiego Kazimierza.
XV wiek - Wadowice posiadają 2 świątynie: pw. Wszystkich Św. (bazylika) i Podwyższenia Krzyża Św. (nad Choczenką, nie istnieje od 1825 roku).
1492 rok - Władysław, książe zatorski, zapisuje Wadowice małżonce swojej Annie.
1494 rok - miasto położone w księstwie zatorskim zostaje wraz z całą Zatorszczyzną wykupione przez monarchę polskiego.
1540 rok - Wadowice stają się ostatecznie własnością królewską.
1564 rok - włączenie (inkorporacja) Ziemi Zatorskiej do Korony Polskiej.
 
PRZYWILEJE KRÓLEWSKIE
NADANE ZOSTAŁY MIASTU W LATACH:
1521 rok (Zygmunt I), 1532 rok (Zygmunt I), 1628 rok (Zygmunt III Waza), 1649 rok (Jan Kazimierz), 1669 rok (Michał Korybut Wiśniowiecki), 1754 rok (August III „Saski”).
1539 rok - wzmianka o istnieniu szkoły parafialnej w Wadowicach.
1550 rok - miasto liczy ok. 1500 mieszkańców.
1567 rok - przychodzi na świat Marcin Wadowita (1567-1658), wybitny teolog, rektor Akademii Krakowskiej, wzór tolerancji, dobroczyńca Wadowic.
1669 rok - istnieje szpital (schronisko) dla ubogich, fundacji Marcina Wadowity.
1662 rok - miasto liczy 601 mieszkańców.
1625 rok - wiadomości o istnieniu szkoły miejskiej w Wadowicach.
1768-1772 - okres walk Konfederacji Barskiej na Ziemi Wadowickiej.
1772 rok - Wadowice w pow. zatorskim pod zaborem austriackim.
 
ADMINISTRACYJNA PRZYNALEŻNOŚĆ WADOWIC I OKOLICY:
(w skrócie)
L. 1316-1445 - księstwo oświęcimskie.
L. 1445-1564 - księstwo zatorskie (673 km2)
L. 1564-1772 - starostwo zatorskie w powiecie śląskim (siedziba władz w Oświęcimiu).
L. 1772-1782 - Wadowice w powiecie zatorskim (do 1777 roku) i kęckim na obszarze cyrkułu wielickiego.
L. 1782-1819 - miasto nad Skawą w cyrkule myślenickim.
L. 1819-1850 - Wadowice siedzibą władz cyrkularnych.
L. 1850-1867 - miasto w obwodzie krakowskim.
L. 1868-1939 - Wadowice - ośrodkiem powiatowym.
L. 1939-1945 - miejscowości położone na lewym (zachodnim) brzegu Skawy zostały włączone do Rzeszy Niemieckiej (pow. Bielsko) zaś prawobrzeżne do Generalnego Gubernatorstwa (pow. Kraków).
L. 1945-1974 - Wadowice ośrodkiem powiatu w woj. krakowskim.
L. 1975-1998 - miasto jest siedzibą władz gminy, a później także - administracji rejonu w woj. Bielsko-Biała.
Od roku 1998, po kolejnych zmianach administracyjnych państwa, Wadowice zostały ponownie siedzibą powiatu, z przynależnością do woj. Małopolskiego (Kraków).
 
„GALICYJSKIE WADOWICE”
1772 rok (grudzień) - władze miejskie Wadowic składają przyrzeczenie wierności cesarzom Austrii.
1793 rok (28.05) - cesarz Franciszek II zatwierdza przywileje gospodarcze nadane miastu przez monarchów polskich.
1780 rok - ostateczne rozdzielenie parafii wadowickiej i woźnickiej.
1756 rok - parafialny kościół w Wadowicach przyjmuje wezwanie: Ofiarowania Najświętszej Marii Panny.
L. 1791-1798 - odbudowa świątyni wadowickiej.
1784 rok - utworzenie dekanatu w Wadowicach.
1778 rok - powstanie drewnianego budynku plebanii w Wadowicach.
L. 1775-1790 - budowa tzw. „cesarskiego gościńca” z Bielska przez Myślenice, Bochnię do Lwowa, biegnącego również przez Wadowice.
1802 rok - Wadowice wykupują prawa dominikalne z rąk Marianny Hulewicz, stając się właścicielem terenu, na którym są posadowione i „wolnym miastem”.
1808 rok (28.09) - konsekracji rozbudowanej prawie do obecnego kształtu świątyni parafialnej dokonuje bp A. Gawroński.
1819 rok - Wadowice stają się siedzibą cyrkułu obejmującego obszary między Wisłą a Babią Górą, Rabą i Białą (3380 km2).
L. 1820-1850 - Wadowice w tzw. Związku Niemieckim (b. tereny monarchii czeskiej).
1820 (ok.) - powstaje fabryka papieru „Na Mikołaju”.
L. 1827-1852 - budowa koszar wojskowych (przy obecnej ulicy Lwowskiej i ulicy Wojska Polskiego; 56 regiment piechoty i oddziały ułanów).
1830 rok - powstanie szpitala wojskowego (ul. Wojska Polskiego).
1854 rok - szpital powszechny służy mieszkańcom Wadowic (dr A. Zapałowicz).
1848 rok - w Wadowicach osiedlają się Żydzi.
1867 rok (22.01) - utworzenie powiatu wadowickiego.
1866 rok (12.08) - rozpoczyna działalność samorząd miejski (gmina jednostkowa) w/g ustaleń zaborcy.
1822 rok - powstanie cmentarza wadowickiego (dzisiaj przy Al. M. B. Fatimskiej).
1867 rok - powstanie OSP w Wadowicach, w oparciu o tradycje sięgające 1785 roku.
1867 rok - w Wadowicach działa: Sąd Powiatowy, Urząd Skarbowy, poczta.
1871 rok - rozpoczyna swoją pracę Rada Szkolna Okręgowa.
1882 rok - powstanie Towarzystwa Bursy (internatu) im. Stefana Batorego (dla uczniów gimnazjum).
1873 rok - budowa „drogi krajowej” z Zatora do Suchej.
1875 rok - Wadowice liczą 4 tys. mieszkańców.
L. 1888-1889 - ukończenie linii kolejowej Bielsko-Kalwaria Zebrzydowska.
1887 rok - początek Spółki Rolnej (związek rolniczej spółdzielczości).
1899 rok - budowa linii kolejowej: Skawce-Spytkowice (przez pewien czas kolej prywatna).
1897 rok - B. Marczewski publikuje pracę „Powiat wadowicki”.
L. 1909-1912 - rozwój działalności TUMWiO z założeniem parku miejskiego w 1914 roku (Towarzystwo Upiększania Miasta Wadowic i Okolicy).
1912 rok - początki skautingu (harcerstwa) w Wadowicach.
1914 rok - miasto posiada telegraf, energię elektryczną, wodociąg (kanalizacja-1933 rok). Istnieje „papiernia” (1906 rok), MAFO - Małopolska Fabryka Opłatków.
1915 rok - Józef Piłsudski przejeżdża przez Wadowice.
1918 rok - niepodległościowe manifestacje Wadowiczan, utworzenie 12 Pułku Piechoty.
 
OKRES POWOJENNY (po 1945 roku).
1945 rok (3.03) - Władysław Sadowski obejmuje urząd burmistrza, rozpoczynają pracę władze miejskie Wadowic.
1945 rok (9.05) - konstytuuje się Powiatowa Rada Narodowa w Wadowicach (Przewodniczący - Franciszek Świadek - PSL, siedziba - Plac Kościuszki).
1945 rok (12.12) - powstaje Gminna Spółdzielnia „Samopomoc Chłopska”.
1945 rok - utworzono PSS „Społem”.
L. 1945-1954 - w powiecie wadowickim trwają walki z antykomunistycznym podziemiem (grupy: „Mściciela” - M. Wądolny - do 1947 roku, „Felusia” - M. Spuła - do 1949 roku, „Orła” - Jan Sałapatek - do 1950 roku).
L. 1945-1954 - istnieje gmina zbiorowa w Wadowicach (obejmowała też Tomice, Radoczę, Witanowice).
L. 1945-1951 - powiat wadowicki z okolicami Zatora i Zawoi.
1951 rok - Zatorszczyzna w pow. oświęcimskim.
1956 rok - okolice Zembrzyc, Makowa Podhalańskiego i Zawoi w pow. suskim.
1973 rok - powołanie Zawodowej Straży Pożarnej.
1977 rok - obchody 650-lecia Wadowic.
1978 rok (16.10) - wadowiczanin, kard. Karol Wojtyła zostaje wybrany Papieżem, przyjmując imię Jana Pawła II.
1979 rok (czerwiec) - I wizyta Jana Pawła II w rodzinnym mieście.
1980 rok - powstanie wadowickiej „Solidarności”.
1984 rok (maj) - z inicjatywy władz samorządowych następuje otwarcie muzeum p. n. „Dom Rodzinny Ojca Świętego Jana Pawła II” (ul. Kościelna 7).
1984 rok - ukazuje się monografia „Ziemia Wadowicka” A. Siemionowa.
1991 rok (14 sierpień) - kolejna wizyta Jana Pawła II w Wadowicach, konsekracja świątyni - wotum wdzięczności p. w. św. Piotra Apostoła.
1992 rok - Jan Paweł II nadaje kościołowi p. w. Ofiarowania Najświętszej Marii Panny tytuł bazyliki mniejszej.
1996 rok - obchody jubileuszu 50-lecia kapłaństwa Jana Pawła II w Wadowicach.
 
KULTURA
1825 rok - początki wadowickich oficyn wydawniczych (J. Pokorny).
1848 rok - w okresie od czerwca do listopada ukazuje się w Wadowicach pismo „Tygodnik Wiejski” (A. Kucharczyk z Paszkówki).
L. 1866-1936 - działają: oficyna wydawnicza, księgarnia i wypożyczalnia książek rodziny Foltinów.
1889 rok - powstanie „Czytelni Mieszczańskiej”.
1902 rok - utworzenie stowarzyszenia rzemieślników „Zgoda”.
1908 rok powstanie Towarzystwa im. W. Jagiełły („Jagiellonka”).
1909 rok - powstanie Towarzystwa Upiększania Miasta Wadowic i Okolic.
L. 1915-1928 - gimnazjum wadowickie wydaje pisma „Nasz Łan” i „Lutnia Szkolna”.
1915 rok - początki działalności teatralnej w gimnazjum.
L. 1922-1929 - w Gorzeniu Górnym działa grupa literetów i plastyków „Czartak” założona przez E. Zegadłowicza, J. N. Millera i E. Kozikowskiego.
L. 1922-1927 - w Choczni jest redagowany „Chłopski Sztandar”, organ PSL „Wyzwolenie” - dr J. Putek.
1922 rok (20.08) - powstanie Chłopskiego Towarzystwa Wydawniczego w Choczni.
1932 rok - początki amatorskiego teatru M. Kotlarczyka.
1933 rok - uroczyste obchody 25-lecia pracy twórczej E. Zegadlowicza, powstanie grupy art. „Czartak II”.
1950 rok - próba reaktywowania „Czartaka II” (prof. F. Sukanarowski).
1946 rok - powstanie Muzeum E. Zegadłowicza w Gorzeniu G.
1946 rok - utworzenie Miejskiej i Powiatowej Biblioteki Publicznej.
1969 rok - tworzy się grupa plastyków „Gumiguta”, zalążek KPT „Beskidnicy”.
1971 rok - powstanie Towarzystwa Miłośników Ziemi Wadowickiej.
L. 1980-1993 - Wadowicka Oficyna Wydawnicza TMZW wydaje 27 pozycji związanych z regionem, w tym periodyki: „Nadskawie”, „Rozmaitości Wadowickie”, „Nad Skawą”.
1981 rok - powstaje grupa literacka „NADSKAWIE” skupiająca profesjonalistów.
1993 rok - w Tomicach ukazuje się miesięcznik „Nad SKAWĄ”; K. Żak (w tym czasie wydawane jest również „Echo Wadowic”, uprzednio „Czas Wadowic”. Od 1994 roku - „Przebudzenie” - pismo parafii Ofiarowania NMP).
1995 rok (czerwiec) - zmienia się dotychczasowy wydawca Pisma „Nad SKAWĄ” (E. Wyroba) oraz częstotliwość ukazywania się pisma - dwutygodnik.
1995 rok - W Gorzeniu Górnym rozpoczyna działalność Fundacja „CZARTAK”, której pierwszy Zarząd utworzony został przede wszystkim przez członków TMZW (m.in. F. Suknarowski, Z. Jurczak, J. Zeman, S. Ocetkiewicz, J. Sobala). To właśnie staraniem pierwszego Zarządu jeszcze tego samego roku reaktywuje swoją działalność (po piętnastu latach niebytu) Muzeum E. Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym. Od działalności tej całkowicie odcinają się władze samorządowe Wadowic z Ewą Filipiak na czele; członek Zarządu Miejskiego w Wadowicach S. Kotarba określa Muzeum „... siedliskiem Szatana”.
 
OŚWIATA
 
Szkoły średnie.
1866 rok (1.09) - 64 uczniów rozpoczęło naukę w utworzonym na terenie Wadowic gimnazjum.
1889 rok - początki „szkoły przemysłowej” na terenie Gorzenia Dolnego.
1946 rok - utworzenie „szkoły handlowej” w Wadowicach (zaczątek ZSZ).
Oprócz wymienionych wyżej, w latach międzywojennych oraz tuż po II wojnie światowej istniały: Gimnazjum Żeńskie im. M. Mościckiej, seminarium nauczycielskie, szkoły na poziomie licealnym O.O. Karmelitów i Ks. Ks. Pallotynów, szkoła rolnicza w Radoczy (1946 rok).
 
Szkolnictwo powszechne (podstawowe).
WADOWICE (1539 rok - szk. parafialna, 1625 - miejska, 1821 rok - szkoła „główna”, 1831 - szkoła żeńska).
KLECZA DOLNA (1539 rok - szkoła parafialna).
BARWAŁD (1598 - parafialna).
CHOCZNIA (1598 rok - parafialna).
WYSOKA (1598 rok - parafialna).
TOMICE (1910 rok).
JAROSZOWICE (1884 rok).
BABICA (2 kl. - 1930 rok).
 
SPORT I TURYSTYKA
1887 rok - powstanie oddziału T G „Sokół” w Wadowicach.
1907 rok - zalążki klubów sportowych w Wadowicach („Vadovia”, „Skawa”).
Lata 1916 - 1934 - istnieją kluby o nazwach: „Biali”, „Czarni”, „Polonia”, powstają żydowskie organizacje sportowe: „Hagibor” i „Makkabi”.
1926 rok - początki turystycznego zagospodarowania Beskidu Małego.
1933 rok - Otwarcie schroniska pod Leskowcem.
1946 rok - powstanie pierwszych Ludowych Zespołów Sportowych na Ziemi Wadowickiej (Tomice, Jaroszowice, Juszczyn k. Makowa Podhalańskiego).
Po 1945 roku w Wadowicach obok zmieniającej (z konieczności) swoich opiekunów i nazwę „SKAWY” istniały jeszcze drużyny sportowe o nazwach „Gwardia” i „Podhalanin” (piłkarze, jazda konna).
 
Najważniejsze daty z historii miasta przedrukowano za Pismem Regionalnym Ziemi Wadowickiej „Nad SKAWĄ” - bez dalszego ich uzupełniania.
 
 
Bibliografia:
l „Opowieść o Wadowicach” - Adam Grodnicki, Jerzy R. Jaglarz, Jan Fidziński (1983).
l „Wadowice, miasto papieskie” - Roman A. Gajczak (1995).
l „Powiat Wadowicki pod względem geograficznym, statystycznym i historycznym”
- Bolesław Marczewski (1897).
l „Miłościwi panowie i krnąbrni poddani” - Józef Putek (1959).
l „O zbójnickich zamkach, heretyckich zborach i oświęcimskiej Jerozolimie” - Józef Putek
(1938).
l „Archiwum miejskie w Wadowicach” - Walerian Heck (ok. 1889).
l „Archiwa miejskie księstw oświęcimskiego i zatorskiego” - Walerian Heck (1891).
l „Sprawozdanie Dyrekcyi C.K. Gimnazjum w Wadowicach za rok szkolny 1905” (1905).
l „Jak powstały Wadowice” - Kazimierz Foryś (maszynopis - 1984).
l „Wadowice miasto; monografia” - Irena Krzysztoforska-Porawsak (maszynopis - brak
daty).
l „Wadowice - Parafia i kościół Ofiarowania NMP” - Gustaw Studnicki (1995).
l „Wadowiccy lekarze” - Edward Kotowiecki (1996).
l „O Jędrzeju Wowrze snycerzu beskidzkim” - Emil Zegadłowicz, Edward Kozikowski (1957).
l „Ziemia Wadowicka - monografia turystyczno-krajoznawcza” - Aleksy Siemionow (1984).
l „Ziemia Wadowicka” - praca zbiorowa (1968).
l „Zarys dziejów oświaty i szkolnictwa w Wadowicach - Gustaw Studnicki (1996).
l „Szkoła” - Izydor Korzeniowski (1996).
l Pismo Regionalne Ziemi Wadowickiej „Nad SKAWĄ” (1993-2002);
materiały prasowe autorstwa pp.:
- Zbigniewa Jurczaka,
- Józefa Łasaka,
- Józefa Zemana,
- Zbigniewa Bieniasza,
- Andrzeja Busia,
- Jana Fidzińskiego,
- Adama Zegadłowicza,
- Stanisława Zaorskiego,
- Stanisława Sporysza,
- Edwarda Wyroby.
 
Fotografie pochodzą ze zbiorów pp.
- Jana Raucha,
- Zbigniewa Jurczaka,
- Zbigniewa Bieniasza,
- Edwarda Wyroby
oraz
- Muzeum Emila Zegadłowicza w Gorzeniu Górnym,
- Wadowickiego Domu Kultury,
- Pisma Regionalnego Ziemi Wadowickiej „Nad SKAWĄ”.
 
Pracę tą poświęcam pamięci mojego Taty,
Mieczysława Wyroby.  
E.W.
Ostrzeżenie!  
  Wszelkie prawa do dobrowolnego wykorzystania materiałów publikowanych na tej stronie - ZASTRZEŻONE!  
Reklama  
   
Stronę odwiedziło już 25918 odwiedzający (59237 wejścia) osób.
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=