Wadowice24.pl
 
  Moje miasto - Wadowice.
  Marcin Wadowita
  Franciszek Suknarowski
  Jędrzej Wowro
  Ada Sari.
  Karol Józef Wojtyła.
  Józef (Rafał) Kalinowski.
  Krótka historia gorzeńskiego Muzeum.
  Emil Zegadłowicz.
  Asygnaty kasowe
  Okres okupacji...
  Oni nie doczekali...
  Znasz li ten kraj?
  Historia fary.
  List od Przyjaciela...
  Trochę smutna Kremolandia.
  Historia mojego miasta...
  Autor materiału "Byłem kierownikiem biura poselskiego..." - drugi raz niewinny!
  Byłem kierownikiem biura poselskiego...
  Wiersze Juliana Tuwima
  Erotyki Jerzego Romana Jaglarza
  Roch Polus - wiersze
  Wiersze różne...
  Galerie
  Kontakt
Strona prywatna.
Znasz li ten kraj?
 
 Znasz li ten powiat?
Serial "historyczny"
o Ziemi Wadowickiej
w opracowaniu Jana Fidzińskiego 

NR 67 (90) 30 GRUDNIA 1998.
Przedmowa
Nie wiem jak kto, ale ja nie cierpię wstępów i dlatego to, to co teraz piszę nazwałem przedmową, a chcę w niej wyłuszczyć, że wybrane przeze mnie treści, odpowiednio przyprawione do konsumpcji czytelniczej będą się opierać na materiałach źródłowych, których rzetelności nie gwarantuję. Nie mogę, gdyż mam przed oczyma książkę z 1998 roku pt. "Wadowice wczoraj, dzisiaj, jutro" wydaną staraniem Zarządu i Rady Miejskiej w Wadowicach. Ludzie, gdybyście wiedzieli ile w niej przekrętów i oczywistych kłamstw, to by Wam, nawet łysym włosy dęba stanęły. Za pięćdziesiąt, albo sto lat, ktoś pisząc historię o Wadowicach może się zaklinać, iż opiera się na materiale źródłowym, pt. "Wadowice wczoraj, dzisiaj, jutro", a to nie jest źródło, a raczej ściek, albo szambo i stąd moje zastrzeżenia źródlane.
Następnie wyłuszczam, że serial dedykuję wszystkim tym, którzy w czasach PRL kształcili się, otrzymywali pracę, mieszkania itp., a więc żarli z "komuszego" koryta, a teraz nie pamiętają o tym i plują na owe czasy. Dedykuję również tym, którzy jak kania dżdżu, czekali na obalenie czegoś tam, aby rozkwitł kapitalizm, a teraz stękają. Nie stękajcie, gdyż w historii bywało gorzej niż jest obecnie, a że nigdy tak nie było, by jeszcze gorzej być nie mogło, to z wiarą w powyższe przesłanie w kroczmy w 1999 rok. Wszak obiecujące dla Polski rządy solidarnościowe zapowiedziały znowu podwyżki cen na elektrykę, ciepło, paliwo, leki, nie mówiąc o gorzale i papierosach oraz innych rzeczach. I dlatego uprzejmie proszę, aby czytając ten serial spróbowali Państwo historycznie kojarzyć sobie obojętne co kto chce i z czym chce, ale pod warunkiem, że z tego kojarzenia zostaną wyciągnięte prawidłowe i obiektywne wnioski na przyszłość, w co nie wierzę.
Będąc przekonani, że w większości będzie się nam gorzej wiodło, miejmy za to świadomość, że będziemy za to żyli we zmartwychwstałym po prawie ćwierćwieczu powiecie wadowickim, a ten będzie przynależniony, nie do jakiegoś krakowskiego województwa, ale do małopolskiego. Pisząc Ziemia Wadowicka, a w domyśle powiat, musimy mieć świadomość, że ziemia ta w tysiącleciach niczym szczególnym się nie wyróżniała, chyba, że zacytuję B. Marczewskiego, który sto lat temu w monografii Powiat Wadowicki, w rozdziale piątym napisał: "... Ze względu na ilość ułomnych należy powiat wadowicki do grupy powiatów, które wykazują największą ilość głuchoniemych i kretynów.". Prawica wadowicka, jako głosicielka i nosicielka tradycji, zapewne będzie wszystko robić, aby nie tylko kultywować, ale i rozwijać tę cechę powiatu. Zresztą, powyższy trend można w Wadowicach również aktualnie stwierdzić, ale o tem potem.
Kończąc przedmowę wnioskuję, aby mieszczanie wadowiccy wybudowali pomnik cesarzowej austriackiej Marii Teresie, za której panowania zaczął się striptiz Polski, czyli pierwszy jej rozbiór. Otóż, gdy w 1772 roku wojska austriackie celem rozbioru wkroczyły do Ziemi Wadowickiej, by dorżnąć konfederatów barskich, tutejsi mieszczanie złożyli w/w cesarzowej przysięgę homagialną, co może brzmieć nawet dumnie, a znaczy po prostu: przysięgę hołdowniczą.
Ten historyczny moment winien być uczczony również dlatego, że od tego czasu zapyziała, wyniszczona, drewniana mieścina zaczęła pomału wychodzić na prostą, co nie jest tak istotne, jak fakt, że od tego czasu zaczęły się czasy i austriackie gadanie. Dodać należy, że jeśli się nie mylę, to w 1819 roku został wprowadzony nowy podział administracyjny i powstał cyrkuł z siedzibą w Wadowicach, na czele którego, jak dzisiaj, stał starosta. Jest więc okazja, aby święcić w 1999 roku 180 rocznicę starostowania.
Podaję również, że zmieniłem zasadę i dla urozmaicenia postanowiłem "historię" Ziemi Wadowickiej zacząć od końca, to znaczy od tyłu, czyli od stanu aktualnego, a potem zobaczymy.
 
Jak nasz powiat wygląda na mapie województwa pokazuje załączona mapka i każdy może sobie pooglądać, gdzie leżymy. A czas dopiero okaże, jak jako powiat będziemy leżeć administracyjnie, gospodarczo i kulturowo. Prognozując na podstawie zachowania się dotychczasowej, powiatowej władzy należy przyjąć, że będziemy leżeć martwym bykiem, czyli na obu łopatkach.
Powiatowi wadowickiemu przydzielono powierzchnię 658 km2, co daje nam lokatę w środku tabeli wojewódzkiej. Na w/w areale żyje nas ponad 152 tysiące dusz, co na dziewiętnaście powiatów ziemskich i trzy grodzkie daje nam szóste miejsce. Z powyższego wynika, że pod względem obsady ludzkiej, z ilością dwustu trzydziestu czterech mieszkańców na kilometr kwadratowy zajmujemy wśród powiatów ziemskich trzecie miejsce, a więc jest nas dosyć gęsto. Miast wydzielonych, a więc żyjących na prawach powiatu grodzkiego, tj. Krakowa, Nowego Sącza, nie ma co brać do porównań, no bo jak porównywać i po co. A dwustu trzydziestu czterech mieszkańców na jeden kilometr kwadratowy daje na głowę ponad czterdzieści arów gleby. Najwięcej na kilometr kwadratowy zebrało się ludzi w powiecie oświęcimskim, bo prawie cztery setki. Najmniej w miechowskim, bo tylko osiemdziesiąt, ale wiadomo, jest to rolniczo-kułacki powiat i dlatego na jednego mieszkańca przypada tam jeden i ćwierć hektara gruntu. Ciekawie sytuacja wygląda z lasami. W naszym powiecie stanowią one dwadzieścia trzy procent ogólnej powierzchni, a u sąsiadów z południa - suskich goroli, jest prawie pięćdziesiąt procent lasów. Tragedia jest w powiecie proszowickim, gdzie tylko jeden cały sześćdziesiąt siedem setnych procent powierzchni, to lasy. Biedni ludzie nie mają tam gdzie chodzić na grzyby, ukraść choinki, nie mówiąc choćby o wycięciu drąga na dyszel, na orczyk, czy styl do łopaty.
Nasz powiat pod względem przodowania w czymkolwiek nie pcha się do przodka, ale też i nie daje sobie w kaszę dmuchać i swoim stanem posiadania nie jest na końcu. Na szczęście zostało małe "co nieco" z czasów PRL-owskich. Np. u nas średnio w jednym mieszkaniu gnieździ się trzy całe dziewięćdziesiąt cztery setne osoby, w Krakowie najmniej, bo dwie całe i osiemdziesiąt osiem setnych. Najbardziej w województwie gniotą się w ziemskim powiecie nowosądeckim, bo w jednym mieszkaniu mają tam średnio cztery całe osiemdziesiąt setnych człowieka. Nie wiem, ale może jest to wynik eksperymentów nowosądeckich. W tamtejszym powiecie grodzkim, a więc w mieście Nowy Sącz na jedno mieszkanie przypada tylko trzy całe pięćdziesiąt cztery setne człowieka, czyli o jednego całego i prawie jeszcze ćwierć mniej niż na prowincji. Nie najgorzej wyglądamy pod względem posiadania największych przedsiębiorstw, mierzonych wielkością przychodów ogółem. Otóż, na zestawionych w województwie sześćdziesiąt przedsiębiorstw ponad połowa, bo trzydzieści jeden sztuk znajduje się oczywiście w Krakowie.
Z pozostałych dwudziestu dziewięciu sztuk trzy sztuki, tj. ponad dziesięć procent, na dwadzieścia dwa powiaty, znajduje się w naszym powiecie. Są to: rentowny "Andropol" i nierentowna "Andoria" w Andrychowie oraz przeżywające trudności Zakłady Przemysłu Cukierniczego "Skawa" w Wadowicach. Szkoda ginących "Łabęd". Na pociechę trzeba zanotować, że nie zaliczana do dużych FEH, jako jedyna w powiecie weszła na giełdę ze swymi akcjami, co dowodzi, że coś znaczy.
Wrócę jednak do "Skawy", a to nie tylko dlatego, że lubię słodkości, ale dlatego, że zakład ten ze względu na malejący zbyt został zmuszony do nie przedłużania umów z pracownikami zawartych na czas określony. A my wszyscy co - kupujemy różności zachwalane w telewizji, a nie pytamy w sklepach o lepsze i tańsze wyroby naszej "Skawy". Może ktoś mi zarzucić, że uprawiam austriackie gadanie. A niech. Bądźmy lokalnymi patriotami, gdyż nie chodzi o to, by ktoś kupował aż andrychowski silnik, czy łabędowski czołg, a jedynie czekoladkę, czy andrucika ze "Skawy". Nasi ludzie będą mieć pracę.
Na zakończenie tego odcinka uważam, że należałoby napisać o obecnym powiatowym rolnictwie, ale nie napiszę, bo nie ma o czym. Jedynie płakać przystoi. Nie tak dawno wszędy pełno było krów, a nasza mleczarnia nie mogła sobie poradzić z podażą mleka. A teraz...? Jak tak dalej pójdzie, to dzieci chcąc zobaczyć krowę będą musiały iść do ZOO, a mleczarnia padnie nie wytrzymując konkurencji z zagraniczną, dotowaną produkcją.
Na zachodzie mogą dotować, tylko w Polsce nie.
Szczęść Boże.
 
NR 68 (91) 19 STYCZNIA 1999.
W poprzednim odcinku bezwstydnie w olbrzymim skrócie przedstawiłem aktualny stan powiatu na tle. Obecnie zacznę prezentować jak Ziemia Wadowicka z woli boskiej, bez której nic się nie dzieje - powstała i dzięki staraniom ludzkim doszła do tego do czego doszła. Zacznę od czasów jeszcze bardziej dawnych niż najdawniejsze, mianowicie od stworzenia świata. Nad owemi czasami nie będę szeroko ani długo się rozwodził ale szybko i powierzchownie, jak wróbel krowę, przelecę je tylko formalnie. Mając na uwadze, że teraz w Polsce, a szczególnie w naszej małej Polsce, jako jedynie obiektywne racje są tylko te, które wynikają z WC, zacznę od Starego Testamentu.
Otóż kiedyś, gdzieś w nigdy nie zaczynających się początkach zamierzchłej przeszłości - Bóg widząc, że nic nie widzi, bo panowała ciemność - uczynił światłość zaświecając Słońce, aby świeciło w dzień, a Księżyc do świecenia w nocy. Kiedy już za widoku zobaczył co się dzieje, nie mógł się zorientować co się dzieje, gdyż nie było żadnego ładu, a tylko bezład i Chaos. Zrobił więc porządek oddzielając wody od ziemi i odwrotnie i chyba wtedy powstała Ziemia Wadowicka, Polska i reszta świata. Można mieć pretensje do Stwórcy, że stwarzając Polskę źle ją skonstruował. Gdyby bowiem Bałtyk umieścił na południu, to mielibyśmy o wiele cieplejsze morze, a gdyby Tatry były na północy mielibyśmy o wiele dłuższe sezony narciarskie. Stało się jednak tak jak się stało i nie można historii zmieniać, no bo gdzież wtedy Ziemia Wadowicka by leżała, hę? Wracając do stwarzania świata - jak dobrze wiemy, to Stwórca następnie stworzył rośliny i inne badyle, zaroił wody i powietrze różną gadziną, a szóstego dnia stworzył pozostałe bydlęta lądowe. Spodobało mu się to wszystko, bo było dobre, więc na ostatku, by nadać rangi kolejnemu swemu zamiarowi, zwrócił się sam do siebie przez Wy - mówiąc: "Uczyńmy człowieka na Nasz obraz, podobnego Nam." I Stwórca nie rozgadując się, stworzył za jednym boskim zamachem mężczyznę i kobietę, nie ujawniając technologii tej produkcji. Druga wersja mówi, że pracowity Stwórca, na pewno umęczony całotygodniową harówką - z ziemi i prochu ulepił chłopa i tchnął w niego. I tak powstał Adam. Mając chłopa Stwórca doszedł do wniosku, że jak jest chłop to trzeba mu baby i sklonował mu ją z jego żebra i też tchnął.
My teraz, patrząc każdy sam na siebie, na ogół nie mamy wątpliwości, że jesteśmy Bóg wi co (inaczej bógwico), gdyż jesteśmy na podobieństwo. Natomiast uważamy, że nasi bliźni najczęściej zostali stworzeni wcale nie na obraz, ale na obrazę boską. Niedoskonałości ludzkie należy tłumaczyć całotygodniowym trudem Stwórcy, którego zmęczenie mogło być naturalną przyczyną wielu niedoróbek. Jak się z czasem okazało, Stwórca sam krytycznie ocenił twór swojego podobieństwa. Przecież Adam i Ewa, tak jak nudyści w Chałupach, chodzili nago a nie mając telewizji dali się namówić wężowej reklamie. I przez te zeżarte jabłka zaczęło się całe zło. Adam z Ewą zostali wygnani na zbitą twarz a Pan zapewnił :...w bólu będziesz rodziła dzieci./.../ ...w trudzie będziesz zdobywał pożywienie..." a wężowi rzekł: "Wprowadzam nieprzyjaźń między ciebie a niewiastę". Następnie ich synalek Kain zabił swojego brata tylko dlatego, że temu bratu lepiej się wiodło, co miało fundamentalne znaczenie dla kształtowania naszego narodowego charakteru.
 
NR 69 (92) 03 LUTEGO 1999.
A tak w ogóle wtedy i tam zaczęła się też rozpusta rodzinna: parzyli się a byli jedną familią. Stary Testament informuje: "ludzie zaczęli się mnożyć na ziemi, rodziły im się córki. Synowie Boga widząc, że córki człowiecze są piękne brali je sobie za żony... a w owych czasach byli na ziemi giganci... kiedy zaś Pan widział że wielka jest niegodziwość ludzi... żałował że stworzył ludzi... " Czyli mówiąc po naszemu zaczął sobie pluć w brodę i postanowił metodą wodną przeprowadzić selekcję i potopić tałatajstwo bez względu na koligacje i przynależność. Ta sprawdzona metoda stosowana jest współcześnie przez postsolidarnościową, przewodnią siłę Narodu. Z tej wielkiej wody ostał się ino Noe z rodziną i inwentarzem czyli cztery małżeństwa z całego pogłowia po Adamie, Ewie i gigantach. Nie wiadomo skąd ci ostatni się wzięli. Najprawdopodobniej z innych Układów, co dla naszych korzeni nie ma znaczenia, bo jak wiadomo zostali oni spuszczeni z potopową wodą. Wobec tego ród nasz wywodzi się nie tyle od Adama i Ewy co od Noego i jego synów: Sema, Jafeta i Chama. Ten ostatni, jak świadczą badania językoznawców, miał podstawowe znaczenie dla powstania naszej sarmackiej cywilizacji. Noe jako normalny, lubiał sobie strzelić bańkę. Toteż zdarzyło mu się, że wypite wino własnej produkcji rozebrało go i goły spał w namiocie. W takim stanie nakrył go Cham i miast nakryć go czymś, dla śmichów chichów zawołał braci. Ci nie będąc chamami przykryli tatuśka, aby nie było sromoty. I tak ci to, z racji szacunku do wina, Noe jest naszym patronem a syn jego Cham, pierwowzorem naszej kultury.
Można przyjąć, że Jezus też nie był rygorystą w tym względzie, gdyż w Kanie Galilejskiej, uczynił swój pierwszy cud. I wiadomo z czym. I nie było to coś patykiem pisane, a jakościowych pochwał nie szczędził sam starosta. Jak widać współcześni włodarze doczytali się w starym Testamencie tylko tego, że są stworzeni na obraz a nie obrazę. Przykładem min. Handke. Ten od MEN-u, który chce, by naszą młodzież edukować "rodzinnie" według Pisma. A wzorce przykładowo zostały powyżej podane. Wielu ministra krytykuje ale on tego nie pojmuje i w tym też palec Boży - dziedzictwo czasów wieży Babel.
W czasach wieży Babel wszyscy posługiwali się jedną mową i rozumieli się, ale Bogu nie podobało się takie proste dogadywanie, wobec tego postanowił pomieszać ludziom języki. Jak postanowił tak zrobił, a konsekwencje tego czynu ponoszone obecnie przez nas są dwojakie: dobre i złe. Złe polegają na wrodzonej niechęci wielu ludzi do zrozumienia innych i ograniczeniu u tych ludzi możliwości zrozumienia i mówienia ludzkim głosem. Dobrą konsekwencją jest, jak można przypuszczać, w prowadzenie od owych czasów nowej, bardzo miłej techniki całowania się, gdzie pomieszanie języków - wbrew istocie zachodzącego zjawiska - służy wzajemnemu zrozumieniu się partnerów obojga płci bez używania mowy.
 
NR 70 (93) 17 LUTEGO 1999.
W liście do redakcji jakiś anonimowy rugacz zrugał mnie, zarzucając, że w historii mało piszę o Ziemi Wadowickiej, a o Starym Testamencie. Trzeba się zgodzić, że może to tak wyglądać, więc dlatego spieszę, aż się zdyszałem, uzasadnić taki dobór treści. Wpierw, dla formalnego porządku podaję, że nikt nie wątpi, iż bez ludzi sama Ziemia Wadowicka byłaby czcza, a jej obraz, to puszczając wodze fantazji - byłaby puszcza. Z kolei ludzie, acz stworzeni na początku na jeden obraz, potem zaczęli się rozpaskudzać, a więc popisywać się swoimi różnymi cechami. Na dodatek uczeni wymyślili atawizm, a jest to współczesne występowanie u poszczególnych osobników cech takich, jakimi charakteryzowali się nawet bardzo odlegli przodkowie. Stąd zdarza się, że dziadkowie i ojcowie byli porządni, a syn okazał się lewicowcem. Widocznie jakiś prapra był lewusem. Zdarza się, że dziadki i ojce byli też porządni, a syn okazał się... złodziejem, czy innym kanciarzem. Dlatego uznałem, że warto z Pisma przypomnieć zachowania - cechy ówczesnych ludzi, gdyż te nigdy nie wiadomo kiedy mogły i dalej mogą wyłazić, czyli ujawniać się, co jest zgodne z prawem naturalnym. Obecnie, propagując model kapitalizmu w/g WC, podam bardzo wyrywkowo dwa wzorce, aby służyły ku nauce współczesnym władcom. Pierwszy wskazuje, jakimi drogami doszedł do majątku Abraham, który wpierw był Abramem. Napisałem o Abramie, że doszedł, gdyż nie siedział na miejscu, ale chodził, czyli udawał się, albo gdzieś przybywał. Zdarzyło się, że kiedyś z żoną Saraj, która była córką jego ojca, a poza tym piękną kobietą, udał się do Egiptu. Ustalił wtedy, że będzie ją przedstawiał jako siostrę, a więc zastosuje powszechną zasadę mówienia pół prawdy. Miało to zapewnić bezpieczeństwo Abramowi, gdyż jako męża jakiś typ chętny na Saraj mógłby go zaciukać, gdyż wtedy, jako wdowa, byłaby wolna, czyli bezgrzesznie do wzięcia. Jak ustalił, tak zrobił, no i stało się. Saraj, jako siostra Abrama wpadła w oko faraonowi, który chciał, by wpadła mu w łóżko i zabrał ją na swój dwór, a Abrama wynagrodził za nią sowicie. "... Otrzymał bowiem owce i woły, niewolników i niewolnice oraz oślice i wielbłądy". Kiedy sprawa się wyjaśniła Abram otrzymał żonę z powrotem, a majątek mu został. Majątek nie zawsze daje szczęście, więc Abramowa siostro-żona dalej miała łono zamknięte, to znaczy, nie urodziła mu potomka, ale jako dobra żona dała mu swoją niewolnicę, do której Abram się zbliżył i ta została brzemienną. Szczęście dopisało Abramowi dopiero wtedy, gdy stuknęła mu setka, a był już wtedy Abrahamem, zaś jego żona miała dziewięćdziesiątkę. Pan poinformował ich, iż będą mieli potomka, z czego Saraj, spojrzawszy na Abrahama, uśmiała się. Ale stało się! Jak? - nie wiadomo. Przy swoich leciech Abraham miał jeszcze tyle sił, by zbliżyć się do żony i lec, a wtedy prawdopodobnie zaczęło się trzęsienie ziemi, które wytrzęsło zeń nasienie do łona siostro-żony. Ta, widocznie zaraz potem gdzieś poszła, a jeśli poszła, to i zaszła i w sowim czasie urodziła Izaaka - ojca bliźniaków: Ezawa i Jakuba. Ten drugi jest drugim przykładem, jak można do czegoś dojść. Otóż, wpierw wykorzystał głód swego brata Ezawa i sprzedał mu miskę soczewicy za przywilej pierworództwa. Następnie, kiedy oślepły tatuśko Izaak chciał na łożu śmierci dać ostatnie błogosławieństwo Ezawowi, wysławszy go przedtem po zaopatrzenie, Jakub podstępnie to błogosławieństwo wyłudził.
 
NR 71 (94) 03 MARCA 1999.
Potem Jakub poszedł służyć do wuja, by pracą zapłacić mu za dwie swoje kuzynki, z którymi się ożenił. Chyba od tego czasu pokutuje wśród ludu brzydkie powiedzenie: kto kuzynki nie wy...., ten nie będzie w niebie. W wyniku czternastoletniej "służby" i kombinowania: "... stał się Jakub człowiekiem bardzo zamożnym - miał bowiem liczne trzody, a ponadto niewolnice, sługi, wielbłądy i osły...", a synowie wuja, jego teścia, mówili: "... Jakub zabrał wszystko co posiadał nasz ojciec". No i co? - wypisz, wymaluj współczesne prorodzinne zasady kapitalistycznego budownictwa. Trzeba dodać, że Pan sprzyjał Jakubowi, chyba za to, że ten budował ołtarze i składał ofiary. Nasze wadowickie władze też budują Panu ołtarze i składają ofiary nie za swoje.
Przedstawiając starotestamentowe fragmenciki, zamierzam wykazać, że wszystko już było i wszystko może być. Pozostaje tylko kwestia wyboru, albo wyborów. Zbliżając się ku końcowi początków Ziemi Wadowickiej w/g Starego Testamentu, nie będę dociekał, co komu i skąd wyszło, tylko sam podam, że mnie wyszło, iż Pan stworzył Adama nie tak dawno, bo około 5700 lat temu. Wedle różnych, ale zgodnych naukowców, czas ten mieści się w halocenie, a więc we współczesnej nam epoce historii ziemi, którą poprzedził plejstocen, który zaczął się około jeden milion lat temu, a pod koniec którego pojawił się Homo sapiens, czyli człowiek rozumny. Wcześniej był jakiś australopitek, wielki prymityw, ale uznany już za człowiekowatego, bo łaził na dwóch nogach. Obecnie podaję, że w/g naukowców uznaną teorię powstania życia na ziemi opracował niejaki Aleksandr Oparin. W/g tej teorii życie zaczęło się w wodzie, z której wyszło na brzeg, a że było zwinięte zaczęło się rozwijać, jak rozmaryn i czyni to uparcie w dalszym ciągu, ale ludzkość radzi sobie doskonale z tą samowolą. Powstawały więc różne stwory, a m.in. małpy, które żyły na drzewach, a uczeni stwierdziwszy, że są one naszym wspólnym przodkiem, uznali jako przełomowy moment uczłowieczania - fakt zejścia małpy z drzewa i zaczęcie chodzenia na dwóch nogach, z podniesioną głową. Przy okazji złażenia z drzew można sobie posnuć domysły na temat okoliczności ras ludzkich. Otóż, można przyjąć, że murzyni powstali z małpy, która zeszła z drzewa ciemną nocą, żółci zeszli z drzewa cytrynowego, pigmej z takiego malutkiego drzewka, biały zeszedł w biały dzień, a czerwony, po zejściu spojrzał w górę, a zobaczywszy starą małpę od dołu - zarumienił się.
Co by nie było, jak by nie było, gdy Stwórca około 5700 lat temu lepił Adama, to w/g naukowców, w naszych stronach panowała epoka neolitu, czyli kamienia gładzonego. Epoka ta skończyła się, gdy ludzie wynaleźli brąz. w tym czasie, bo gdzieś 3800 lat od dziś do tyłu, gdzieś tam w Palestynie, albo w jej okolicy, Abraham pasterzył i płodził, a w Sosnowicach k./ Paszkówki żyli już ludzie używający kamiennych narzędzi i glinianych garów. Podobne ślady ludzkiego bytu, nawet wcześniejsze, znaleziono w Mucharzu, Zagórzu i Stroniu. Z powyższego wynika, że korzenie mamy, jak się to mówi po byku, bo sięgające czasów Abrahama i wcześniej. No i znowu dzięki naukowcom, których główną maniom jest odkrywanie wiemy, że 11000 do 7000 lat temu cała ludność łowców zbieraczy żyła na obszarach wybrzeża śródziemnomorskiego, głównie w Hiszpanii, a wtedy był tam też śliczny klimat. Spotkałem publikację, w której zadano pytanie: - czyż nie mógł tam być biblijny Raj?
 
NR 72 (95) 17 MARCA 1999.
Właściwie raj mógł być w Hiszpanii, skąd do nas nie jest tak daleko i mogliśmy się o niego otrzeć, w dodatku, że i jabłoni u nas ci dostatek. Ale bliżej mamy do Włodzimierza, za naszą obecną wschodnią granicą, gdzie archeolodzy znaleźli fragmenty najstarszych spodni, bo sprzed 25. tysięcy lat. Znając ten prehistoryczny fakt, już nikt nie powinien kpić, tak jak kiedyś to czyniono mówiąc, że spodnie wynalazł jakiś Ruski o nazwisku, za przeproszeniem - Gołodupow.
Podając poprzednio, że znaleziono na Ziemi Wadowickiej najstarsze, kamienne narzędzia, nie podałem, że niektóre z nich nazwane zostały tłukami. Te tłuki były wielkości dłoni, miały kształt spłaszczonego jaja, a cieńszy ich koniec był obtłuczony, że tworzył ostrze. Nasz praprzodek w Gorzeniu, czy Sosnowicach, trzymając w dłoni takiego tłuka za szerszy i grubszy koniec, tłukł nim, jak siekierą, rżnął co się dało, ściągał skóry ze zwierząt itp. Współcześnie określenie tłuk też jest spotykane, ale stosowane jest jedynie do scharakteryzowania pewnej, niepewnej moralnie i umysłowo kategorii ludzi - ot takich prymitywnych narzędzi. Gdyby się zdarzyło, że np. jacyś radni są bezmyślnym narzędziem w czyimś ręku, to co im ta ręka karze - takich radnych można nazwać tłukami. Ciągnąc jednak właściwy wątek, trzeba wiedzieć, że na początku nasi praprzodkowie - tak jak i my teraz, czasami - żyli ze zbieractwa i polowań, choćby na czarownice. Ze zbieractwa wywodzi się tzw. kopieniactwo, co brzmi intrygująco, a było to tylko grzebanie - kopanie patykiem w glebie, w poszukiwaniu korzonka, bulwy, "glizdy", czy innego robactwa. Kopieniactwo z czasem przekształciło się w uprawę roli, a po wykopaniu z kopieniactwa przedrostka "ko" - pozostało nam pieniactwo. Poza grzebaniem w glebie praludy wzięły się za chów zwierząt i to całkiem przypadkowo. Zaczęło się od psa, który ponad 10 tysięcy lat temu został udomowiony, co jest o tyle zadziwiające, że wtedy nie było domów, tylko jaskinie. Psy - zjadacze wyrzucanych kości, przywiązały się do człowieka - kościodawcy i to im w postaci smyczy pozostało. Współuczestniczyły w polowaniach, tropiąc, względnie naganiając zwierzynę, która wtedy była tylko dzika, gdyż nie zdążyła się jeszcze udomowić. Zwierzyna ta, dopiero zapędzona w ślepy zaułek, a następnie odgrodzona weń, nie mając wyjścia, udomowiała się. Nasi pra, nie mając lodówek, ani zamrażarek rychło spostrzegli, że żywa zwierzyna nie psuje się tak, jak martwe mięcho, a poza tym się mnoży! - no i tak zaczął się chów bydląt.
Teraz celem wykazania pewnej analogii do współczesności, narażając się prawicom, muszę wygłosić wykład o modelu komunizmu. Uczynię to w sposób krótki i uproszczony. Otóż, tenże model zakładał, że jeśli ludzie będą do niego szli, to dojdą do tego, że nie będzie czołowej siły przewodniej w postaci dyktatury proletariatu, który się sam unicestwi, bo nie będzie klas społecznych, a więc indywidualnych właścicieli środków do produkcji, czyli fabrykantów, obszarników, czy innych biznesmenów - wyzyskiwaczy. Będzie tylko sam proletariat, który z braku odnośnika nie będzie już proletariatem. Stosunek płacy do pracy wyrażać się miał prostą zasadą: każdy pracuje w/g sił i możliwości, a otrzymuje w/g swoich potrzeb. Nie będzie pieniędzy, no bo i po co?
 
NR 73 (96) 01 KWIETNIA 1999.
Poprzedni odcinek skończyłem na tym, że w komunizmie nie trza pieniędzy, bo tyra ktoś w/g swych największych możliwości, a jego potrzeba bieżąca wynosi np. pół litra - idzie więc do monopolowego i tam dostaje flachę za darmo. A morale będą takie, że nikt nie sięgnie po najdroższą wódę, a tylko po najtańszą czyściochę. Nie będzie w komunizmie państwa rozumianego jako instytucja przymusu, ucisku, nacisku realizowanych przez policję, prokuraturę i inne organy. Wszystkim będą zajmować się samorządne samorządy. Bez diet. Nie będzie nie tylko proletariatu, ale i normalnych ludzi. Będą tylko chodzące ideały. A szanse na coś takiego są takie same, jak wyniki osiągnięte przez dwa tysiące lat funkcjonowania WC.
Po tym nudnym wykładzie, wracam z wyżej przedstawionego świata ułudy do naszych pierwocin, a mianowicie do czasów, w których powstały pierwsze skupiska - wspólnoty ludzkie. W związku z tym, że owe wspólnoty funkcjonowały w czasach pierwotnych - zostały nazwane wspólnotami pierwotnymi. I jesteśmy w domu. Wspólnota, to inaczej komuna, a więc nasze pierwotniaki żyły w komunach, gdyż ich ustrój odpowiadał powyżej przedstawionemu modelowi. Wszak nie było państw, fabrykantów, policjantów, obszarników, biznesmenów, nie było pieniędzy, każdy robił ile mógł, no bo jadł ile chciał, jeśli było co. Te komuny przetrwały tysiące lat i nie ma się co dziwić, gdyż m.in. nie było wtedy znanego teraz związku zawodowego, co jest w pełni zrozumiałe. Przecież wtedy nie było co rozpieprzać, nie było stanowisk, ani funkcji do obejmowania, więc jak mógł istnieć taki związek? Do ciekawostek zaliczyć należy rysunki i malowidła naskalne, które przetrwały od przeszło dziesięciu tysięcy lat. Wynika z nich, że kilka tysięcy lat przed Adamem, bez mecenatów, bez Wnuk-Nazarowej, kwitła sztuka i to nie sztuka mięsa, ale graficzna, przedstawiająca realistyczne sceny z życia, a głównie polowań, czyli zajęć produkcyjnych ówczesnych ludzi pracy. Współcześni znawcy, taki kierunek w sztuce nazywają teraz socrealizmem. No i co? Okazuje się, że wszystko już było.
Tradycjonaliści, kontynuatorzy II RP, wytwarzają obecnie atmosferę arystokratycznego wyróżnika i stąd poszukiwania drzew genealogicznych, gdyż czym głębiej w las, czyli wstecz sięga ród, tym większa ma być nobilitacja współcześnie żyjącego. Ludzie, nawet ci, którzy mają okazałe zadki, wolą chwalić się swymi przodkami. Np. znany poseł wadowicki pochwalił się, że jego ojciec był legionistą, a z ojcami bywa różnie. Przed wojną młody dziedzic J.G. z R., przyjechał pociągiem do Wadowic z nauk z zagranicy, a przed dworcem PKP czekał nań stangret z karetą, podobny do niego, jak dwie krople. Dziedzic, stwierdziwszy to podobieństwo zagadnął chłopka: Ty, wiesz, że jesteś do mnie podobny? Na pewno twoja matka we dworze służyła? Co? - Nie paniczu - odparł chłopek - matula nie służyli, tylko tatuś byli stangretem pani dziedzicowej.
No, ale jest moda na drzewa, więc jeśli ktoś chce, to niech podłoży rękę a ja mu pójdę na nią i podam uniwersalne drzewo genealogiczne.
Ale to już w następnym odcinku.
 
NR 74 (97) 15 KWIETNIA 1999.
Przyznam się, że od czasu do czasu lubię sobie pociągnąć, więc będę ciągnął temat naszej genealogii, a więc drzewa i to nie takiego o paru korzeniach, czy konarach, a drzewa super-gigant, gdyż zaczynającego się dwanaście milionów lat temu. Ponoć wtedy żył nasz prapra przodek - małpolud: ramapitek, a po nim byli: driopitek, australopitek, telantrop, homo habilis, megantrop, a następnie pikekantrop, neandertalczyk i wreszcie, ponad dwieście tysięcy lat temu "wczesny" homo sapiens, a więc człowiek rozumny. Z niego, poprzez dobór naturalny ewoluowali różni "późniejsi" homo, aż do czasów współczesnych. W ostatnich latach, w/g księdza Tischnera, w czasach PRL-u w Polsce, wyhodował się Homo sovieticus, a teraz, dzięki wprowadzanym reformom i rządom, nasza ewolucja szybko postępuje, gdyż wyodrębnia się nowa odmiana człowieka, mianowicie Homo ledwosapiens.
Dla porządku podaję, że w/g naukowców - czort wie jak oni to policzyli - dwa i pół miliona lat temu na całym, wtedy skomuszałym świecie, żyło około osiem tysięcy ludzi. Można przypuszczać, że na Ziemi Wadowickiej już wtedy również mogły być komuchy. Później, to znaczy wcześniej, bo ok. osiem tysięcy lat temu, żyło ponoć tylko pięć milionów ludzi. Jak oni tego nie robili - nie wiadomo. Jest pewne, że nie było wtedy aborcji, antykoncepcji i mimo tego bardzo licho ludziska przyrastali, no bo w ciągu dobrze ponad milion lat, przybyło zaledwie cztery miliony homo.
Wszyscy znawcy tematu są zgodni, że na zasiedlenie Ziemi Wadowickiej, jak i reszty globu, zasadniczy wpływ miały wędrówki ludów, które w/g archeologów wygrzebujących z gleby różne dowody ludzkich bytów - zaczęły się w epoce kamienia łupanego, tj. dobrze ponad sto tysięcy lat temu. Zapewne wiele było przyczyn tych wędrówek. Wychodząc od nazwy epoki: kamienia łupanego - można przyjąć, że jedną z przyczyn było łupiestwo. Najszerzej opisaną taką wędrówką, było wodzenie Żydów przez Mojżesza po tamtejszych okolicach, co miało miejsce ponad trzy tysiące dwieście lat temu. Wiadomo, że wędrując, nie spieszyli się oni, bo w ciągu czterdziestu lat przeszli - w linii prostej - ok. jednego tysiąca kilometrów. A więc robili średnio dwadzieścia pięć kilometrów rocznie. Jeśli oni się nie spieszyli, to i ja proponuję zatrzymać się na tym temacie. Wyobraźmy sobie olbrzymią ilość ludzi, bo liczącą ok. półtora miliona sztuk, a to jest przeszło dziesięć razy więcej, niż liczy sobie mieszkańców powiat wadowicki. Przyjmując w sposób uproszczony pojęcie reprodukcji prostej, jako bilansowanie się ilości przeżywających noworodków z ilością nieboszczyków, mimo, że się nie upierałem, to mi z wyliczenia samo wyszło, że w ciągu doby rodziło się tam i wtedy ponad sto żydziątek, tj. około pięć sztuk na godzinę i było tyleż zgonów i pogrzebów.
Trwają rozważania, w jakim celu Mojżesz wodził po pustyniach wybrany przez Pana naród, aż czterdzieści lat?! Obecnie w Polsce głoszona jest teoria, że żydostwo było wodzone po to, aby padło pokolenie wychowane w zniewoleniu egipskim. Ta teoria ma na celu wodzenie nas za nos stwierdzeniem, że w Polsce będzie dobrze, ale dopiero za czterdzieści lat, gdy padną zniewoleni przez PRL.
Jak było? Opowiem w następnym odcinku.
 
NR 75 (98) 01 MAJA 1999.
Rolniczo-ekologiczna teoria głosi, że wędrówka Żydów miała na celu użyźnianie pustyni. Półtora miliona - to kupa luda. Każdy z tej kupy, codziennie robił kupę i oddawał mocz w ilości średnio pół kilograma na... głowę. Zatem, globalna produkcja tych naturalnych, a więc ekologicznych nawozów, wynosiła w ciągu doby około 750.000 kilogramów, a tym można było codziennie wynawozić kilkadziesiąt hektarów pustynnej gleby. Działalność ta została formalno-prawnym nakazem sprecyzowana w Starym Testamencie następująco: "... Będziesz miał miejsce poza obozem i tam, poza obóz będziesz wychodził. Zaopatrzysz się w kołek, a gdy wyjdziesz na zewnątrz, wydrążysz nim dołek, a wracając przykryjesz nim to, czegoś się pozbył.".
Dla odmiany, zwolennicy prawa naturalnego, w/g którego silniejszy łupi słabszego - twierdzą, że Żydzi wędrując niby, tak sobie - od czasu do czasu łupili jakieś miasto - królestwo. W Starym Testamencie jest opis, jak m.in. załatwili Madianitów, otóż: "... pozabijali wszystkich mężczyzn (...), uprowadzili w niewolę kobiety i dzieci oraz zagarnęli jako łup wszystko ich bydło, stada i cały majątek. Spalili wszystkie miasta...". Wydawać by się mogło, że postąpili cacy, jednak Mojżesz rozgniewał się na dowódców wojsk i rzekł do nich: "... Jakże mogliście zostawić przy życiu wszystkie kobiety? (...) Zabijcie więc spośród dzieci wszystkich chłopców, a pośród kobiet te, które już obcowały z mężczyzną...", co uczynili, oczywiście przedtem na pewno sprawdziwszy. Zdobycz, którą wojownicy wzięli jako łup składała się z 675.000 owiec, 72.000 wołów, 61.000 osłów, a osób, czyli dziewcząt, które jeszcze nie obcowały z mężczyzną było razem 32.000! Złota zaś oddanego przez tysięczników i setników na ofiarę dla Pana (oczywiście na ręce kapłanów - J.F.) było 16.750 syklów. Każdy ze zwykłych wojowników posiadał jeszcze swój własny łup. No, i nie ma co owijać w bawełnę i tworzyć mity: wędrówki ludów na ogół kierowały się przedstawionymi powyżej boskimi, a więc naturalnymi prawami.
A tak naprawdę, to Mojżesz wodził Żydów za karę, że stchórzyli na początku wędrówki i nie chcieli zaatakować Kanaan, kraju, który był przed atakiem rozpoznawany przez zwiadowców w ciągu 40 dni, a żydowska zgraja, wbrew woli Pana nie chciała zawojować i złupić tego obiecanego kraju, więc Pan im rzekł: "... Trupy Wasze zalegną tę pustynię. Wy wszyscy, którzy zostaliście spisani w wieku od 20 lat wzwyż (...) nie wejdziecie z pewnością do kraju, w którym uroczyście przysiągłem Wam zamieszkanie (...). Poznaliście kraj w przeciągu 40 dni: każdy dzień teraz zamieni się w rok i przez czterdzieści lat pokutować będziecie za winy (...), zaprawdę w ten sposób postąpię z tą złą zgrają.".
Nie była to jedyna kara. Jako ciekawostkę, warto przytoczyć to, że Pan zabronił Żydom, w ciągu tych lat dokonywania obrzezania. Dopiero przed ostateczną batalią - wkroczeniem do Ziemi Obiecanej zostali hurtem poddani temu zabiegowi. Pan nakazał, aby czynione to było nożami kamiennymi. Oczywiście bez narkozy. Chłopy, wyobraźmy sobie, że jakiś Żyd, kamiennym, a więc tępym nożem, manipuluje nam koło napletka. Rany boskie! - ale to musiało boleć!
Tym męskim akcentem kończę naprawdę długaśne wprowadzenie do wędrówek ludów.
 
NR 76 (99) 18 MAJA 1999.
Niedobrze się stało. Poprzednio ogłosiłem męskim akcentem, że kończę prowadzenie do wędrówki ludów na starotestamentowych wypisach, a okazało się, że tego końca nie widać. Chyba zniewieściałem i jestem jak te kobiety, które jeśli wezmą koniec w swoje ręce, to też go nie widać. Oczywiście, nie moja to wina, a wadowickiej kościelnej ulotki-apelu, wypuszczonej przed wizytą Papieża z kapłańskich rąk, a bardzo słusznie wzywającej do burzenia murów dzielących ludzi. Ulotka ta podaje, że tak jak Żydzi przy użyciu modlitw zburzyli mury Jerycha, tak i my, modląc się możemy zburzyć mury rozdzielające ludzi. A z tymi murami, to było wtedy całkiem inaczej. Otóż, wedle Starego Testamentu Żydzi przez sześć dni, jeden raz dziennie uskuteczniali w milczeniu dookoła Jerycha spacer z Arką Przymierza, bo kochali tę skrzynię i przy jej pomocy prowadzili wojnę psychologiczną. Siódmego dnia pospacerowali sobie siedem razy dookoła Jerycha, siedmiu kapłanów dęło w trąby z rogów baranich, zwanych od tego czasu jerychońskimi, a gdy zadęli po raz siódmy "... Jozue zawołał do ludu: "... Wznieście okrzyk wojenny, albowiem Pan daje miasto w moc waszą (...)". Lud wzniósł gromki okrzyk wojenny i mury rozpadły się na miejscu". Jak gołym okiem widać, w Starym Testamencie, w tym temacie, nie ma ani słowa o modlitwach, chyba, że kapłan - autor ulotki uważa, iż gromki okrzyk wojenny jest formą modlitwy.
Wielki Bóg zapłać za taką interpretację.
Mając czas, proponuję, byśmy z braku czego innego, pociągnęli sobie temat murów. Otóż, jak obecne czasy uczą, prawica doszedłszy do władzy, z maniackim uporem eliminuje z życia zawodowego i społecznego ludzi o zapatrywaniach lewicowych, zwalczając lewicowe idee sprawiedliwości społecznej. A coś takiego, to nic innego, jak budowanie murów nietolerancji. Prawica, mając władzę, obsadza wszelkie stanowiska swoimi ludźmi, zapewniając im nieprzyzwoicie wysokie płace, gdy równocześnie znaczna część społeczeństwa ubożeje. Jest rzeczą oczywistą, że jeśli ktoś dostaje dużo, dużo więcej, to inne ktosie muszą dostać dużo, dużo mniej. A coś takiego, to nic innego, jak budowanie murów zawiści pomiędzy bogactwem, a biedą. Do kogo więc ta kapłańska mowa o potrzebie burzenia murów budowanych przez prawicę, gorliwie przez kler popieraną?
Proponuję, aby chwilowo zostawić powyższy miejscowy wątek i chętnych zapraszam na wyskok w czasie i przestrzeni do ówczesnego Jerycha. Otóż, Żydzi po zburzeniu jego murów wyrżnęli w tym mieście wszystko co żywe, a więc ludzi, inwentarz żywy, nie szczędząc nawet osłów. Pozostawili przy życiu tylko jedną prostytutkę, która wcześniej żydowskim zwiadowcom oddała przysługę. Pozostały tysiące trupów zwierzęcych i ludzkich, żywi Żydzi i prostytutka, czyli żydostwo i kurestwo. W związku z powyższym, zwiewajmy z takiego świata szybko i wracajmy na nasze, współczesne wadowickie śmieci. I módlmy się, stosując zalecane wzorce starotestamentowe, tj. wznosząc okrzyki wojenne, a nuż, a widelec runą mury dzielące społeczeństwo!
 
NR 77 (100) 01 czerwca 1999.
Poprzednio napisałem, że dzięki okrzykom wojennym mogą runąć mury dzielące społeczeństwo. Ja się tylko pytam, i co dalej robić, jeśli chcemy stosować zalecane przez kapłańską ulotkę jerychońskie zasady? Tam zburzono mur po to, aby wyrżnąć wszystko i, aby zostało tylko żydostwo i prostytucja. Wizja wielce przerażająca. Nie piszę się na to.
Za to piszę, że kiedyś MATCE ZIEMI coś się nie podobało, bo aż nią wstrząsało, co się teraz nazywa ruchami tektonicznymi. A ruchy te były, że ho, ho, ho! Jedne kontynenty spuszczane były do mórz, inne się wypiętrzały bezwstydnie. Wspomnę, że kiedyś w miejscu Ziemi Wadowickiej, jak również i w Polsce był sobie cieplutki klimat, z bujną roślinnością i zwierzyną, potem było morze, potem były zlodowacenia. Na pamiątkę owych czasów zostały nam: węgiel, ropa, wapienie, nasze Tatry z Karpatami i inne różności. Zwłaszcza te zlodowacenia były dla praludzi przykre, bo było im zimno, wobec czego zwiewali, gdzie się tylko dało, byle do ciepełka. W każdym bądź razie, jak twierdzą uczeni, po tych kataklizmach, na naszym polskim, a więc i Ziemi Wadowickiej terenie, znalazł się lud nazwany indoeuropejskim, który stał się protoplastą m.in. słowiańszczyzny. Stało się to ok. 5 tysięcy lat temu, a więc dosyć dawno. Te nasze indoeuropejskie korzenie rozrastały się w różnych kierunkach, gdzie wyrastały z nich różne ludy Europy, nawet Grecy, czy Germanie. Za kolebkę ludów słowiańskich, jaka istniała około 4 tysiące lat temu, uważa się obecne terytorium Polski. W związku z tym, że uczeni lubią od czasu do czasu przypuszczać, w tym przypadku podają, że tamci Słowianie jakoś sobie żyli, aż w II wieku naszej ery (ok. 1800 lat temu), zrobili na nich najazd Goci, a te podlecy, tak jak i Wandalowie, należeli do ludów germańskich. W tej sytuacji, prasłowianie się wnerwili i też ruszyli w świat, a konkretnie w Europę, w wyniku czego powstały ludy Słowian zachodnich, wschodnich i południowych. Nas naukowcy i politycy zaliczyli do Słowian zachodnich, o kulturze łużyckiej. Na wschód, ostali się Słowianie wschodni, a my jako przedmurze. Po rozpadzie imperium rzymskiego, w Europie zachodniej powstało państwo Franków, z którego w początkach lat dziewięćsetnych wyodrębniło się państwo niemieckie. Stąd prosty wniosek, że jeśli nasz władca, Mieszko I postanowił spowodować chrzest Polski, to Polska, jako państwo musiała już istnieć od wielu lat, wcześniej od państwa niemieckiego. Niestety, zwykle powstanie państwowości liczy się dopiero od chrztu. Zresztą, i dzisiaj, pomimo, że Polska Rzeczpospolita Ludowa, jako państwo była kiedyś uznana przez cały świat, prawicowe oszołomy za wszelką cenę chcą wymazać z historii fakt istnienia tej legalnej państwowości. I to zastanawia, bowiem to tamta, Ludowa, uroczyście obchodziła w 1966 roku 1000-lecie Chrztu Polski, nie stawiając pomników ludziom, nawet żyjącym, ale ówczesnej młodzieży, w postaci tysiąca szkół na tysiąclecie. Jednak, jak dowodzi dzisiejsza rzeczywistość, część tej młodzieży, mająca dzisiaj władzę, mimo, że wyrosła na PRL-owskim chlebie, zapomniała o tym.
 
NR 78 (101) 15 czerwca 1999.
Wędrując, oczywiście tylko po łebkach, po dawnych wędrówkach ludów, doszliśmy wreszcie do Polski, za czasów Mieszka I. Na naszych, ówczesnych ziemiach, zamieszkiwały już na stałe, różne plemiona słowiańskie. Tak, jak i gdzie indziej, dużo wcześniej znudziło im się łażenie po bezdrożach i puszczach, a że już parę tysięcy lat wcześniej nauczyli się uprawiać glebę i chować inwentarz żywy, więc osiedli i produkowali zdrową ekologicznie żywność. Ekologiczną, gdyż nie stosowali żadnych nawozów sztucznych, ani środków ochrony roślin, a że większość terenów pokrywały wtedy puszcze, chcąc zrobić miejsce pod zasiewy, musieli te drzewostany usunąć. Nie męczyli się karczowaniem mechanicznym, w dodatku, że zapotrzebowania na drewno nie było, wobec tego, zamiast jak teraz rąbać lasy na produkcję papieru - wypalali je. Uczeni obliczyli, że celem wyprodukowania tą metodą żywności dla jednej gęby, trzeba było rocznie wypalać 30 h lasu. A tak w ogóle, to wędrówki ludów nigdy nie ustały, a pod względem ilości wędrowców, dobrowolnych i przymusowych, biją one współcześnie na łab na szyję te starodawne wędrówki. Np. w czasach ostatniej wojny, miliony Polaków powędrowało, hen na wschód ZSRR i na zachód, na przymusowe roboty do Niemiec, nie mówiąc o duszach, które powędrowały do pana Boga. Po wojnie, kto mógł i chciał, jeśli żył, to wrócił. Część powędrowała na Ziemie Odzyskane, szukając lepszego bytu. Również miliony Polaków, w tym samym celu powędrowało ze wsi do miast, gdzie osiągało nieporównywalnie wyższy standard życiowy. Porównując warunki życia na ówczesnej wsi do miastowych, mówiło się: chłopie, tu to jest życie, całkiem inny świat: radio ci gro, a w porcelane się sro...
Siedząc wygodnie, dobrze jest sobie tak gadu, gadu, a przecież zostawiliśmy naszego pierwszego historycznego władcę - Mieszka, w wielce skomplikowanej sytuacji. Zachód Europy był zjednoczony w ówczesnej Unii Europejskiej pod scentralizowaną i uwaga, chrześcijańską władzą, a w Polsce co? Wredne pogaństwo! A więc, tak jak było u nas dziesięć lat temu. Na Zachodzie wolność i demokracja, a u nas: "komuna". W takiej sytuacji mądry nasz władca, żeby zachodnia potęga się nie czepiała, wziął i uroczyście, ze sobą na czele dał się z Polską ochrzcić. No i dobrze, ale pogaństwo nie zniknęło jak za dotknięciem różdżki, przecież zakorzenione było przez tysiące lat. Na szczęście, w przeciwieństwie do chrześcijańskich struktur władzy, poganie nie mieli zorganizowanego według hierarchii kapłaństwa. Toteż, upłynęło parę wieków zanim nowa władza, jako tako okrzepła. W dodatku, że w tedy, w Polsce w ogóle nie było seminariów duchownych, a więc brakowało kapłanów, łatano więc dziury zakonnikami i innymi importowanymi z Zachodu doradcami. Zresztą, trzeba wiedzieć, że kiedy Kazimierz Wielki stworzył Akademię Krakowską, nie było tam wydziału teologicznego. Stąd też uczelnia ta swoją historię ma głoszoną, dopiero jako Uniwersytet Jagielloński, to jest od czasów utworzenia tam przez królową Jadwigę wydziału teologicznego.
A tak w ogóle, to uczeni dotąd głowią się nad mitologią Słowian, a to dlatego, że nie została ona spisana w czasach powstawania i istnienia. Wiadomo, że bóstw ówczesnych był dostatek, a w dodatku, że lokalnie i w zależności od okoliczności, różnie były one zwane. Zresztą, teraz też jest podobnie. Jezus, to nie tylko Jezus, ale Zbawiciel, Chrystus, Odkupiciel. Jego matka - Maria - to Najświętsza Maria Panna, Matka Boska, Matka Boża Jasnogórska, Częstochowska, Fatimska, Kalwaryjska, Licheńska, Piekarska itd.
 
NR 79 (102) 01 LIPCA 1999.
W każdym bądź razie ustalono, że jak Zeus gromowładny w Grecji, takim najważniejszym bóstwem słowiańskim był Perun, zwany też Świętowitem - Rujewitem. Na Rusi nazywano go Światowidem, a wszędzie przedstawiany był z czterema pogańskimi gębami patrzącymi w cztery świata strony, co miało sugerować, że był wszechwidzący. Uczeni nazwę Perun wywodzą od rdzenia "per", co w języku polskim dało pochodną słowu prać, a więc uderzać np. jak piorun. W mitologii Słowian, jak i w/g WC, również nie wolno było wzywać imienia boskiego bez potrzeby, a mogli to robić tylko ludzie starsi, a i najczęściej zmieniając jakąś literę w Jego imieniu. Ten pogański zwyczaj dalej jest dotychczas mocno zakorzeniony. Zamiast wzywać Peruna - mówi się: niech to piorun trzaśnie. Kult tego pogańskiego Boga szczególnie przetrwał na Śląsku, gdzie stale się przewija jako pieron, i proszę zwrócić uwagę, że słowa tego też nie używają jakieś śpiki, ale tylko starsi. Mnie spodobał się czczony na Rugii Świętowid, jako, że w dłoni dzierżył róg napełniony winem, co jest bliskie każdej polskiej naturze i każdemu kapłanowi, a kult ten pogański dalej trwa. Poza Perunem był jeszcze Swarożyc, Swaróg, Radogost, Daźbóg, Trzygłów, Strzybóg, Perepłut, Wołos. A nasz poczciwy dziejopis - Jan Długosz, w XV wieku najwidoczniej chcąc dodać starożytnego, europejskiego splendoru wierze naszych przodków pogańskich, stworzył na wzór mitologii starożytnych - naszą polską, pisząc: "... wiadomo też o Polakach, że od początku swego rodu byli bałwochwalcami oraz że wierzyli i czcili mnóstwo bogów i bogiń, mianowicie Jowisza, Marsa, Wenerę, Plutona, Dianę i Cererę, popadłszy w błędy innych narodów i szczepów. Jowisza zaś nazywali w swoim języku Jessą, wierząc, że od niego jako najwyższego z bogów przypadały im wszystkie dobra doczesne i wydarzenia zarówno niepomyślne, jak i szczęśliwe (...). Marsa nazywali Ładą. Wyobraźnia poetów uczyniła go wodzem i bogiem wojny. Modlili się do niego o zwycięstwo nad wrogami oraz o odwagę dla siebie, cześć mu oddając bardzo dzikimi obrządkami. Wenerę nazywali Dzidzileylą i mieli ją za boginię małżeństwa, więc też upraszali ją o błogosławienie potomstwem i darowanie im obfitości synów i córek. Plutona nazywali Niją uważając go za boga podziemi i stróża oraz opiekuna dusz, gdy ciała opuszczą. Do niego modlili się o to, aby wprowadzeni byli po śmierci do lepszych siedzib w podziemiach (...). Dianie natomiast, uważanej (...) za niewiastę i dziewicę zarazem matrony i dziewice oddawały cześć przez składanie przed jej posągami wieńców. Rolnicy zaś i prowadzący gospodarkę rolną czcili Cererę, na wyścigi składając jej w ofierze ziarna zbóż. Za bóstwo uważali także "pogodę" i takoż zwali je Pogodą, czyli dawcą pogodnego powietrza. Był też bóg życia zwany Żywie. A jako że państwo Lechitów wydarzyło się powstać na obszarze zawierającym rozległe lasy i gaje (...) i że Diana rości sobie władztwo nad nimi, Cerera zaś uważana była za matkę i boginię urodzajów, te dwie boginie: Diana w ich języku Dziewanną zwana i Cerera zwana Marzanną cieszyły się szczególnym kultem i nabożeństwem.
 
NR 80 (103) 16 LIPCA 1999.
"Tym więc bogom i boginiom stawiali Polacy świątynie i posągi, ustanawiali kapłanów i dawali ofiary, wreszcie gaje ogłaszali zaś święte (...) swoim bogom tutaj składali ofiary i całopalenia z bydła i trzód niekiedy zaś z ludzi wziętych do niewoli, wierząc, że ofiarami ubłagają mnóstwo rozmaitych gminnych bóstw. Na ich cześć ustanawiane były i urządzane igrzyska w pewnych porach roku, dla przeprowadzenia których nakazywano zbierać się w miastach tłumom mieszkańców obojga płci ze wsi i osiedli. Odprawiano zaś je przez bezwstydne i lubieżne przyśpiewki i ruchy, przez klaskanie w dłonie i podnietliwe zginanie się oraz inne miłosne pienia, klaskanie i uczynki przy równoczesnym przywoływaniu wspomnianych bogów i bogiń z zachowaniem rytuału (...) Obrządek igrzysk, raczej niektóre jego szczątki powtarzane są co roku..."
Tak to pięćset lat temu J. Długosz przedstawiał przeszłą i współczesną jemu wiarę naszych przodków. W jego czasie, z innych zapisów kościelnych wiadomo, że kler narzekał, iż ludzie o ustroniach modlą się do tego przeklętego Peruna, statuty kościelne nakazywały władzom duchownym chwalić Boga w Zielone Święta, a nie bożków pogańskich tańcami i śpiewaniem. Inny kościelny tekst głosi, że "... dziewczęta przez cały rok nie chodzą do kościoła, a w zielone święta czczą bałwany.". Trzeba wiedzieć, że pogańskimi składnikami obrzędów był śpiew, ruch, tańce, korowody i inne procesje. A my tysiąc lat temu ochrzczeni co teraz robimy? Dalej to kontynuujemy. Nasi prapoganie, w okresie wiosennej równonocy, a więc współczesnej Wielkanocy malowali jaja, jako symbol przetrwania i odradzania się życia, czyli robili pisanki i kultywowali obrzęd oczyszczania. My też malujemy i śmigusujemy-dyngusujemy się. A świętojańskie palenia ognisk i puszczanie wianków - toż to nic innego, tylko obrzędy ku czci pogańskiego Kupały.
Słowiańscy prapoganie, poza glebą, uprawiali również kult dusz zmarłych i dotąd ten kult przetrwał, a poza innymi, jego przejawem jest stypa pogrzebowa, która po staropolsku zwała się strwą. Wierzono, że poroża zwierzyny płowej, kły dzicze itp. bronią od uroków. Teraz tylko myśliwi kultywują ten pogański zwyczaj, wieszając w domu w/w szczątki zwierzęce, z tym, że nazywają je trofeami.
W czasach pogańskich istniało mnóstwo duchów w domach, lasach i w ogóle w przyrodzie. A, że świątyń nie było za wiele, jako miejsca zamieszkania bóstw uważano w naturze święte gaje, jak również pojedyncze drzewa, szczególnie dęby, w których rezydował Perun - siło i życiodajny. Stąd i obecnie komplementując mężczyznę mówi się: chłop jak dąb, a j.. jak żołędzie.
Z duchów domowych wymienię tylko skrzaty, kiedyś zwane bożętami, które spychane przez chrześcijaństwo do niebytu przemianowane zostały na ubożęta. Jako katolik, nie wierzę w to, ale jestem dalej przekonany, że te ubożęta, obecnie zwane krasnoludkami - są na świecie, szczególnie tam, gdzie są małe dzieci. Trzeba wiedzieć, że ubożęta - krasnoludki, poza opiekuńczymi i prorodzinnymi działaniami lubią sobie poswawolić: to coś stłuką, poplamią, spowodują zniknięcie czegoś, wyjedzą coś itp.. Pytając dziatwę, kto to zrobił? - usłyszymy: ja, skąd?! Jest więc rzeczą oczywistą, że zrobiły to krasnale.
 
NR 81 (104) 03 SIERPNIA 1999.
Były i są też złe duchy domowe. Przed nimi za pogaństwa broniło domy sześciopromienne koło - znak pioruna - Peruna. Dotąd nie ma na Ziemi Wadowickiej starego drewnianego domu, w którym w głównej izbie nie byłoby belki sufitowej z wyciętym na niej tym pierońskim znakiem. Zgodnie z zasadą Panu Bogu świeczkę, a diabłu ogarek, na wszelki wypadek obok na tej belce figurują słuszne w/g WC napisy. Z drobniejszych pogańskich pozostałości warto przytoczyć sposób na zapobieganie zauroczeniu przez stukanie w niemalowane drewno, zamiast pukania się w czoło. Niektórzy chronią się przed urokami: tfu, tfu, tfu - trzykrotnie spluwając, nie bacząc, że kiedyś można to było robić na podłogę, bo była to polepa, a teraz są dywany. Mając nadzieję, że nie obrażę niczyich uczuć religijnych, podam dla formalnego porządku, że za czasów pogańskich też byli kapłani - pośrednicy pomiędzy wyznawcami, a Bogiem, czy bogami. Kontynuacją pogańskich - kapłańskich zasad jest też wymuszanie dobrowolnych ofiar. Teraz robione to jest w imię i na rachunek Boga. Wszak dziękując za ofiarę, kapłani każą Mu za to płacić, mówiąc: Bóg zapłać. Ta formuła zwalania długów, czy zobowiązań na Pana Boga, ma również zastosowanie, gdy kapłan za zebrane datki - ofiary kupi sobie drogi, zagraniczny samochód. Nie ma się tu czego czepiać, gdyż kapłani całym swoim życiem chwalą Boga, a jeżdżąc marnym samochodem chwaliliby Go marnie, a nie luksusowo.
Kończąc te opisywane ze wstrętem - gdyż pogańskie - obyczaje, wezmę się za pogańskie stworzenie świata w/g WP, czyli wartości pogańskich. Otóż w/g mitologii słowiańskiej, na początku była tylko woda, po której w łodzi pływał Bóg z diabłem. Musiało to być nużące, więc umyślili sobie przybić do brzegu, a że tego nie było, Bóg kazał diabłu skoczyć i dać nura na dno i przynieść piachu, jako surowca do stworzenia ziemi. Ten skoczył wziął z dna w garść tego piachu, ale po drodze woda wypłukała go z szatańskich łap. Wobec tego Bóg kazał mu nabrać piasku do pyska i zamknąć go w nim. Ten uczynił jak Bóg kazał i dzięki temu została stworzona ziemia. W/g podanego opisu, była ona krągła i gładka jak pupka niemowlęcia w pampersach. Jednak Bóg spostrzegł, że diabeł - złodziejskie kapitalistyczne nasienie - przywłaszczył sobie i zatrzymał w pysku część piachu. Prasnął go więc pięścią w potylice, piasek wyleciał z pyska i tak powstały góry. Oczywiście, jako katolik nie wierzę w tę wersję, ale jestem przekonany, że w stworzeniu naszego podłego świata, diabeł maczał swoje pazury. Mit powyższy nie podaje, jak została stworzona reszta świata z człowiekiem na czele. Jednak czytając Stary Testament warto zwrócić uwagę na to, że Stwórca przez cały czas tworzenia występował w liczbie pojedynczej, a dopiero ogłaszając zamiar ulepienia człowieka, powiedział w liczbie mnogiej: "... uczyńmy człowieka na obraz i podobieństwo nasze." Z tego może wynikać, że do tej wytwórczości powstała jakaś spółka, chyba z ograniczoną odpowiedzialnością, gdyż jej produkty, czyli my - ludzie, dalecy jesteśmy od prototypu, czyli boskiego obrazu, a często jest to obraza boska, a nie obraz.
 
NR 82 (105) 17 SIERPNIA 1999.
A tak w ogóle, to wstrętne pogaństwo, w przeciwieństwie do chrześcijaństwa uprawiało idolatrię. Nazwa to pochodzi od słowa idol, gdyż tak w starożytnej kulturze śródziemnomorskiej określano obraz, figurę, czy jakiś posąg kultowy. Poganie słowiańscy, zamiast nazwy idol, przyjęli swojskie określenie - bałwan i stąd po naszemu idolatria, znaczy tyle samo co bałwochwalstwo. Z tym, że u naszych pogan, kiedyś, hen dawno temu, słowo bałwan było wieloznaczne i oznaczało również siłacza, bojownika, czy słupy na ich cześć stawiane oraz oznaczało głupca. Do czasów obecnych zachowało się tylko ostatnie określenie. Bałwochwalstwo było obrzydliwą rzeczą, dlatego misjonarze, krzewiąc prawdziwą wiarę, bezlitośnie niszczyli wszelkie bałwany, a więc idole, czyli posągi i dlatego tak mało zachowało się ich do naszych czasów. A bałwochwalstwo już od zarania naszej chrześcijańskiej wiary było potępiane. Stary Testament, opisując bardzo ważne wydarzenie, jakim było danie Żydom przez Boga Dekalogu, podaje, że w czasie, gdy Mojżesz przez dłuższy czas mozolił się na górze Synaj, wykuwając w kamieniu przykazania, Żydzi odlali sobie idola, czyli złotego cielca. Gdy Mojżesz zszedł z Góry, zapewne w pocie czoła taszcząc ciężkie kamienne tablice i zobaczył cielca, tak się w nerwił, że prasnął nimi o ziemię. Widocznie miał dużo krzepy, a gleba była twarda, gdyż tablice się rozbiły i Mojżesz, po raz wtóry musiał zatrudnić się jako kamieniarz na górze Synaj i wykłuć drugie. Zresztą, z tym Dekalogiem jest coś nie tak. Żydzi mają w nim inne od nas drugie przykazanie, które zakazuje im oddawania czci jakimkolwiek wizerunkom, a więc obrazom, posągom. I przestrzegają tego boskiego prawa. W ich świątyniach, synagogach, bożnicach, jak i w domach, za żadne skarby nie uświadczysz żadnych wizerunków tego, komu oddają boską cześć. W chrześcijaństwie natomiast, nie jest głoszone takie przykazanie Dekalogu, co jest zbędne, gdyż jak widać nie ma bałwochwalstwa. Nie oddaje się czci żadnym posągom, obrazom, czy ich pustym ramom. Kiedyś, nie dawno, widziałem na wadowickim rynku, jak niektórzy wycieczkowicze całowali w przyklęku tron, na którym siedział Papież, gdy ostatnio bawił w swoim rodzinnym mieście. Ale niech ręka boska broni tego, który ośmieliłby się mówić, w związku z wyżej wymienionymi posągami, obrazami, czy tronem, że jest bałwochwalstwo. Tak samo nie wolno publicznie głosić, że np. perygrynująca kiedyś rama od obrazu była brzydka. Profan głoszący coś takiego, zostałby zaraz postawiony przed prokuratora i niezawisły sąd, a następnie skazany za obrazę uczuć religijnych. Na poparcie powyższego ostrzeżenia podaję, że kiedyś jakiś Żarek napisał w "NS", że namalowana przez władców wadowickich jakaś postać, to "maszkara". Chociaż obraz nie był poświęcony, artykuł tegoż Żarka, a z nim Naczelny "NS" zostali sądownie skazani. Nic to, że obraz ten, powisiawszy sobie w rynku, został następnie zniszczony i z użyty na inne cele. To nie jest ważne. To nie obraziło niczyich uczuć religijnych. Najważniejsze jest to, że "dzieło" namalowane zostało przez władców wadowickich. Poruszyłem ten temat ze względu na to, że wadowickie śmietnisko zostało poświęcone i żyję w rozterce, co robić ze śmieciami? Przecież wyrzuca się różne świństwa, i kiedy pomyślę, że będą one składowane na poświęconej ziemi, oblatuje mnie strach. Nie tylko przed Bogiem... Wszak mogę być uznany, tak jak każdy inny wyrzucacz śmieci, za profana, obrazić tym czyjeś uczucia religijne i zostać skazany. Ludzie! - nie zgadzajmy się, aby nasze wstrętne śmieci były wyrzucane na poświęconą ziemię!!!
 
NR 83 (106) 01 WRZEŚNIA 1999.
Kończąc pogaństwo prapolskie, z wyrzutami sumienia informuję, że ówczesne, obrzydliwe bałwochwalstwo i inne błędy i wypaczenia tamtej wiary, przedstawiłem na podstawie książki napisanej przez Aleksandra Gieysztora pt. MITOLOGIA SŁOWIAN. Autor, w podanej bibliografii wyszczególnił ponad pięćdziesiąt różnojęzycznych pozycji, z których korzystał, pisząc swoje dzieło. A mnie wstyd, że tak lekko, łatwo i niefrasobliwie - wybiórczo wykorzystałem jego olbrzymi trud.
Współczesne pozostałości praktyk pogańskich, a więc i bałwochwalstwo, przedstawiłem bez podawania źródeł, gdyż jak to wygląda - również na Ziemi Wadowickiej - każdy widzi i słyszy. Nie mówiąc o tym, że bez obrzydzenia kultywujemy takie różne rzeczy.
Wzorując się na słownictwie stosowanym przez współczesnego bogacza, rozdzierającego szaty z powodu biedy w Polsce, zawiadamiam, że "poszłem" i "doszłem" do wniosku, że czas zacząć realizację treści zawartych w tytule niniejszego serialu. Otóż, pierwszym znanym dokumentem wymieniającym nazwę Wadowice, od której powstała nazwa Ziemi Wadowickiej, jest akt oddania się Jana Scholastyka - księcia oświęcimskiego, też Janowi, tylko, że Luksemburskiemu - królowi czeskiemu. Akt ten został podpisany 24 lutego 1327 roku, a wymienia on, że w skład oddającego się w lenno Księstwa Oświęcimskiego wchodziły miasta Żywiec, Kęty, Wadowice i posiadające zamki miasta Zator i Oświęcim. Mając zapisaną nazwę Wadowice, czas zacząć spór, a jeśli ktoś woli, to wadzić się o to, skąd się ta nazwa wywodzi. A. Siemionow w książce ZIEMIA WADOWICKA dowodzi, że nazwa Wadowice ma źródło w Niemczech, gdyż w Saksonii i Turyngii są miasta o identycznie brzmiących nazwach, tj. Wadowitz. A, że A. Siemionow nie wykazuje, że te niemieckie Wadowitze powstały wcześniej od naszych, więc mam na niego haka i sugeruję, że nasze Wadowice powstały wcześniej, gdyż Wadowiczanie wędrując onegdaj na Zachód, tam się osiedlili i po swojemu nazwali osady. Oczywiście, nie ma nic pewnego, ale osobiście obstaję przy tym, że nazwa Wadowice wywodzi się od pewnego rysu charakteru Wadowiczan. Mianowicie, lubią się wadzić między sobą i nie są wolni od wad - czego najlepszym dzisiaj przykładem, obaj redaktorzy naczelni lokalnych wadowickich gazet. No co?! Może nie?! A. Siemionow głosi, że był w Polsce ród rycerski pieczętujący się herbem Wadowice, przedstawiającym dwa pstrągi i z tego miałoby wynikać, że rycerze ci pstrągi te przywieźli z Niemiec, a nie zostały one złowione w Skawie! Dotąd jeszcze w Skawie są pstrągi, a tu widzę próbę wciskania nam niemieckiego kitu. Ostrzegam, że jeśli ktoś odważy się publicznie głosić, że nazwa Wadowice pochodzi z Niemiec - to obrazi moje uczucia patriotyczne, a wtedy z takim typem będem się wadził i pozwę go - a jakże - do sądu i... przegram, bo zapatrywania mam lewicowe, w związku z czym nie jestem u władzy. Gdybym był u władzy, to hej! - wygrałbym na wszystkie strony.
Mając nazwę Wadowice z głowy, twierdzę, że nie wiadomo, kiedy ona powstała. Jeśli w 1327 roku Wadowice były wymieniane już jako opiddum (osada miejska), nazwa ta, choćby nie chciała, to musiała powstać dużo wcześniej, gdyż już wówczas wiadomym uczyniono, że nie była to jakaś wiocha, ale opiddum! Kopidoły, czyli archeolodzy, m.in. na terenie Kleczy i Gorzenia znaleźli monety rzymskie sprzed dwóch tysięcy lat, co dowodzi, że w ówczesnych, rzadko zabudowanych, a gęsto zalesionych terenach Ziemi Wadowickiej, były już ludzkie, zorganizowane siedliska.
 
NR 84 (107) 15 WRZEŚNIA 1999.
Przecież jacyś Rzymianie i inni handlarze, czy rozbójnicy nie wędrowali na naszą Ziemię na grzyby, albo łowienie pstrągów w Skawie, ale dla bardziej konkretnych pożytków, a te mogli mieć tylko w przypadku istnienia osad ludzkich. Właściwie, to praktycznie nie ma znaczenia, czy Wadowice powstały 2000, czy 700 lat temu. Jak historia głosi, na samym początku lat osiemsetnych nowej ery, szczyt swojej potęgi przeżywało słowiańskie państwo-księstwo Wiślan, a naukowcy dotąd się spierają, czy ich stolicą była Wiślica, czy Wawel. Tak jak współcześnie, wtedy również państwa, księstwa rozciągały się, albo gdzieś leżały. Państwo Wiślan rozciągało się na południe po Karpaty, na zachód po Sudety, na wschód po Styr i Bug, a na północ po Pilicę, a więc obejmowało szmat gleby, razem z naszą Ziemią Wadowicką. Polska kiedyś też się rozciągała, ale aktualnie, jak widzimy - już tylko leży. Wracając do Wiślan, mieli oni pecha, gdyż byli poganami, a istniejące wtedy państwo Wielkomorawskie miało szczęście, bo było już ochrzczone. Morawianie ci, mając Boże błogosławieństwo, postanowili przez chrzciny uszczęśliwić Wiślan i uczynili to w sposób wówczas praktykowany, napadając ich i chrzcząc przy użyciu miecza. Państwo Wiślan przestało istnieć, ale dzięki Bogu, jego obywatele stali się chrześcijanami. Sielanka ta nie trwała długo, bo Węgrom nie spodobali się Morawianie, więc ich wycięli ile się dało, tak, że ci pierzchnęli z państwa Wiślan, które się już jako takie nie odrodziło, a z braku chrześcijańskiego okupanta wróciło do pogaństwa. I chyba przez grzech ten paskudny spotkała ich kara. Mianowicie, dla urozmaicenia zostali z kolei pobici przez Czechów. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, gdyż wkrótce znowu zostali ochrzczeni i wrócili na prawidłowe łono. My teraz, żyjąc na Ziemi Wadowickiej, możemy być dumni, a to z tego powodu, że nasze korzenie były dwakroć chrzczone. Ale czy tak, czy tak, mamy to co mamy dzięki różnym okolicznościom i ludziom, którzy decydowali i decydują. U naszego zarania, kiedy funkcjonowały sobie księstwa i księstewka, część zachodnia i północna naszej ziemi dostała się w ręce piastowskich książąt śląskich, a ci różnie się czuli jako Polacy, a niektórzy nawet się zniemczyli. Pod koniec 1200 roku, kiedy Czechami władał król Wacław, zamarzyła mu się korona polska. Stosując odpowiednie argumenty spowodował, że książęta Śląska Opolskiego, z częścią Ziemi Wadowickiej, hołd lenny mu złożyli. Wtedy jeszcze książe Władysław, pan oświęcimski, był udzielnym władcą, gdyż ta część Śląska Opolskiego nie oddała się jeszcze Czechom. A, że czas życia krótki, książe Władysław zeszedł z tego świata, a po nim przyszedł wcześniej wymieniony książę Jan, który jest godny uwagi tylko dlatego, że dzięki podpisanemu przez niego dokumentowi zaistniał pierwszy pisany ślad o istnieniu Wadowic. W tych czasach, w/g J. Długosza, Wadowice wielkim "oppidum" nie były i, o zgrozo! - nie miały nawet własnej parafii, tylko kościół filialny parafii Woźniki. Jak z powyższego może wynikać, Woźniki mogły być ludnościowo wtedy liczniejsze, ale, że nigdzie tego nie zapisano, wiemy tylko tyle co wiemy, co nie zmienia postaci rzeczy, że razem z Wadowicami i innymi siołami, były oddane pod władanie czeskie. Stąd też wtedy językiem urzędowym był czeski i łacina. Z tych czasów, poza nielicznymi naleciałościami z języka czeskiego, pozostała nam w codziennym użyciu tylko łacina rynsztokowa.
 
NR 85 (108) 01 PAŹDZIERNIKA 1999.
Jak widać, początek kończącego się nam tysiąclecia nie był dla Ziemi Wadowickiej atrakcyjny. Władali tu Czesi, cieszyli się z posiadłości i czesili tutejszą ludność. Ziemia ta od zarania nie była ściśle związana z państwowością polską. Mieszko I ochrzcił naszą ówczesną Ojczyznę, jego syn Chrobry, znakomity władca - wojownik, rozciągał granice Kraju jak się dało. Na zachodzie wbijał słupy graniczne w rzekę Sala w Saksonii, na wschodzie szczerbił "Szczerbiec" w Kijowie o Złotą Bramę, która została wybudowana dopiero dwanaście lat po jego śmierci. Ale to nie jest ważne, my mamy "Szczerbiec" - insygnium królewskie. A z tą wyprawą na Kijów było całkiem inaczej, niż z wyprawą Piłsudskiego. Odbyło się bez "Cudu nad Wisłą". Chrobry ruszył w tamtą stronę, bo się wnerwił na tamtejszego księcia Rusinów - Jarosława Mądrego, który jak się okazało, nie był taki mądry. Mianowicie, Chrobry chciał całkiem legalnie i po bożemu ożenić się z siostrą Jarosława Predysławą, a ten mu jej odmówił. No to Chrobry ze swoimi wojami najechał, i jak to było w ówczesnych rycerskich zwyczajach - złupił i zniszczył co się dało. Z Predysławy, jako żony, zrezygnował, uczyniwszy z niej ponoć nałożnicę, a przez kilka miesięcy słał do Polski wozy z łupami. Najprawdopodobniej w czasach Chrobrego Ziemia Wadowicka wróciła na krótko do macierzy, bo nasz król doszedł do wniosku, że trzeba mu być królem Czech. Jak doszedł, tak poszedł i przez rok tam rządził, ale Pepiki podjudzane przez Niemców i przy ich pomocy, wygryźli go z posady w Pradze. Podając fragmenty z życia Chrobrego warto zacytować Galla - autora Kroniki Polskiej, dotyczące królewskiej troski o krzywdzonych: "... gdy mianowicie ubogi wieśniak lub jakaś kobiecina skarżyła się na którego z książąt, lub komesów, to chociaż był ważnymi sprawami zajęty (...) nie pierwej ruszył się z miejsca, aż po kolei wysłuchał skargi żalącego się". I nie ma w tym nic dziwnego, Chrobry był królem Polski, a nie Panią Burmistrz Wadowic, która jak podałem w sprawozdaniu z sesji Rady Miejskiej, poinformowała radnych, żeby z różnymi sprawami nie zwracali się do niej - gdyż nie ma czasu.
Po Chrobrym nastał Mieszko nr II, który też był zacnym i wojowniczym królem, też dawał sąsiadom popalić, ale szczęście mu nie sprzyjało i oni mu popalić też dawali. Na dodatek Czesi podstępnie go schwytali i rzemieniami skrępowali mu genitalia tak, że nie mógł już płodzić. Jeszcze więcej musiał tyrać i walczyć o wielkość Polski wcześniej spłodzony przez niego Kazimierz, nazwany za swoje zasługi Odnowicielem. Zacząwszy po Mieszku II odnawianie, musiał on uchodzić z kraju, bo jak pisze Gall: "... i gdy tak wielkie krzywdy i klęski znosiła Polska od obcych, nierozsądniej wszakże i sromotniej dręczona była przez własnych mieszkańców. Albowiem niewolnicy powstali na panów (...) sami sie do rządów wynosząc, a jednych (...) w służbie dla siebie zatrzymawszy innych pozabijawszy pobrali ich żony w sprośny sposób (...). Nadto jeszcze, porzucając wiarę katolicką (...) rozpoczęli bunt przeciw biskupom i księżom Boga; niektórych z nich mieczem zgładzili (...) innych ukamieniowali". Na taką Polskę napadli Czesi, Prusowie i Pomorzanie. czesi napadli, złupili i zniszczyli Poznań, Gniezno skąd - podli nekrofile - zrabowali nie tylko złoty krzyż ufundowany przez Mieszka I, ważący trzy razy tyle, co królewska osoba i inne kosztowności, ale zrabowali też szczątki - relikwie św. Wojciecha, przez co zostaliśmy bez
Świętego.
 
 
NR 86 (109) 15 PAŹDZIERNIKA 1999.
Wydawać by się mogło, że to już koniec królestwa, ale cesarz niemiecki dał Kazimierzowi 500 rycerzy, z którymi ten na dobry początek zajął Wielkopolskę, a część Polaków zaczęła się budzić i pomagać mu, więc zajął też ziemię dawnych Wiślan, czyli Ziemię Wadowicką - z Krakowem, który uczynił stolicą.
Po nim zakrólował nam Bolesław Śmiały, którym w/g Galla: "... kierował nadmiar ambicji i próżności (...), a sam będąc pomazańcem (Bożym) nie powinien był drugiego (pomazańca) za żaden grzech karać cieleśnie. Wiele mu to bowiem zaszkodziło gdy przeciw grzechowi grzech zastosował i za zdradę wydał biskupa na obcięcie członków. My zaś ani nie usprawiedliwiamy biskupa - zdrajcy, ani nie zalecamy króla". Oczywiście chodzi tu o biskupa - Stanisława, który porąbany na kawałki w 1079 roku, został kanonizowany po upływie ponad 170 lat, gdy jego sprawa jako zdrajcy zaschła, a w międzyczasie działy się cuda. Współcześni nasi prawicowcy też chcieli zrobić bohatera z niejakiego Kuklińskiego, który poza tym, że był wysokim rangą i znaczeniem oficerem polskim, był również agentem wywiadu amerykańskiego, a więc zdrajcą. Ale nie wyszło, bo sprawa jeszcze nie przyschła i cudów nie było!
Wracając jednak do Bolesława Śmiałego, który obrzucony klątwą musiał wyemigrować z Polski, warto podać, że istnieje podanie, iż szlachta stanowiąca orszak przyboczny tego króla została skazana na banicję i osiedliła się w Leńczach. A działo się to po 1079 roku. Przyjmując to podanie za prawdę, można twierdzić, że Ziemia Wadowicka nie należała wtedy do Polski, gdyż banici wędrowali przecież za granicę, a Leńcze, chociaż nie wyglądają na to, są dużo starsze.
Zgodnie z ówczesnym prawem, po Bolesławie Śmiałym zasiadł na tronie jego brat - Władysław Herman, który przed ożenkiem z Judytą czeską miał z inną niewiastą syna z nieprawego łoża - Zbigniewa. Poza tym, że Herman był nieudolny, miał sieciecha, który był palatynem, a więc czymś w rodzaju współczesnego kanclerza, a w dodatku był kochankiem Judyty. Jak Herman, sieciech i Judyta to robili - nie wiadomo, w każdym bądź razie królewskie stadło nie miało potomka - prawowitego następcy tronu. W związku z tym Gall opisuje jak to się stało, że na świat przyszedł prawowity następca tronu - Władysław, nazwany później Krzywoustym. Otóż, wysłano aż do Prowancji, do tamtejszego zakonu pod patronatem św. Idziego delegację, która zawiozła tam jako dary posążek ze złota wielkości dziecka, złoty kielich, złoto, srebro, płaszcze i święte szaty. Św. Idzi był bowiem znany, że potrafi zrobić to, czego Herman nie mógł. Oczywiście nie za darmo, gdyż jako święty miał duże potrzeby materialne. No i stało się - Judyta powiła dziecię - Krzywoustego. Historycy spierają się o to, skąd się wziął ten przydomek. Jedni twierdzą, że wykrzywienie gęby naszego wybitnego króla było spowodowane tym, że od najmłodszych lat patrząc na warcholstwo swoich ziomków, nie mógł zdzierżyć tego i odpowiedni grymas nosił na twarzy. Inni utrzymują, że krzywoustość powstała w wyniku przebytego w dzieciństwie jakiegoś schorzenia np. wrzodowego. Feler ten jednak nie przeszkadzał Krzywoustemu być wielkim i skutecznym wojownikiem o wielkość Polski, czego nie potrafią współcześni władcy Rzeczypospolitej, ze ślicznymi prostymi ustami.
 
NR 87 (110) 30 PAŹDZIERNIKA 1999.
Krzywousty - oczywiście Bolesław, a nie Władysław, jak podaliśmy w poprzednim numerze, za co przepraszamy - walczył z Niemcami, Czechami, Pomorzanami. Z tymi ostatnimi bił się o szeroki dostęp do morza i zapewnienie Polakom świeżych ryb, co potwierdza rycerska pieśń z tamtych czasów zanotowana przez Galla: "... Naszym przodkom wystarczały ryby słone i cuchnące, my po świeże przychodzimy w oceanie pluskające... ".
Najwięcej problemów miał Krzywousty ze synem pierworodnym swojego ojca - Zbigniewem, który chociaż z nieprawego łoża, rościł sobie książęce pretensje terytorialne. Pomimo, że Krzywousty odstąpił mu kawał Polski, ten ciągle, przy wsparciu Zachodu, knuł przeciwko niemu. Dochodziło do walk zbrojnych między braćmi, które ostatecznie zakończyły się klęską Zbigniewa i wygnaniem go z kraju. Ten jednak dalej, przez swoich adwokatów zachodnich, dochodził świętego prawa własności, aż wreszcie Krzywousty uległ i przebaczył Zbigniewowi wredne knowania. Ten triumfalnie wrócił do Polski, licząc na reprywatyzację. Krzywousty przyjął go zgodnie z zasadami staropolskiej gościnności. A, że widocznie Zbigniew miał coś z oczami, skierował go na leczenie do chirurgów - okulistów, którzy wydłubali Zbigniewowi oczy. I owszem, operacja się udała, ale pacjent umarł. Winą za to obarczono Krzywoustego, ale, że ten płacąc świętopietrze jak Bozia przykazała, miał lepsze od Bolesława Śmiałego chody u hierarhii kościelnej. Nie został wyklęty, i skończyło się na pokucie. Odziewał się we włosiennicę, pościł, boso poszedł do Gniezna, do grobu św. Wojciecha, odbył pielgrzymkę pokutną, już w butach, też do grobu, ale św. Idziego. Podany powyżej przykład na postępowanie z domagającymi się, tak jak Zbigniew - reprywatyzacji, był jak się okazało skuteczny, ale niestety, nie do zastosowania współcześnie - chociaż przy obecnym stanie służby zdrowia mógłby być całkiem realny. Ostatecznie Krzywousty, zjednoczywszy i umocniwszy Polskę, podzielił ją testamentem pomiędzy swoich czterech synów. Dotąd jeszcze część historyków wiesza psy na Krzywoustym za to rozbicie dzielnicowe, a ja się pytam, co on innego mógł zrobić, chcąc dostosować Polskę do standardów europejskich, gdzie obowiązywały księstwa i księstewka oraz uratować swoich synów przed operacją okulistyczną? Na pewno nie byłoby rozbicia dzielnicowego, gdyby miał tylko jednego syna, ale zachciało się jemu mieć ich czterech. I tak dobrze, że nie ośmiu, czy dziesięciu, bo wyobraźmy sobie, co by to wtedy było za rozbicie? Chociaż owo wyobrażenie nie jest znowu takie trudne, bowiem współcześni nam dowiedli, że można Polskę rozbijać na 49 bądź 16 dzielnic.
 
NR 88 (111) 16 LISTOPADA 1999.
Okazuje się, że nie tylko idąc, ale nawet grzebiąc, można dojść. Otóż, grzebiąc w historii doszliśmy do Bolesława Krzywoustego, który nawojowawszy się, żeby Polska była Polską - na koniec pracowitego żywota, przed zejściem z tego świata w 1138 roku, jak wiemy, podzielił ją przedśmiertnym statutem pomiędzy czterech synów, z których każdorazowo najstarszy miał sprawować zwierzchnią władzę nad pozostałymi braćmi. Po śmierci tego seniora, następny - najstarszy, miał prawo czynić to samo. Działo się to w czasach, gdy w Europie ukształtowało się "unijne" prawodawstwo feudalne, którego głównym osiągnięciem była koncentracja przez możnych podstawowego wtedy środka produkcji i utrzymania, jakim była ziemia. Dzięki temu ówcześni drobni kapitaliści rolni zostali pozbawieni gleby, a nie mając ksiąg wieczystych, nie mogli dochodzić świętego prawa własności. I w zasadzie warstwa wolnych chłopów znikła jako właściciele, ale zaistniała jako płatnicy świadczeń w naturze i robociźnie na rzecz feudalnych panów. Możni nie byli specjalnie zainteresowani silną władzą centralną, bo ta w interesie ogólnopaństwowym wymuszałaby od nich odpowiednie podporządkowania się. Tu i teraz, mniej więcej od dziesięciu lat, współcześnie dzieje się podobnie. Bogaci się mała liczba możnych, a przybywa biedniejących, płacących w formie podatków "feudalny" haracz, a podatkowy książe - Balcerowicz, chce jeszcze ulżyć... bogatym.
Wracając do czasów Krzywoustego trzeba wiedzieć, że ówczesna Polska nie miała trwałych granic, gdyż zmieniały się one dosyć często. Mimo tego naukowcy wyliczyli, że w początkach państwa polskiego, pod względem ilości ludności byliśmy na siódmym miejscu w Europie, a ilość głów na przestrzeni trzech wieków wzrosła z około 0,7 miliona, zaledwie do około 1,25 miliona. Liczby te dotyczą trzonu Polski, tj. Wielkopolski, Małopolski i Mazowsza. Powierzchnia ówczesnej Polski za czasów Bolesława Chrobrego wynosiła około 333 tys. km2, co daje średnią obsadę 0,333 osoby na km2. Wykazany powyżej mały przyrost naturalny nie wynikał jednak z tego, że ludzie mieli daleko do siebie, ale z tego, że nie było kas chorych. Występowała wtedy bardzo duża śmiertelność z przyczyn naturalnych, ludzi brały różne choróbska, jak np. tyfus, dżuma, czy też cholera. Poza tym ciągłe wojny i wojenki, rozstrzygane w imię boże przy pomocy miecza, robiły swoje. Wszak agresorzy nie pieścili się z tubylcami, a jeśli już, to tylko z płcią odmienną. Jest to trochę dziwne, bo obecnie są kasy chore, nie ma wojen, a przyrost naturalny spada stale, od czasów rozwalenia systemu totalitarnego. Ale jest prawdą, że ludzi obecnie coraz bardziej bierze cholera, ale nie jako śmiertelne choróbsko, tylko tak w ogóle na to wszystko. Chcielibyśmy mieć nadzieję, że tyfus z dżumą do tej cholery nie dołączą.
Dla porównania z zamierzchłymi czasami, podam jak te sprawy ludnościowe wyglądają aktualnie w powiecie wadowickim - ale to już w następnym numerze.
 
NR 89 (112) 30 LISTOPADA 1999.
Powiat wadowicki liczy sobie 658 km2 powierzchni wszelkiej, na której żyje coraz smutniej 153 tys. mieszkańców, co daje 233 osoby na jeden km2. W sposób naturalny przyrasta nas, w/g danych 1997 roku, 3,2 szt. na 1000 mieszkańców. Najwięcej pod tym względem starają się mieszkańcy gmin: Wieprz ma 7,5 promile, Spytkowice - 6,2, w Wadowicach i okolicy - 5,4. Najmniej wydajni są mieszkańcy gmin Brzeźnica i Kalwaria Z., gdyż tam nic nie przyrasta, a ubywa rocznie 0,2 promile. A najsmutniejsze jest to, że w mieście Kalwaria - Maryjnym Sanktuarium, przyrost naturalny jest ujemny i wynosi (-) 5,8 promile, co znaczy, że w każdym roku, z każdego tysiąca mieszkańców ubywa prawie 6 osób. Jak tak dalej pójdzie, to za 160 lat zostaną tam sami zakonnicy, zakonnice i księża. Zostawiając te "święte" osoby w spokoju, ciekawe jest jednak, jak pozostali Kalwarianie tego nie robią? Miasto prawie, że święte, tysiące pielgrzymów, zakaz aborcji, używania pigułek, prezerwatyw, społeczność chrześcijańska, a więc jeśli to robi, to tylko prokreacyjnie!? A tu ubywa, przecież chyba nie przestali? Jednak nie powinno się wnikać we wszystkie szczegóły życia ludzkiego, a w tym przypadku wtrącać się do tego, co robią małżonkowie w łóżku, bo takie wtrącanie się charakteryzuje zasadę totalitaryzmu.
My wróćmy jednak w przeszłość. Otóż, po Krzywoustym panował Władysław nr II, który chyba był normalny, czyli niczym się nie wyróżniał, gdyż nie otrzymał żadnego przydomka. Po nim następni władcy - książęta, bo niekoronowani, wszyscy kolejni wyróżniali się. A więc był Bolesław ze stosowną czupryną, gdyż otrzymał przydomek Kędzierzawego, następnie Mieszko Stary, Kazimierz Sprawiedliwy, Leszek Biały, Władysław Laskonogi, Leszek Biały, po nim Mieszko Plątonogi i po raz trzeci Leszek Biały, który powinien mieć przydomek nie tyle Biały, co Uparty, tak samo jak jego następca Władysław Laskonogi, który po raz wtóry usiadł na tronie. No, ale stop - gdyż wcześniej doszliśmy do czasów - z których datuje się pierwsza wzmianka dotycząca Ziemi Wadowickiej. Jest to zapis darowizny dokonanej przez Jaksę Gryfitę, odnoszący się do Babicy, a datowany na XII wiek, czyli, że mogło się to dziać już za Bolesława Krzywoustego.
Właściwie takie zapisy są ważne głównie z tego powodu, że chociaż ludziska żyli sobie gdzieś od kilkuset lat, ale jeśli nie ma tego na papierze, to fakt ten się nie liczy. Np. nie wiadomo od kiedy, tam gdzie teraz jest wieś Koziniec, osiedli, jak się przypuszcza - Wołosi. W/g folderu wydanego przez współczesnych działaczy z Kozińca, wychodzi na to, że wieś ta, jako gromada powstała w 1540 roku, a w 1564 roku mieszkało tam trzech kmieci i był sołtys - Wacław. Wychodzi na to, że w roku 2000 Koziniec będzie miał 460 lat. Nie jest to może całkiem okrągła rocznica, ale dzięki jakiemuś zapisowi jest okazja do świętowania jubileuszu, do którego Koziniec poważnie się przygotowuje. Z tego faktu jasno wynika, że pewne zapisy są bardzo ważne, gdyż bez nich nie byłoby okazji do organizowania jubileuszy, zwykle obficie zakrapianych, a ostatnio równie obficie pokrapianych, co znajdzie zapewne swe odzwierciedlenie w obchodach 460 lat Kozińca, a powinno również w obchodach 900 lat Babicy, obok której leżą Wadowice.
 
NR 90 (113) 15 GRUDNIA 1999
Po tym podskoku dotyczącym szesnastowiecznego Kozińca i wspomnieniu o staruszce Babicy, wracamy do wieku XII, kiedy to jakiś Jaksa Gryfita część Rogowa (teraz zwanego Rokowem) miał darować Norbertankom na Zwierzyńcu. A wiadomo, że zakonnice to kobiety, czyli po ludowemu baby, stąd ponoć urobiono nazwę Babice, a wcześniej Babycze. Ale według B. Marczewskiego, który sto lat temu wydał książkę pt. "Powiat Wadowicki..." - należy przyjąć, że najstarszy na Ziemi Wadowickiej jest Mucharz. Cytuję za B. Marczewskim: "... Ważna to osada, bo o niej prawią szeroko i daleko, nawet góral z pod Babiej Góry i chłop z Nadwiśla powie ci, że przed wiekami, to praojce jego do mucharskiej parafii należeli bo i tam ku górom, i tu ku Wiśle (kiedy to jeszcze tynieckie wierze nie siedziały na jesiotrowej skale) nie było kościołów, tylko w borach mucharskich nad Skawą i bulowskim nad Sołą. Obie te świątynie przechowały późniejsze piśmienne podania wskazując, iż je święty Wojciech postawił i sam pierwszy spełnił w nich świętą Ofiarę. Wprawdzie dowodami nie można poprzeć tutaj tradycji, ale nie można myśleć - by jakiego fałszowania obawiać się wypadało (...) O pierwszym więc drewnianym kościele jest tradycja, że go r. 996 założył św. Wojciech, gdy szedł z Węgier do Rzymu (...) Odnośnie do samej wsi, mającej w pieczęci muchę, istnieją dwa dokumenta: w pierwszym z nich z r. 1254 zapisuje Bolesław Wstydliwy, klasztorowi zwierzynieckiemu pod Krakowem wieś Mucharz z karczmą i obu brzegami Skawy; w drugim potwierdza w 1389 r. nadanie Jan ks. oświęcimski z powodu, że pierwotny przywilej przy splądrowaniu i spaleniu kościoła przez rabusiów został zatracony. Ten drugi przywilej uważa nazwisko Łebkowski za fałszywy, (...) nakłada bowiem bardzo uciążliwe daniny na wsie odległe o cztery lub pięć mil od kościoła, a nadto zastrzega proboszczowi wyłączne prawo palenia i szynkowania gorzałki, o co wynikło wiele procesów, a najzawilszy z klasztorem Norbertanek na Zwierzyńcu...".
Powyższego "świętobliwego" postępowania Norberatanek i proboszcza mucharskiego nie ma co komentować, warto dla urozmaicenia przytoczyć podanie "O wrotach mucharskich" - "...Jeden z mucharskich plebanów, a było to dawno że hej, odmawiał brewiarz pod lipami na cmentarzu i usłyszał rozmowę dwóch szatanów: "Ej bracie, tryumf wielki, wesele dla piekła, zwycięstwo dla Lucyfera. Oto dziś wieczór, żona Lucyfera, jak jakaś dostojna księżna, będzie u tego kapłana najwyższego, co go Ojcem św. zowią, co to jest w Rzymie biskupem. Jakoś tak swoją sztuczką dostawszy się do niego, uwiedzie go i na cały świat będzie zgorszenie. Rozumiesz?" - i obaj gruchnęli śmiechem aż się od Borowiny odbiło. Na to bogobojny pleban wielkim głosem i czytanymi psalmami zaklina ich, kreśląc znak krzyża świętego: "... o wy zbóje jedne, rozkazuję wam w imię Pana, Boga zastępów, abyście mnie natychmiast do Rzymu zawieźli". Zaklęli i spokornieli na te słowa szatany. Przymuszeni świętymi słowami zaklęcia, zaczęli szukać jakiegoś wehikułu do latania. A czasu do rana było mało. Wyrywają więc z zawiasów drzwi od kościoła, sadzają na nie księdza i dawaj do Rzymu. Przez Słowację, Węgry . I w ostatniej chwili zdążył mucharski pleban, bo już, już diablica w spódnicy do papieża się dobierała. Strzelił ją pleban w rogaty pysk, aż się smołą czarną zalała i wyparowała. Oddawszy zaś pokłon Namiestnikowi Chrystusa, jak przynależało, rzekł: "... Teraz nieprawość wyniosła się z tego świata a oczy moje widziały zbawienie twoje". Wszyscy osłupieli jeno smród siarki się roztaczał. Ksiądz szybko wsiadł na drzwi, a diabły jak błyskawica leciały z powrotem do Mucharza, żeby zdążyć przed pianiem koguta. Już, już świtało i ledwo zdążyli na jednym haku drzwi zawiesić. I tak one wisiały aż je wymieniono na nowe, które robili stolarze ze Śleszowic. A z tych diabelsko-plebańskich zrobili małe drzwiczki do drewnianej kapliczki w Kozińcu, które dali później na dzwonnicę.".
 
NR 91 (114) 31 GRUDNIA 1999.
W latach 1595-1617 proboszczem w Mucharzu był Jakób (pisownia oryginalna) Nojmanowicz - kanonik krakowski, archidiakon pilecki, profesor prawa i szesnaście razy rektor akademii krakowskiej, co za wyjątkiem jego historycznego splendoru - bogactwa Mucharzowi nie przyniosło. Wywodzący się z Wadowic Marcin Wadowita, też doktor, ale teologii, też wielokrotny rektor akademii krakowskiej itp., pamiętając o swoich korzeniach z własnej kiesy stworzył w Wadowicach w 1669 roku fundusz ubogich, celem wspierania piętnastu ubogich i ułomnych. Majątek tego funduszu stanowił jeszcze sto lat temu 13 tys. zł reńskich. A koń kosztował wtedy średnio 100 zł. ren., krowa 40 zł. ren... A więc fundusz wartał 130 koni, albo 325 krów. Niestety wichry historii zmiotły ten fundusz całkowicie i o ile mi wiadomo przed II-gą wojną światową już go nie było. Za czasów PRL wadowickie władze, uznając nie tylko niematerialne zasługi Marcina dla Wadowic, nadały Jego imię ulicy i osiedlu. Nasz Papież, pamiętając o swoich wadowickich korzeniach, też o nich pamięta. Parokrotnie odwiedził Wadowice, a lokalne po PRL-owskie władze nazwały Jego imieniem rynek i szpital. Uczciły nawet Jego rodziców, chrzcząc ulicę Ogrodową ich imieniem.
Wracając do staroci, nie wiem jak komu, ale mnie wychodzi na to, że do najstarszych "udokumentowanych" wsi Ziemi Wadowickiej należą Woźniki. Otóż w 1242 r. miłościwie wtedy panujący Konrad Mazowiecki potwierdza nadanie dla klasztoru w Staniątkach wsi Podłęże w zamian za wieś Woźniki, gdzie w owym wieku istniała już parafia, do której należały Wadowice. Z tego wynika, że Woźniki musiały istnieć, cho, cho, dużo wcześniej.
Następnie wychodzą mi Łączany, które w 1250 r. książe oświęcimski Władysław podarował mnichom w Tyńcu na wyżywienie, gdyż jego syn Włodzimierz, poczuł wolę bożą i zapisał się do tych mnichów, czyli do Bernardynów. W/g zapisów trzynastowiecznych, również wieś Roków jest już wspomniana w dyplomie Bolesława Wstydliwego z dnia 30 maja 1254 r., jako należąca do klasztoru zwierzynieckiego, a Leńcze, w/g dokumentu wydanego w Krakowie 15 maja 1287 r., Paweł - biskup krakowski otrzymał od opata tynieckiego Wojciecha w zamian za dziesięcinę. A dziesięcina była to forma podatku płacona wówczas przez chłopów na rzecz pana - właściciela, w naturze, tzn., że każdy kmiot z użytkowanej powierzchni musiał w każdym roku oddawać co dziesiąty snop zebranego zboża.
Przeskoczywszy, tak po łebkach wiek XIII - widzimy kto wtedy władał wsiami. I jeśli ktoś chce, to podane fakty historyczne mogą mu posłużyć do refleksji, że dzięki umiejętności pisania posiadanej przez kler, potrafili oni zabezpieczać swoje prawa świętej własności. Może też ktoś rozważać, po co zakonom były i są potrzebne takie majętności. Nie ma się co dziwować, gdyż wiadomo, że wszystko to służy większej chwale Bożej.
PS. W związku z tym, że powyższy odcinek jest XXV, a więc jubileuszowy oraz z okazji zbliżającego się 2000 roku, z Redaktorem Naczelnym strzeliliśmy sobie po bańce - czego i Państwu obaj życzymy, łącznie z tym by dalsze koleje Waszego losu i losu Rzeczypospolitej nie strzeliły jak przysłowiowa bańka... nie alkoholowa, ale mydlana...
 
NR 92 (115) 15 STYCZNIA 2000.
Wspomniawszy powyżej Bolesława Wstydliwego wyjaśniam, że jego przydomek wziął się stąd, iż był przesadnie wstydliwy. Jego żona, księżna węgierska Kunegunda, u nas znana jako św. Kinga, miała ponoć zwierzyć się swoim dwórkom: "... jakkolwiek niegodna między niewiastami u mego męża nigdy nic innego nie widziałam prócz rąk samych i twarzy". A w/g Władysława Łokietka Kinga zmarła dziewicą. Nie dziw więc, że wierna mężowi, za świętą została uznana, a Wstydliwy zmarł bezpotomnie, osierocając tron.
W tymże XIII wieku warto wspomnieć, że w 1241 roku, poza innymi połaciami ówczesnego świata, po raz pierwszy szmat Polski zawojowali Tatarzy, a było to takie mongolskie plemię, okrutnie mordujące i łupiące. Na pewno też nawiedzili Ziemię Wadowicką, ale że wtedy nie było na niej bogatych osad czy miast, nasza ziemia ich zainteresowania chyba nie wzbudziła. Stąd też nie ma o ich wizycie znanych mi zapisków. Tatarzy dali się poznać również z tego powodu, że na swoim uzbrojeniu mieli i stosowali gazy bojowe. Ich działanie tak opisuje Długosz: "... buchnęła jakaś para gęsta, dym i wyziew tak smrodliwy, że na rozejściu się między wojskami tej zabójczej woni Polacy mdlejący i ledwo żywi ustali na siłach i niezdolnymi stali się do walki". Kraków jest w tej szczęśliwej sytuacji, że dzięki wizycie Tatarów ma Lajkonika i hejnał z wieży Mariackiej. Obecne władze wadowickie, zazdroszcząc Krakowowi, z każdym dniem mnożą różnych lajkoników, baraszkujących pomiędzy przepisami prawa. Poza tym wymyśliły hejnał odgrywany w każde południe.
Onegdaj podałem, że najwcześniejsze pisemne wzmianki dotyczą m.in. parafii Woźniki, ale jeśli istnieje podanie o św. Wojciechu, który w Mucharzu postawił dwie świątynie i sam spełniał w nich świętą ofiarę, można przyjąć, że przeszło tysiąc lat temu była tam liczna osada, dla której nie starczył jeden kościół. Św. Wojciech został zamordowany w 997 roku, przez niecnych Prusów - lud bałtycki, który dzięki misjom Krzyżaków zniknął z powierzchni, a pozostała po nim tylko nazwa regionu: Prusy. Szukając kolebki Ziemi Wadowickiej można więc przyjąć, że Mucharz był na tej Ziemi pierwszą - liczebnie największą osadą. Sto lat temu wieś ta liczyła 737 mieszkańców, 129 domów i 3 karczmy. Lud tamtejszy zaliczany był do rodu górali. A jak wygląda Mucharz obecnie, to każdy ciekawski może sobie tam pojechać i pooglądać, zapytać o drzwi mucharskiego kościoła, a przede wszystkim posłuchać tragicznej historii zapory. Jest ona o tyle ciekawa, że po II wojnie światowej rozparcelowano tamtejszy majątek obszarniczy pomiędzy chłopów, a następnie ich część wywłaszczono, wykupując od nich gospodarstwa pod mające powstać zaporę i zalew. Za PRL rozpoczęto budowę zapory ale, że była to inwestycja "postkomunistyczna" - aktualnie zaniechano budowy i krocie złotówek poszły na marne. W zamian za to pozostało rozgoryczenie bezsilnych mieszkańców Mucharza i okolicy. Równocześnie nie pozostał, a więc zlikwidowano oddział AZPB i ZPOW, w których okoliczna ludność miała zatrudnienie. Tak więc, mieszkańcy gminy Mucharz mogą się szczycić, że ich siedziba jest kolebką, która niestety ledwo się kolebie, mogą sobie przywrócić herb, mający "w pieczęci muchę". Mogą - i co z tego? Bezrobocie będzie rosło, a rolnictwo upadało. Ale kolebka kolebką, mucha w herbie - muchą w herbie, a beznadzieja beznadzieją!
 
NR 93 (116) 31 STYCZNIA 2000.
Ze smutnej obecnie rzeczywistości powróćmy do XIII wieku, który we fragmentach dotyczących Ziemi Wadowickiej został już przedstawiony. Ale warto również przedstawić z grubsza tło krajowe. Minęły dawno świetne czasy Chrobrego i Krzywoustego. W wiek XIII weszliśmy pod panowaniem Kazimierza Sprawiedliwego, a przez całe 100 lat na stolcu panującego zasiadali tylko książęta, których w sumie było 15. Tylko jednemu z nich udało się ubrać królewskie nakrycie głowy - koronę. Był nim Przemysł II, miłościwie panujący w latach 1291-1296, w tym tylko przez jeden ostatni rok w koronie. Wygryzł go z funkcji seniora - władcy Polski, król czeski Wacław II, który zajmując szmat naszego kraju, ze stołecznym Krakowem i Małopolską, a więc i Ziemią Wadowicką - zrobił się królem Polski. W owych czasach wcale nie łatwo było formalno-prawnie ubierać koronę i paradować w niej zamiast w czapce. W/g praw boskich, opracowanych przez hierarchów kościelnych, pierwszym po Bogu był papież, drugim cesarz, a trzecim dopiero król. Chcąc więc mieć stosowny etat i namaszczenie w postaci koronowania, każdy ubiegający się o to musiał należeć do grona swojaków, pozytywnie rekomendowanych przez krajowych hierarchów kościelnych. Poza tym, ubiegający się nie mógł skąpić darów ku większej chwale bożej, hojnie przekazywanych na utrzymanie etatów kościelnych. Dary te nie mogły być liche, gdyż ówcześni funkcjonariusze kościelni w/g własnego uznania ustalali sobie wysokość wynagrodzenia. Jak widać z powyższego, współczesna nasza prawica miała i ma pełne historyczne uzasadnienie aby w Polsce - teraz demokratycznej - przestrzegać tradycji i wartości chrześcijańskich, o które tak walczą pod hasłem "TKM".
Z naszego kraju przenieśmy się do wielkiego świata - papiestwa. W wybranych fragmentach będzie ono przedstawione na podstawie książki R. A. Haslera pt. "Tajne sprawy papieży". Papiestwo w wiek XIII weszło pod panowaniem papieża Innocentego III (1198-1216), którego wjazd do Rzymu trwał kilka godzin, a nieprzeliczone tłumy owacyjnie go witały. Papież wdzięczny za takie przyjęcie polecił swojemu dworowi, aby ten rozrzucał wśród tłumu monety różne, w tym nawet i złote. Jest więc rzeczą zrozumiałą, że papież chcąc dobrotliwie obdarowywać tłumy, skądś tę forsę musiał wydoić. Poza tym Innocenty uznawany jest za jednego z najwybitniejszych papieży, gdyż stworzył kilkaset aktów prawnych, regulujących funkcjonowanie Kościoła, jako prężnej organizacji. W XIII wieku było jeszcze 17. papieży, w tym Klemens I, który miał dwie córki. W tamtych czasach nie było to zadziwiające, wszak św. Piotr, pierwszy przez Jezusa namaszczony, też nie był bezdzietny i z żoną Joanną miał córkę Petronillę, która zginęła śmiercią męczeńską, gdyż wdała się ideologicznie w ojca i za to została świętą. Do ważnych XIII-wiecznych papieskich wydarzeń zaliczyć trzeba wybory papieża Grzegorza X. Otóż, do tego czasu nie było ustalonego regulaminu wyborów papieża. Gdzieś tam zbierało się kilkunastu kardynałów, którzy dyskutowali na temat, a gdy im się znudziło, wybywali z miejsca obrad, aby towarzysko się rozerwać, zapolować i z różnymi grupami nacisku ustalać przyszłe kontrakty. Ludność w miejscowości, w której kardynałowie radzili była z obowiązana do ich utrzymywania. W związku z tym zdarzyło się, że gdy w Perugii przez 11. miesięcy kardynałowie nie mogli się dogadać, tamtejsza ludność się w nerwiła i zagroziła, że przestanie ich żywić i utrzymywać.
 
NR 94 (117) 17 LUTEGO 2000
.
Wobec zdecydowanej groźby wiernych, odmawiającej utrzymania kardynałów, ci pod groźbą śmierci głodowej wybrali papieżem Klemensa nr III. To wydarzenie nie było jeszcze rekordowe pod względem czasu trwania wyborów papieża. Rekord został pobity w latach 1268-1271 i do tego czasu nie jest poprawiony, kiedy to kardynałowie zjechali się w Viterbo pod Rzymem, aby wybrać papieża, a szło im to tak niesporo, że dopiero po 33. miesiącach trudów wybrali Grzegorza nr X. Prawdopodobnie kardynałowie ci siedzieli by sobie w tym Viterbo nie wiadomo jak długo jeszcze, gdyby nie tamtejsi wierni, którzy mając już powyżej uszu ich utrzymywania, zastosowali restrykcje. Wzięli ludziska i zamurowali w budynku obrad okna i drzwi, pozostawiając tylko jedne otwierane, ale pilnowane, aby żadna eminencja nie wyszła. Kardynałowie oburzyli się na taką niewdzięczność maluczkich i robili swoje, a więc nie wybierali papieża. Wywołało to eskalacje restrykcji. Wyzuta z szacunku do kardynałów ludność rozebrała na budynku dach i stropy, aby do wnętrza lało i wiało, a do konsumpcji, zamiast mięsiwa i wina, podawała tylko chleb, ser i wodę. I to poskutkowało, gdyż jak wiadomo, hierarchowie nie lubieli i nie lubią moknąć, ziębnąć i na dodatek jeszcze jeść byle co. Wybrany w powyższych okolicznościach papież Grzegorz X, aby zapobiec na przyszłość takim ekscesom opracował regulamin wyborów papieża, stosowany bez większych zmian dotychczas, a mieszczący się pod określeniem konklawe. Nazwa ta pochodzi z łaciny: cum clavi - co znaczy mniej więcej - na klucz zamknięte pomieszczenie. Dlatego też od tamtego czasu, konklawe odbywają kardynałowie nie wychodząc z budynku obrad, a że to wyłącznie w męskim towarzystwie może być nudne, więc się spieszą, aby jak najszybciej - wypuszczając biały dym - obwieścić światu: habemus papam - mamy papieża.
Poza tym koniec XIII wieku zapisał się w papieskiej historii wydarzeniem bez precedensu, mianowicie rezygnacją papieża ze swojej godności. Był nim Celestyn V, który wpierw żyjąc świątobliwie, jako pustelnik, asceta i uzdrowiciel, twórca zakonu celestynów, gdy został wyniesiony do tej najwyższej godności, widocznie nie wytrzymał papieskiego, dworskiego przepychu i w nieprzymuszonej woli abdykował. Wszyscy pozostali papieże wytrzymywali aż do śmierci, nie zawsze naturalnej. Historia Kościoła notuje bowiem kilkanaście przypadków zamordowania papieży. Poprzednik naszego ziomka - Jan Paweł I - ogłosiwszy, że zrobi porządek w banku watykańskim - w dniu następnym był już martwy.
Wiek XIII w wielkim świecie zapisał się również nasileniem wypraw krzyżowych. Zaczęło się to dużo wcześniej, mianowicie w 1010 roku, kiedy to Kalif Hakim - wredny muzułmanin władający Palestyną kazał zburzyć kościół Grobu pańskiego w Jerozolimie. Fakt ten słusznie oburzył ówczesnego papieża Sergiusza IV, który przybrał sobie to imię po wyborze na stolec papieski, gdyż przedtem zwał się Bucca Porci, co znaczyło Piotr "świński ryj", względnie Morda. Bucca słusznie uczynił zmieniając swe miano, no bo przecież wielce nieprzystojnie byłoby mówić: Ojciec Święty - świński ryj. Sergiusz, jak by się zwał, zapisał się tym, że zapoczątkował wyprawy krzyżowe.
 
NR 95 (118) 02 MARCA 2000.
Przed wybraniem się na krucjatę, wróćmy do trzynastowiecznej Polski, szarpanej wewnętrznymi walkami o prymaty książęce, co wykorzystywali zewnętrzni wrogowie. Z tegoż wieku pochodzą pierwsze słowa napisane nie w języku łacińskim, czeskim, czy niemieckim, ale po polsku. Mianowicie, zakon cystersów w Henrykowie na Dolnym Śląsku, w tymże XIII wieku prowadził dokumentację kronikarską i jakiemuś skrybie przyszło do zakonnej głowy, aby w księdze opisującej po łacinie różne rzeczy napisać: "DAY UT IA POBRUSA A TI POCIVAY". Jak widać, zdanie to brzmi całkiem po polsku, a z kontekstu i treści wynika, że chłopu przyszła ochota pobrusić, więc babę zachęcał, aby spoczęła. Nie wiadomo, kiedy zrodziła się Bogurodzica Dziewica, pieśń rycersko-kościelna, uważana za najstarszy hymn Polski, ale wiadomo, że zapisana została przez kronikarza Wincentego Kadłubka w początkach XIII wieku. Nawiązując do powyższych wspominków weźmy się za wyprawy krzyżowe, które pod pretekstem wyzwolenia Ziemi Świętej z jarzma muzułmańskiego, pochłonęły niezliczone tysiące ofiar, tak po stronie chrześcijan, jak i oczywiście nawracanych mieczem mahometan. Najsmutniejszym - szaleńczym pomysłem była krucjata dziecięca. Kazano dziatwie w imię boże iść na wyprawę krzyżową - to poszła, padając po drodze jak muchy, z głodu i chorób. Ile ich doszło, nie wiadomo, ale wiadomo, że biedne dzieci, które dotarły do Ziemi Świętej, zostały zwisurmanione w niewoli mułzumańskiej. O polskich wyprawach krzyżowych są bardzo skąpe wieści. M.in. papież Urban II, błogosławiąc krzyżowców, pośród innych narodów wymienił również Polaków. W trzynastowiecznej naszej historii zanotowano, że trzykrotnie panujący, jako senior-książe Leszek Biały, mimo niewątpliwych chęci nie wyruszył na wyprawy krzyżowe. Tłumacząc niemożliwość dopuszczenia się tego zbożnego czynu, zapodał papieżowi, że w Palestynie nie mają ani piwa, ani miodu pitnego, bez których to napojów żaden szanujący się Polak nie może żyć. Ale spotkała go za to kara boska i zginął niesławnie, chociaż czysty. Mianowicie, celem dogadania się z książętami, Władysławem Laskonogim i Henrykiem Brodatym w sprawie scalania Polski przeciwko różnym Czechom i Niemcom oraz warcholącemu Władysławowi Odonicowi - zwanemu plwaczem - spotkali się w Gąsawie. Tam obradowali, zapewne pijąc piwo i miód, po czym zachciało im się zażyć łaźni i wtedy właśnie nastąpił napad przez Odonica zorganizowany. Leszek zwiał z łaźni w stanie w jakim go Bóg stworzył, ale siepacze go dopadli i na śmierć zasiekli. Przez to, półtorarocznym sierotą ostał się znany nam później, jako książe-senior, Bolesław Wstydliwy.
XIII wiek na naszych ziemiach zapisał się również wprowadzaniem - tak jak i teraz to się czyni - norm unijnych, a więc zachodnioeuropejskich. Mianowicie, zaczęto stosować nowe formy organizacji i administrowania gospodarką. Normy te, zwane prawem magdeburskim albo niemieckim, a co nieco zmienione - chełmińskim, wprowadzały uproszczoną, jasną feudalną procedurę fiskalną - czego nie można powiedzieć o dzisiejszej. Zasady te jednoznacznie sprzyjały rozwojowi osad i wsi, które z czasem przekształcały się w miasta. Od tych czasów wywodzi się pojęcie lokacji, która polegała na tym, że właściciel ziemski powoływał "menadżera", zwanego wówczas zasadźcą, a ten sprowadzał osadników i ich zasadzał.
 
NR 96 (119) 15 MARCA 2000.
Na wsi taki osadnik zwany kmieciem, otrzymywał łan gleby i w zależności od tego, czy był to łan chełmiński (albo polski), to wynosił ok. 17 h, a frankoński - 24 h. Zasadźcy na wsi zostawali zwykle sołtysami, w mieście wójtami, a funkcje te bywały na ogół dziedziczne (i chwała Bogu, że tak do dzisiaj nie pozostało). W owych czasach bycie sołtysami, czy wójtami, to była doskonała fucha. Dostawali oni po kilka łanów, nie płacili z tego czynszów, a tylko je egzekwowali, za co zatrzymywali sobie 1/16 wpływów, resztę oddając panu - właścicielowi. Nie dziw, że byli zainteresowani, aby mieć jak najwięcej osadników, kmieci, zagrodników, kupców i rzemieślników. Tak było kiedyś, a teraz sołtysi, co z tego mają, że są sołtysami? Natomiast wójtowie mieli dobrze wtedy i teraz też.
Ówczesne, zachodnie - unijne normy spowodowały, że mijały czasy opłat na rzecz właścicieli, a więc i kleru, w naturze, co bywało zastępowane gotówką, a to sprzyjało wszelkim handlom i jak dzisiaj - korupcji też. Z tej, wprowadzonej z Niemiec mody wszyscy byli na ogół zadowoleni, za wyjątkiem kleru. No bo w/g niemieckich norm, została zlikwidowana dziesięcina snopowa, a po wprowadzeniu ku większej chwale bożej opłat gotówkowych, spadły one dla kleru wartościowo do 1/5. W związku z prowadzaną powyżej reformą, nasza historia zanotowała wielce dramatyczne wydarzenia. Otóż, książe wrocławski Bolesław zwany Rogatką, w 1256 roku, chcąc przekonać tamtejszego biskupa Tomasza I, do zmiany snopów na gotówkę, porwał go w nocy z pościeli, a więc boso i w koszuli, zakuł w kajdany i wsadził do lochu. Rogatka nie wziął przy tym pod uwagę, że taka forma perswazji na okoliczność wprowadzania transformacji, nie spodoba się nie tylko biskupowi Tomaszowi, ale również hierarchii kościelnej. Dlatego też, we wszystkich tamtejszych kościołach ogłoszono klątwę rzuconą na księcia, a papież Aleksander IV, dowiedziawszy się o jego bezeceństwach, ogłosił przeciwko niemu krucjatę. Nie doszło do niej, gdyż potencjalni krzyżowcy rekrutowali się z tego samego możnowładztwa co Rogatka, a więc reprezentowali taki sam stosunek do finansowania kleru. Nie mogli więc wbrew własnym przekonaniom i interesom walczyć z Rogatką, który ostatecznie zmiękczył w lochu biskupa i dopiął swego. 30 lat później, bo w 1287 roku, historia się powtórzyła. Książe - też wrocławski - Henryk Probus, nie mogąc z biskupem, też Tomaszem, ale II, wynegocjować zakresu dochodów i władzy biskupiej, oblegał go w Raciborzu. Biskup, straciwszy możliwość obrony, wyszedł z miasta z procesją duchownych w liturgiczne szaty odzianych, dotarli do Probusa, oczywiście wcześniej obłożonego klątwą, co nie przeszkodziło temu, aby się w interesach dogadali. Przedstawiając powyższe fakty, chcę wykazać, jakie to problemy i kłopoty występują przy wprowadzaniu transformacji, jeśli władze nie mają za sobą kleru. Dlatego też w obecnej rzeczywistości transformację rozpoczęto m.in. od oddawania klerowi wszystkich dóbr doczesnych w postaci nieruchomości, nawet tych, co do których prawo własności kościelnej przestało istnieć nawet kilka wieków temu oraz często i tych, które nigdy do niego nie należały. I tym prostym sposobem, rządząca nami prawica zyskała sobie przychylność i wsparcie - oczywiście tylko duchowe - wielotysięcznej kadry duchownych.
Wracając do owych zamierzchłych czasów wprowadzania w Polsce prawa zachodniego, należy sobie uświadomić, że rozwijające się osadnictwo, szczególnie w miastach, opierało się w olbrzymiej mierze na przybyszach z Niemiec.
 
NR 97 (120) 01 KWIETNIA 2000.
Prawdą jest, że przybysze z Niemiec, nie byli to jacyś gastarbeiterzy, ale fachowcy - rzemieślnicy i kupcy przynoszący ze sobą wiedzę i kapitał. Ale prawdą też jest, że masowy napływ Niemców prowadził do germanizacji Polski, a szczególnie większych ośrodków miejskich. Wiadomo np., że w ówczesnej naszej stolicy - Krakowie - w 1289 roku rajcami byli tam: Wolrad, Lupold, Gerhard, Moryc, Godfryd, a ławnikami (niższa izba samorządu) byli: Godener, Pilgrim, Zygfryd, Timo, Gumpert, Reinhold, Buchel. Nie ma więc wątpliwości, że nazwiska te brzmią po niemiecku. Prawdopodobnie z tych czasów osadnictwa pozostały na Ziemi Wadowickiej nie tylko nazwiska, ale również nazwy miejscowości. M.in. A. Siemionow, o czy już mówiłem, w książce "Ziemia Wadowicka" wywodzi, że nazwa Wadowice została przywieziona z Niemiec, gdyż były tam i są miejscowości noszące podobne w brzmieniu nazwy. Przybysze stamtąd, osadzając się u nas, przywieźli ze sobą nazwy miejscowości, z których przybyli. Stąd prawdopodobnie mamy Inwałd (Hinwald), Barwałd (Berwald), Lanckoronę (Landskron), Gierałtowice (Geraltsdorf) itp.
W tymże XIII wieku, w/g dokumentu lokacyjnego na prawie niemieckim z 1257 roku - Kraków zajmował powierzchnię 50 h i liczył sobie już 20 murowanych kościołów. Dowodzi to, że nie był jakąś pipidówą, ale miastem europejskim. Warto wspomnieć, że wtedy poza dokumentami miejskimi, prowadzonymi w języku niemieckim, również kazania w kościołach w tymże języku były głoszone. Wiadomo też, że trzeba było dopiero uchwały sejmowej w 1537 roku, aby do kościoła NMP w Krakowie wprowadzić obowiązek głoszenia słowa Bożego w języku polskim (mimo, że ta uchwała obowiązuje, często kazania są tak niezrozumiałe, jak w XIII wieku).
Oczywiście, z tą germanizacją było różnie w różnych ośrodkach, ale jedno jest pewne, że nasza państwowość rozbita dzielnicowo, pozwalała na to, że Niemcy nie musieli orężnie zdobywać Polski, ale mogli ją kolonizować niekontrolowanym napływem swoich osadników i kapitału. Stąd też światłe umysły patriotów Polski zaczęły widzieć co raz wyraźniej potrzebę zjednoczenia naszych ziem pod jednym - polskim berłem. Współcześnie dzieje się coś podobnego. Polskie banki i fabryki są wykupywane przez kapitał zachodni (najczęściej niemiecki) i jak tak dalej pójdzie będziemy mieli niepodległą Rzeczpospolitą Polski, której właścicielami będą zachodni inwestorzy, dumnie i słusznie nazywani - strategicznymi. Wszak stosowane metody zawłaszczania Polski wynikają ze strategii Zachodu, który obiecując gruszki na wierzbie zmusza nas do przyjmowania ich prawodawstwa. A coś takiego przeżywali już nasi przodkowie, jak to powyżej i poniżej będzie opisane.
W ślad za niemieckimi osadnikami, przywiezione prawo niemieckie dotyczyło nie tylko zasad organizacji i funkcjonowania władzy, ale również sądownictwa czy nawet urbanizacji. M.in., jako pewnego rodzaju symbol tego prawodawstwa, można uznać szubienicę, która po niemiecku zwała się Schiben (czyt.: sziben), a z urbanistyki - pozostały dotychczas rynki. Otóż, w miastach lokowanych na ówczesnym prawie zamki przestały być ośrodkami życia, a stały się nimi rynki. Obowiązywała reguła, że musiał to być czworoboczny plac, a na przedłużeniu jego boków w czterech kierunkach biegły wyloty ulic. Jak łatwo policzyć, wychodziło ich minimum 4 pary.
 
NR 98 (121) 15 KWIETNIA 2000.
Podany poprzednio plan urbanistyczny zachował się dotychczas w wielu miastach. Wystarczy np. obejść wadowicki rynek dookoła, aby stwierdzić, że jako przedłużenie zachodniej ściany na północ, biegnie ulica Zatorska, a na południe Sobieskiego, wzdłuż północnej ściany na zachód Żwirki i Wigury, a na wschód Lwowska itd.
Pozostawiając w spokoju powyższą świecką, prawniczą prozę życia, trzeba przypomnieć, że ówczesna hierarchia kościelna nie zasypiała gruszek w popiele i nie pozwalała spychać się na margines władzy oraz na ograniczanie ilości wiernych. Papież Grzegorz IX w 1233 roku, chcąc wystraszyć wątpiące owieczki, wypuścił w chrześcijański świat bullę o "kociarzach", opisującą, jak niemiecka sekta chrześcijańska przyjmuje członków: "... kiedy nowicjusz ma być przyjęty pojawia się w ich gronie żaba, także ropuchą zwana i wtedy jedni składają ohydny pocałunek na jej tyłku, drudzy wylizują jej pianę z pyska. Bywa ona (...) czasem tak wielka jak pies. Po tej ceremonii pokazuje się człowiek (...) jak gdyby wcale nie miał ciała (...). Gdy go nowicjusz pocałuje natychmiast straci pamięć, nawet wiary katolickiej. Po czym rozpoczyna się rozpustna biesiada bez względu na płeć i pokrewieństwo, przy końcu której pojawia się czarny kot z podniesionym w górę ogonem, a wszyscy obecni całują go pod ten ogon.".
W taki to sposób papież, obawiając się uszczuplenia stada swoich baranków przez jakąś sektę, obrzydzał wiernym ewentualne zamiary odstępstwa. Niewiele to pomogło, gdyż sekciarstwa i odstępstwa, a więc kacerstwo zaczęło się mnożyć. Dlatego też papież Aleksander IV poszedł dalej i stworzył organ do trzymania wiernych twardą ręką boskiej sprawiedliwości w pokorze i bezwzględnym posłuszeństwie. W 1257 roku owieczki i baranki Boże otrzymały Świętą Inkwizycję. Nie byle jaką, ale świętą - dysponującą swoimi kodeksami, sądami i urzędnikami - inkwizytorami. Za żywota nie nosili oni przymiotników: święci. Niektórzy z nich zostawali świętymi po swojej śmierci, jeśli uśmiercili odpowiednią ilość "kociarzy". Inkwizycja miała wykrywać i sądzić heretyków, a więc zwalczać wszelkie ruchy dążące do zreformowania średniowiecznego Kościoła katolickiego. Wszystko to było czynione zgodnie z obowiązującym wówczas prawem niemieckim (saskim), które w jednym z paragrafów mówiło, że każdy chrześcijanin, który jest heretykiem, lub trudni się czarostwem ma być na stosie spalony. A, że heretyctwo trudno było udowodnić i karać za to, wobec tego podejrzanych delikwentów ujawniano dzięki funkcjonowaniu szpiegostwa, a więc takich ówczesnych tajnych współpracowników. Z tym, że chyba żadnych oświadczeń o współpracy oni nie podpisywali, choćby dlatego, że tajniacy ci nie umieli pisać, wobec czego nie było teczek - tak jak jest teraz. Jako prostą metodę kwalifikowania odstępców wymyślono czary, a wobec tego musieli być czarownicy i czarownice. Obowiązującą zasadą przewodu sądowego było, że taki podejrzany czarci pomiot nie mógł być skazany, jeśli nie przyznał się do zarzucanych czynów. Jest rzeczą zrozumiałą, że ochotników do przyznawania się nie było, wobec czego po chrześcijańsku stosowano wymyślne tortury, w czasie których często przesłuchiwany, zanim zdążył się przyznać - oddawał swego ducha miłosiernemu Bogu.
 
NR 99 (122) 02 MAJA 2000.
Znaną metodą wykrywania współpracy z czartem była próba wody. Polegała ona na tym, że jakąś tam, podejrzaną o czarostwo, uwiązaną na postronku, rzucano na głęboką wodę. Jeśli się nie utopiła, nie ulegało wątpliwości, że stało się to dzięki czartowskiej mocy, a wobec tego, że po kąpieli była mokra, wiązano ją na stosie, który zapalano aby wyschła, a przy okazji jej wredne ciało obróciło się w proch z którego powstało. Jeśli czarownica w czasie próby wodnej utonęła, wiadomo było, że nie jest ona w czarciej mocy i mogła się cieszyć ze swej niewinności. Takich już nie suszono na stosie uznając, że wykąpała się przed śmiercią, a więc nie tylko duszę, ale i ciało miała czyste. Prawdopodobnie z tamtych mrocznych czasów pozostał zwyczaj, że i współcześnie naszych drogich zmarłych obmywa się przed ubraniem w szaty pogrzebowe i złożeniem do trumny. Opisana powyżej metoda wykończania niewygodnych typów przetrwała do czasów współczesnych i jest też nazywana polowaniem na czarownice. Żyjąc już na ogół nie w średniowieczu, metody tego polowania są bardziej humanitarne. Służą temu różne teczki, lustracje, szukanie kwitów itp. Tortur fizycznych już się nie stosuje, wykończając przeciwników politycznych psychicznie.
Przypomniawszy, że w naszym serialu tkwimy jeszcze w XIII wieku, warto jakimś konkretniejszym akcentem go zakończyć. Otóż, po różnych korzystnych dla zjednoczenia Polski dziedzicznych perypetiach, bo zmarła bezdzietnie trójka książąt dzielnicowych, dziedzicem stał się od 1290 roku Przemysł II, ale nie najlepiej się mu wiodło. W 1291 roku król czeski Wacław też II, zaczął zajmować Polskę od Małopolski, a więc i Ziemię Wadowicką. Resztą, jak na razie, próbował władać Przemysł II, któremu w 1295 roku udało się ukoronować. Nie cieszył się tym nakryciem głowy długo, gdyż w 1296 roku, w Rogoźnie, po hucznej zapustnej zabawie został we śnie napadnięty i poważnie pokiereszowany. W czasie, gdy go do niewoli transportowano - od zadanych ran skonał. Morderstwa tego dopuścili się margrabiowie brandenburscy przy współudziale Jana - siostrzeńca Przemysławowego. Szlachta wielkopolska przywołała wówczas piastowicza Władysława zwanego Łokietkiem, gdyż Bozia go posturą marną obdarzyła, wyrównując mu ten mankament charakterem jakiego szukać w naszej historii u władców. To przywołanie Łokietka na władcę nie spodobało się sprzyjającemu innym siłom biskupowi poznańskiemu Andrzejowi, który wziął klątwę i obłożył nią naszego Łokietka. Ten, nie widząc innego wyjścia, w 1297 roku zrzekł się władzy nad Małopolską i dla czasowego świętego spokoju uznał zwierzchnictwo króla czeskiego. To nie wystarczyło upartemu biskupowi poznańskiemu, który zwołał posłusznych sobie możnowładców, a ci w 1300 roku zjechali się i uchwalili zdjęcie z tronu Władysława Łokietka. Wacław II, mając takie wsparcie, ruszył i zajął ówczesną Polskę i koronował się na jej króla. Ale korony nie otrzymał, jak to było wtedy na ogół w modzie, od papieża, ale od cesarza Niemiec Albrechta I Habsburga. A więc Wacław nie był z nadania papieża pomazańcem bożym, co mu wcale nie przeszkadzało. Będąc poplecznikiem Niemców doprowadził do tego, że Polska stała się ich lennikiem, a to oznaczało swoistą formę okupacji. Wacław II miał również moralną podporę w biskupie Muskacie, urzędującym w stołecznym Krakowie.
 
NR 100 (123)     16 MAJA 2000
Jak podałem w poprzednim odcinku, Wacław II miał również moralną podporę w krakowskim biskupie Muskacie, urzędującym w stołecznym Krakowie. Ten, będąc germanolubnym nie cierpiał Polaków, a poza tym był rozpustnikiem i zdziercą. Szczególnie, zgodnie z miłosierdziem Bożym, kochał grabić kościoły, w których księżmi byli Polacy. Mając w Małopolsce takiego współpracownika na niwie kościelnej, Wacław II również w administracji świeckiej pozbywał się polskich urzędników, wymieniając ich na Czechów i Niemców, z którymi trzymał sztamę. On też wprowadził wówczas w Polsce urząd starosty, który dotrwał do obecnych czasów.
Przed tym jednak Wacław II, aby było mu weselej i dla zakcentowania swej łaskawości, pojął za żonę kilkunastoletnią córkę Przemysła II - Ryksę Elżbietę. Jednak nie cieszył się długo jej młodym polskim ciałem, gdyż zmarł w 1305 roku. Ryksa Elżbieta musiała mieć wzięcie, bo wkrótce wyszła za mąż i to nie za byle kogo, bo za Rudolfa austriackiego, a że widocznie była nie do zdarcia, dość szybko owdowiała. W kolejnym stanie wdowieństwa nie wytrwała zbyt długo, a bywając na europejskich dworach możnych wpadła w oko Alfonsowi Aragońskiemu - Hiszpanowi, którego po ślubie obdarzyła licznym potomstwem. Dzięki temu dolała polskiej - piastowskiej krwi przyszłym władcom hiszpańskim.
W międzyczasie nasz Łokietek nękany przez zewnętrznych i część polskich hierarchów oraz możnowładców został wypędzony z Polski. Będąc urodzonym dyplomatom powędrował do Rzymu, do papieża Bonifacego VIII, który nie sprzyjał Czechom, bo nie byli oni chętni do płacenia świętopietrza, w przeciwieństwie do polskich władców, którzy tradycyjnie o wiele chętniej to czynili. Wsparcie papieskie zapewniające również poparcie hierarchii krajowej miało wtedy bardzo duże znaczenie. Działo się to w czasie, gdy po śmierci Wacława II, na tronie polskim zasiadł Wacław III, któremu nie posłużył ten królewski stolec i zeszedł z tego świata w 1306 roku. Droga do tronu i zjednoczenia Polski pod jednym berłem została przed Łokietkiem otwarta, co ten skwapliwie wykorzystał i przez 27 lat, z pożytkiem dla kraju, łaskawie, acz surowo - panował, nie mając niestety nic do gadania w sprawach dotyczących Ziemi Wadowickiej. Było to następstwem rozbicia dzielnicowego, w wyniku którego wcześniej powstało m.in. księstwo oświęcimskie. Władał nim wtedy książe Władysław - piastowicz śląski, niezależny od Polski i Czech. Jako człowiek bogobojny syna Jana i córkę Jadwigę ofiarował na służbę Bogu. Córka poszła do zakonu dominikanek, a Jan zostawszy duchownym, wkrótce został przez papieża mianowany scholastykiem, czyli kierownikiem szkoły katedralnej w Krakowie, prowadząc tam tryb życia raczej świecki, żeby nie powiedzieć, że rozpustny. Ale co by nie było i jak by nie było, dzięki niemu zaistniał pierwszy znany zapis o Ziemi Wadowickiej. Otóż tenże Jan scholastyk po śmierci bogobojnego ojca wypiął się na posadę scholastyka katedralnego i objął we władanie księstwo oświęcimskie. Kiedy je objął, wkrótce, a konkretnie dnia 23 lutego 1327 roku oddał się w lenno Czechom z Oświęcimiem i tamtejszym zamkiem, miastami (opidum) Zatorem, Kętami, Żywcem, Wadowicami, Spytkowicami wraz ze wsiami, ziemianami i rycerstwem - co na piśmie zostało utrwalone. A książe Jan zaczął sobie hulać, odmawiając płacenia krakowskiej scholasterii dziesięcin.
 
NR 101 (124) 01 CZERWCA 2000
.
Procesy o zapłatę należności kościelnych przez Jana - księcia oświęcimskiego, trwały latami. Interweniował nawet papież Urban, na którego polecenie biskup wrocławski zasądził od byłego scholastyka zwrot zawłaszczonych dochodów kościelnych w wysokości pięciu tysięcy grzywien srebra i 500,- florenów w złocie. A grzywna była miarą wagi i wynosiła średnio około 0,05 kilograma. Jak łatwo policzyć, Kościół w powyższej kwocie chciał od Jana wydębić 250 kg srebra i 500,- florenów złota, a floren ważył około 3,5 grama, czyli chodziło o 1,75 kg złota.
Dla uzmysłowienia i porównania o jakie wartości chodziło trzeba nam wiedzieć, że jedna grzywna srebra wartała wtedy 48 groszy, a ponoć korzec pszenicy (około 57 kg) warty był 12 groszy. Po przeliczeniu wychodzi na to, że za pięć tysięcy grzywien można było wtedy nabyć dobrze ponad tysiąc ton pszenicy. Zaś przeliczając to na jaja, których kopę (60 szt.) można było kupić ponoć za jedną grzywnę, to kapłan Jan scholastyk winien był hierarchii kościelnej, licząc tylko dług w grzywnach: 80 tysięcy sztuk jaj. Ale jaja, co?
Jak z powyższego wynika, było tego sporo, i nic dziwnego, że Jan, będąc kapłanem, nie pałał świętym zamiarem spłacania takich kwot. Mało tego, pałając raczej chęcią zysków, dokonał najazdu na Woźniki, Ryczów i Zygodowice, należące do cystersów z Mogiły, zawłaszczając sobie dochody z nich pochodzące. Oczywiście, takie postępki Jana nie podobały się biskupowi krakowskiemu, wobec czego polecił on proboszczom w Oświęcimiu, Zatorze i Hertmanowicach, aby ci ogłosili przeciw księciu interdykt. A była to dosyć dziwna kara kościelna, gdyż polegała na tym, że na obszarze objętym interdyktem miejscowym (był też interdykt osobowy) obowiązywał zakaz wykonywania wszelkich obrzędów religijnych i sakramentów. Wynika z tego, że owieczki i baranki Boże nie miały po co chodzić do kościołów, bo nie były w nich odprawiane Msze, nie mogły po chrześcijańsku chrzcić dzieci, brać ślubów, grzebać zmarłych itp. Pozbawianie takich spraw duchowych miało na celu podburzanie wygłodniałych wiernych przeciw osobie, przez którą musieli oni chodzić głodni duchowo, cierpiąc "męki" doczesne. Kara ta powodowała często zgubne skutki, gdyż ludziska, odczuwając potrzebę uczestnictwa w obrzędach - będąc pozbawieni chrześcijańskich możliwości - wracali do obrzędów pogańskich. Dlatego też z czasem zaniechano interdyktów. Wtedy jednak kara ta poskutkowała i Jan zwrócił zajęte wsie cystersom mogilskim, ale w zamian za to najeżdżał i łupił po zbójecku wsie Łodygowice, Pietrzykowice i Wilkowice, należące też do cystersów, ale z Rudy Śląskiej. Warcholąc według swojego uznania, książe Jan żył sobie na wolności (może miał na jakichś władców teczki albo kwity?), a jako wyświęcony duchowny nie przejmował się celibatem i ożeniwszy się spłodził syna, któremu na imię dał Jan. Przed tym jednak, tatuśko ksiądz scholastyk wykazał się jako reformator fiskalny, gdyż we wsiach księstwa oświęcimskiego: Podolsze, Bachowice, Spytkowice, Śleszowice, Zakrzów, Babica, Chocznia, Stryszów i Tłuczań zamienił dziesięcinę snopową na pieniężną. Słusznie uznał, że po co młócić snopy, jeśli prostsza do zainkasowania jest gotówka. I tak to pozostało do dziś. Przykładów nie potrzeba szukać daleko. O tej wielce barwnej postaci księcia oświęcimskiego Jana, rozpisałem się dlatego, że coby nie mówić, dzięki niemu zaistniał pierwszy historyczny zapis o Ziemi Wadowickiej.
 
NR 102 (125) 16 CZERWCA 2000.
Wspomniawszy poprzednio o Władysławie Łokietku, trzeba dla formalnego porządku podać, że żyjąc 75 lat (zmarł w 1333 roku), przez 45 lat swojego twórczego żywota konsekwentnie likwidował dzielnicowe rozdrobnienie Polski, co mu się w znacznej mierze udało. W miejsce różnych księstw i księstewek powstało jedno państwo - pod jednym berłem. Obszarowo liczyło ono około 106.000 km2, a z tego wynika, że zmieściło by się w nim 106 takich powiatów, jakim jest obecnie wadowicki.
Po Łokietku zaczął nam królować mający 23 lata jego syn - Kazimierz, przez potomnych nazwany Wielkim. Jeszcze praktykując jako przyszły władca, a realizując proces scalania ziem polskich, dowodząc polskimi wojami zdobył szturmem ważny wówczas gród Kościan. A, że tubylcy byli uparcie wierni królowi Czech, kazał całą załogę wyciąć w tzw. pień, aby potomni wiedzieli, kto tu rządzi.
Umacniając swoją pozycję międzynarodową zorganizował w 1335 roku trójkąt wyszehradzki, oczywiście w Wyszehradzie, gdzie królowie Polski, Czech i Węgier dokonali różnych targów. M.in. Jan Luksemburski zrzekł się praw do korony polskiej za 20.000 kup groszy, czyli inaczej mówiąc, czeski król sprzedał swoje prawa do dziedziczenia Polski. Robiąc wówczas interesy z Janem, Kazimierz Wielki niestety uznał zwierzchnictwo Czech nad księstwami śląskimi, a w tym nad znaczną częścią Ziemi Wadowickiej. Ale co miał zrobić, jeśli książęta śląscy mieli w nosie Polskę, czego przykładem był prezentowany poprzednio oświęcimski Jan Scholastyk. W wyniku wyszehradzkich targów przy Małopolsce, a więc i Polsce, z Ziemi Wadowickiej pozostał tylko jej wschodni pas ze wsiami: Paszkówka, Leńcze, Przytkowice, Lanckorona i Izdebnik.
Kazimierz Wielki na ogół nie jest znany jako wódz szczękający orężem. W rzeczywistości jego bojowość i waleczność nie skończyła się na Kościanie. Później, acz niechętnie, również tłukł wrogów gdzie tylko uznał to za stosowne. Np. na Wołyniu i pod Łuckiem, przygotowując "przyjazne" stosunki z Litwinami, jako część argumentów, po raz pierwszy w tej części Europy zastosował puszki, czyli armaty. Naładowane prochem strzelały one wtedy kamieniami. Szkody to wiele nie robiło, ale huku było co niemiara, a to w sumie z kamieniami z daleka lecącymi sprawiało na nieprzyjacielu paraliżujące wrażenie. Realizując strategię obronną, stworzył system warowny, w wyniku którego w ciągu 37 lat panowania zostały wybudowane 53 zamki obronne, 27 miast opasał murami, powstało 65 nowych miast i ponad 500 wsi. Wprowadził obowiązek służby wojskowej polegający na tym, że wszyscy posiadacze ziemscy - komesowie, a więc rycerskie rody magnackie, arcybiskupi, wójtowie, a nawet sołtysi, musieli w razie potrzeby wojennej zameldować się do służby. Każdy powinien być odziany we własną zbroję, konno, ze stosownymi liczebnie pocztami szeregowców, czyli pachołków. Np. wójt musiał mieć trzech pachołków, a sołtys dwóch. Duchowni dawali swoich zastępców, a możnowładcy mieli swoje oddziały zwane chorągwiami. Znając swoich rodaków, celem uniknięcia sytuacji, że woje stawią się do boju na byle jakich chabetach, określił, że koń nie może przedstawiać niższej wartości - jak sześć grzywien.
 
NR 103 (126) 04 LIPCA 2000.
Kazimierz Wielki zorganizował administrację państwową, bardzo sprawną jak na ówczesne czasy. Na szczeblu centralnym królewską kancelarią kierował kanclerz, zatrudniając w biurze podkanclerzych, a były to na ogół osoby duchowne, gdyż chcąc żyć w zgodzie ze Stolicą Apostolską, trzeba było zapewnić klerowi współudział w rządzeniu. Fakt ten przypominamy obecnie w tym celu, aby ci, którzy krzywią się teraz na to, iż kler wtrąca się do polityki - zreflektowali się. Wszak udział kleru w rządach ma wielowiekową tradycję, a co, jak co, my Polacy kochamy tradycję, a rządzący, w zależności od potrzeb jadą na niej dla swych korzyści. Za Kazimierza w terenie władze sprawowali, tak jak i teraz, starostowie, wójtowie, a na samym dole sołtysi. Jak z powyższego widać, obecna AWS-owska władza, przechwalając się, jakiego to cudu dokonała reformując administrację - nie odkryła Ameryki. Z tym, że ówcześni starostowie mianowani przez króla, posiadali bardzo dużą władzę administracyjną, sądowniczą i wojskową, a sołtysi byli dobrze płatni i dlatego administracja funkcjonowała z pożytkiem dla społeczeństwa.
Widząc potrzebę szkolenia własnej kadry kierowniczej nie tylko na zagranicznych uniwersytetach, Kazimierz Wielki stworzył w 1364 roku Uniwersytet Krakowski. Papież, mający wtedy decydujący głos, nie wyraził zgody na utworzenie wydziału teologicznego, wolał bowiem, aby przyszli purpuraci byli szkoleni na Zachodzie. Kazimierz Wielki faktem tym zbytnio się nie zmartwił, gdyż głównie zależało mu na tym, aby mieć jak najwięcej legistów, czyli prawników. No bo jak bez fachowców prawników organizować państwo prawa. Teraz jest to możliwe, że rządzą nie fachowcy, ale też Krzaklewski i Buzek nie są Kazimierzami, a kazimierzowska tradycja im zwisa.
Podając tylko fragmentaryczne fakty świadczące o wielkości Kazimierza Wielkiego, należy jego obraz uzupełnić wielką troską o lud. M.in. poprzez wydanie statutów wiślickich podniósł wartość chłopów. Przed wydaniem statutów zabójca chłopa płacił karę w wysokości tylko trzech grzywien, a Kazimierz podniósł tę karę do wysokości dziesięciu grzywien. Wybudował państwowe - słynne spichrze kazimierzowskie, w których na wypadek klęsk gromadzono zboże i dawano je bezpłatnie poszkodowanym. Takie to były wtedy czasy. Teraz są powodzie, gradobicia, susze, a państwo nie ma rezerw na zaradzenie złu. Kazimierz Wielki, objąwszy Polskę o powierzchni 106.000 km2, zostawił ją przeszło dwukrotnie większą, bo mającą 270.000 km2, a ludność Polski liczyła wtedy ok. 1.900.000 głów.
Zbliżając się ku końcowi opisywania działalności Kazimierza Wielkiego, warto zacytować opinię o nim, jaką zapisał kronikarz Długosz: "... osobliwszy w nim był ten przymiot pokory, dla której każdemu, tak bogatemu jako i ubogiemu chętnie się udzielał, a którym (to znaczy: - przymiotem pokory - przy. red.) obrażał nieraz szlachtę sarkającą, że więcej zajmował się prostactwem wiejskim...". Współcześnie tej chwalebnej kazimierzowskiej tradycji zaniechano, ale też szlachty formalnie nie ma. Zastąpili ją możni, żyjący jak bąki na krowim zadzie za pieniądze podatników.
Kazimierz Wielki zbudował Polskę prawa i dostatku, ale niestety, pomimo, że kochliwym był, nie zostawił po sobie potomka z prawego łoża, wobec czego na nim w 1370 roku wygasła dynastia Piastów.
 
NR 104 (127) 18 LIPCA 2000.
Pamięć o Kazimierzu Wielkim na Ziemi Wadowickiej dokumentują w zasadzie tylko kościół i ruiny zamku w Lanckoronie. Kiedyś, na początku Lanckorona była osadom niemiecką, czego dowodzić może nazwa Landskron. Kazimierz Wielki dyplomem - bo tak wtedy zwano określone akty prawne - wydanym we Wschowej w dniach 06-07 września 1336 roku, dotował lanckoronie kościół p.w. św. Jana Chrzciciela. W roku 1361 Kazimierz Wielki zezwolił tamtejszemu wójtowi na założenie w miejsce osady - miasta, uposażając wójta dwoma łanami frankońskimi (t.j. 50 h) i połową dochodu z jatek rzeźniczych, piekarskich, sukienniczych i szewskich, oddając mu całkowite dochody z łaźni i młyna, przeznaczył trzeci denar od spraw odsądzonych, a szósty denar czynszu z łanów, wkładając nań obowiązek, ażeby na każdą wyprawę wojenną stawił się uzbrojony w dzidę, w pancerzu i na koniu wartającym sześć grzywien. Dla przypomnienia podaję, że grzywna wartała 48 groszy, a jeden grosz 18 denarów. Jak widać z powyższego, ówczesny wójt był paniskiem pełną gębą, gdyż dysponował nielichymi dochodami. Współcześnie wróciliśmy do tej tradycji - za wyjątkiem uprawnień i obowiązków - co widać i słychać.
We wtorek po niedzieli palmowej, 31 marca 1366 roku, Kazimierz Wielki nadał temu miastu przywilejem datowanym w Krakowie, prawa magdeburskie, ustanowił wolne targi w każdy czwartek, pozwolił mieszczanom sukna i inne towary w Krakowie i innych miastach państwa kupować oraz sprzedawać. Dalej zezwolił na wolny wyrąb drzewa budowlanego, prowadzenie postrzygalni sukna, wagę i wolny dowóz piwa na użytek miasta. Na koniec przypuścił miasto "... Lanczkorunę" do uczestnictwa we wszystkich prawach, które posiadał Kraków. A świadkiem wydania tego przywileju wymieniony jest Orzeszko - ówczesny burgrabia lanckoroński. Wynika z tego, że zamek lanckoroński już wtedy istniał.
Wyżej podane przywileje świadczą jednoznacznie o tym, że Lanckorona w XIV wieku jęła się zaliczać do znaczniejszych miast w Małopolsce, a na pewno była wtedy najznaczniejszym miastem na Ziemi Wadowickiej.
Wracając do zamku Lanckorońskiego, co się z nim dalej działo, nie wiadomo. Dopiero z treści lustracji spisanej w 1660 roku wynika, że jest on "... otoczony dokoła parkanem z drzewa we dwoje budowanym, a wewnątrz ziemią zasypanym. Na trzech rogach są baszty z drzewa pobudowane, a na czwartym baszta wielkim kosztem zmurowana, bo wapno aż z Krakowa zwożono. Studnie dwie biją w żywej skale z wielką pracą i nakładem, i wybito już najmniej sześćdziesiąt otworów, a jeszcze i znaku wody nieposzlakowano.". Stąd też nie wiadomo, jak z tą wodą w zamku było.
Z planu zamku wykonanego pod koniec XVIII wieku wynika, że był on otoczony dookoła galerią na murowanym budynku, który miał kształt podkowy zamkniętej z czwartej strony murem. Otoczony był palisadami i fosą na cztery stopy głęboką (ok. 1,5 m). Długość budynku zamkowego wynosiła około 38 metrów, a szerokość około 20 metrów, z tym, że wewnątrz było podwórze - dziedziniec o wymiarach około 18 x 10 metrów.
Pisząc z sentymentem o Lanckoronie, z żalem trzeba stwierdzić, że jej burzliwe dzieje zburzyły niegdysiejszą świetność, z której nienaruszony pozostał tylko kościół i ruiny zamku, a z przywilejów w zasadzie jedyne, to... nieograniczone możliwości dostawy piwa.
 
NR 104 (127) 02 SIERPNIA 2000.
Bawiąc w dotychczas opisywanych czternastowiecznych wydarzeniach, zasiedzieliśmy się na miejscu wielce. Ostatnio byliśmy tylko w Lanckoronie. Czas zatem, aby zacząć podróżować, a że najmodniejszą formą wojażowania są teraz pielgrzymki - wybierzemy się do Rzymu. W XIV wieku był on ośrodkiem trójwładzy, którą symbolizowała czapka papieska zwana tiarą, gdyż ostatecznie widniały na niej trzy diademy - korony. Jeden jako dowód władzy królewskiej, drugi kapłańskiej, a trzeci pasterskiej. Na początku był tylko jeden diadem, ale papież Bonifacy VII (1294-1303) dołożył drugi, a że tego było za mało, Benedykt XII (1334-1342) uzupełnił tiarę o trzeci diadem, aby wszyscy wiedzieli, kto tu rządzi. A z władzą bywało różnie, bo do niej tak wtedy, jak i teraz - wielu się rwało. Pisząc o walce o władzę należy wspomnieć, że w XIV wieku poza "legalnymi" papieżami, było dwóch antypapieży, a to Mikołaj V i Klemens VII. W dziejach Kościoła antypapieży było ponad czterdziestu, a brało to się stąd, że różne wpływowe rody chciały mieć swojego faceta w tiarze, no i sobie wybierali tak jak im pasowało. Bywało więc, że Jezus miewał na ziemskim padole po dwóch swoich następców, ale nie wiadomo, którego uważał jako właściwego, co ludowi bożemu zwisało, gdyż był od tego aby przede wszystkim płacić świętopietrze.
I stało się po śmierci Benedykta XI w 1304 roku, że rozgorzała walka o tron papieski pomiędzy dwoma stronnictwami włoskimi. A gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta, więc do boju włączył się król Francji, Filip IV i to nie jakaś maszkara, ale Piękny. Po trwającym jedenaście miesięcy konklawe, ponoć za sprawą francuskiego kardynała de Got, papieżem wybrano jego brata, który przyjął miano Klemens V. Ten będąc sojusznikiem Francji, przyjął od niej zaproszenie, aby stolicą apostolską został Awinion. Na dobry początek obdarował on kapeluszami - tytułami kardynalskimi pięciu krewnych, a innym dał dochodowe biskupstwa. Powszechnie takie postępowanie zwie się nepotyzmem, ale w Polsce współcześnie nazywa się to TKM.
Okres, w którym stolica apostolska znajdowała się w Awinionie, zwie się teraz niewolą, oczywiście awiniońską, którą zakończył Grzegorz XI (1370-1378). Ten będąc pupilem Klemensa VI, został przez niego mianowany kardynałem, gdy miał siedemnaście lat. Na nim skończyło się panowanie Francuzów na tronie papieskim. Wszystko wróciło do normy, a więc stolica do Rzymu, a Włosi na stolec papieski. Nawrócenie się Grzegorza XI na Rzym, historia przypisuje zakonnicy - dwudziestopięcioletniej Katarzynie z Sieny, która przybyła do Awinionu i nazywając papieża "swym najświętszym ojczulkiem" truła mu przez kilka miesięcy tak dokładnie, że ten zmiękł i chcąc mieć święty spokój od Katarzyny, wrócił do Rzymu. Zaś Katarzyna została z czasem, za położone zasługi, przyjęta w poczet świętych, a papieże niezmiennie uprawiali nepotyzm i symonię, tj. handel "świętościami", a więc odpustami, znoszeniem klątw, rozwiązywaniem małżeństw zawartych przed Bogiem itd.
 
NR 106 (129) 17 SIERPNIA 2000.
Uważając, że jak na razie wystarczy wrażeń z pielgrzymki do Awinionu i Rzymu, proponuję wrócić do naszych pieleszy - do XIV-wiecznej Ziemi Wadowickiej, czyli terytorialnie do obecnego powiatu wadowickiego. Ze znanych, pisanych dokumentów wiadomo, że poza Wadowicami w owych czasach na ziemi naszej istniały osady: Andrychów, Babica, Bachowice, Brzeźnica, Frydrychowice, Gierałtowice, Głębowice, Inwałd, Izdebnik, Jaroszowice, Klecza, Kossowa, Lanckorona, Leńcze, Lipowa, Łączany, Marcyporęba, Mucharz, Pobiedr (Paszkówka), Przytkowice, Roków, Ryczów, Spytkowice, Wieprz, Witanowice, Woźniki i Zygodowice. Razem 28 sztuk. Obecnie, w/g aktualnej "Strategii Rozwoju Powiatu Wadowickiego", posiada on 182 miejscowości, a więc około setki więcej niż w rzeczywistości (bo w tej jest ich tylko ok. 80), ale jakie rządy, taka i konkretna strategia. Fakt, że wiele współcześnie istniejących miejscowości nie ma tak wczesnych - XIV-wiecznych metryk "urodzenia", ale nie powinno to wywoływać kompleksów niższości u mieszkańców później "zapisanych" miejscowości. Na pewno istniało ich więcej bez dokonanych, czy zachowanych zapisów. A poza tym, co z tego, że najwcześniej zapisano Spytkowice, jeśli np. później "urodzone" Wadowice awansowały do stolicy powiatu, a Spytkowice nie. A Spytkowice zapisano dlatego, że w 1229 roku Konrad Mazowiecki napadł zdradziecko na swojego konkurenta do władzy - Henryka Brodatego, który tam właśnie obradował z krakowskimi możnowładcami. Wynika z tego, że Spytkowice, które wtedy zwały się "Spikowicz", nie były jakąś dziurą, wszak Henryk Brodaty nie pchał by się z możnymi panami do dziury. No, ale stało się, i Konrad wziął go do niewoli, a ten, chcąc odzyskać wolność, musiał na rzecz tegoż Konrada zrzec się praw do Krakowa. Co z tego, że parę lat później zapisano, iż Konrad Mazowiecki w 1242 roku potwierdził, że Woźniki otrzymał już wcześniej klasztor tyniecki, i że wtedy były parafią nie tylko dla Ryczowa, ale i Wadowic? Teraz nawet nie są stolicą gminy, ale parafia im została. A kościoły w XIV wieku były na Ziemi Wadowickiej w: Andrychowie, Babicy, Bachowicach, Brzeźnicy, Gierałtowicach, Głębowicach, Inwałdzie, Izdebniku, Jaroszowicach, Kleczy, Kossowej, Lanckoronie, Leńczach, Lipowej, Łączanach, Marcyporębie, Mucharzu, Pobiedrze, Przytkowicach, Rokowie, Ryczowie, Spytkowicach, Wadowicach, Wieprzu, Witanowicach, Woźnikach i Zygodowicach. Razem 16 sztuk. Przy powyższych wyliczankach warto zwrócić uwagę na fakt, że na 28 zapisanych miejscowości, tylko 4 znajdowały się w tej części Ziemi Wadowickiej, która należała do Polski. Podobnie było z kościołami, z których tylko 3 nie stały na terenach okupowanych przez Czechów. Powyższa statystyka dowodzi tego, że na Ziemię Wadowicką, od jej zarania, osadnictwo szło od południa Europy, a zatem było dowodem ekspansji wpływów zachodnich.
 
NR 107 (130) 05 WRZEŚNIA 2000.
Za panowania Kazimierza Wielkiego rozpętały się boje między świeckimi możnowładcami, a głoszącym ubóstwo klerem, który sypał klątwami na lewo i na prawo, obrzucając nimi wszystkich odmawiających im świadczeń na rzecz Kościoła. Kazimierz Wielki, transformując Polskę z drewnianej na murowaną - potrzebował na to pieniędzy. Opodatkował więc dobra kościelne. Nie spodobało się to krakowskiemu biskupowi Bodzancie, więc wziął to co miał pod ręką, mianowicie klątwę i rzucił nią na Króla. Najgorzej na tym wyszedł ks. Baryczka, który jako goniec przyniósł Królowi klątwowy dekret biskupi. Król, za taką zniewagę majestatu, skazał Baryczkę na śmierć, którą wykonano w ten sposób, że zaszyto go w wór razem z dekretem i wrzucono do przerębli w Wiśle. Ostatecznie Króla z biskupem pogodził arcybiskup gnieźnieński, z czego wynika, że klątwa rozeszła się po kościach... księdza Baryczki.
A tak w ogóle, to w XIV wieku nawet papieże obrzucali klątwami polskich biskupów, książąt i szlachtę, a biskupi, wzorując się na Stolicy Apostolskiej - czynili to samo. A cel tych "zbożnych" działań był, jak zawsze jeden - bezwzględne wyduszanie od wiernych jak największego szmalu. Kler i jego hierarchia, opływając w dobrach doczesnych, poświęcali się, dojąc równocześnie owieczki Boże, zmuszając je do życia w ubóstwie, co gwarantowało im Królestwo, ale po śmierci... Niebieskie.
Jak poprzednio podano, na Ziemi Wadowickiej w zdrowiu i dostatku przeżył klątwę książe oświęcimski Jan - ksiądz scholastyk. Podobne klątwowe wyróżnienie spotkało również plebanów z Leńcz, a na początku księdza Pawła, który dziesięcinę z Leńcz zatrzymał dla swojego kościoła - kaplicy, a nie dał jej klasztorowi tynieckiemu, któremu ponoć ona się należała. Procesy o tę dziesięcinę trwały latami, a klątwą obciążanych było kilku rządzących tamtejszym kościołem. Dzięki powyższej walce o dziesięcinę możemy poznać papieską instrukcję egzekucyjną klątwy. Zawarta ona była w ośmiu punktach, a we wstępie zwracała się do króla Kazimierza i wszystkich władz, aby na żądanie klasztoru tynieckiego "... wszystkich pozostających pod interdyktem schwytali, zatrzymali i uwięzili, a ich rzeczy i dobra zajęli, oraz aby wyklętych fizyczną siłą złamano i zniewolono.". Punkty wyżej wymienionej instrukcji brzmiały:
"... 1. W ciągu sześciu dni od doręczenia władzom kościelnym wyroku proboszcz ma być odsunięty od dziesięcin, które należy wydać klasztorowi tynieckiemu.
2. Przy braku skuteczności tych działań, w ciągu trzydziestu dni, co dziesięć dni należy upominać proboszcza.
3. Jeśli i to nie będzie skuteczne, proboszcz ma popaść w klątwę, co ma być głoszone w niedzielę i święta w miejscach poświęconych służbie bożej.
4. Jeśliby w dziesięć dni po opublikowaniu klątwy proboszcz trwał w uporze, ma nastąpić uroczyste ogłoszenie ekskomuniki przy biciu w dzwony, zapaleniu, zgaszeniu i rzuceniu na ziemię świec, przy podniesieniu krzyża i osłonięciu go, przy modlitwach, kropieniu wodą święconą, aby odpędzić diabłów.
5. Po dalszych dziesięciu dniach uporu plebana - wszyscy wierni mają zaniechać wszelkich z nim stosunków.
6. Jeśliby tego nie uczynili, to w sześciu dniach, wszyscy wchodzący w stosunki z plebanem mają być też wyklęci.
7. W wypadku nieskuteczności powyższego, po dziesięciu dniach ma być rzucony interdykt na całe miejscowości, w których mieszkają utrzymujący stosunki z plebanem. A to spowoduje zakaz odprawiania nabożeństw, udzielania sakramentów, za wyjątkiem chrztu i pokuty, a sakramenty małżeństwa będą udzielane bez uroczystości kościelnych i tak samo pogrzeby.
8. Jeśliby i to w dalszych dziesięciu dniach nie pomogło należy przewidzieć pomoc miecza i ramienia świeckiego, aby ten, kogo bojaźń Boga nie odwróciła od złego, zniewolony został do tego świecką srogością karną".
 
NR 108 (131) 19 WRZEŚNIA 2000.
Spór leńczowski zakończył się dopiero w XV wieku. Tamtejszy pleban - Maciej, oddał dziesięcinę z Leńcz benedyktynom za dziesięcinę z Gołuchowca, a grzebiący w papierach odkryli dużo później, że świętobliwi zakonnicy tynieccy procesowali się o tę dziesięcinę na podstawie sfałszowanych przez siebie dokumentów. Pecunia non olet - pieniądze nie śmierdzą.
A tak w ogóle, to ktoś, na podstawie walki kleru o różne daniny mógłby wysnuć wniosek, że kapłani są pazerni dla siebie. Nic podobnego. Oczywistą prawdę wyjaśnił ksiądz - sprawozdawca ostatnich dożynek częstochowskich. Mianowicie, relacjonując ceremonię składania darów przez pielgrzymów, wyraził przekonanie, iż wierzą oni, że dary te będą przez Boga przyjęte. Co, jak zwykle się sprawdziło. Nie wiadomo, co Bóg z tymi darami zrobił, ale nie zbadane są Jego wyroki.
Nie chcę Czytelników martwić, ale wszelkie znaki na ziemi i na niebie wskazują na to, że w XIV wieku posiedzimy sobie jeszcze trochę, a przyczyn tego jest kilka. Wiadomo, że walka hierarchii i kleru o rządy dusz miała na celu utrwalenie władzy - swojej. A co to za władza, która nie ma forsy? Dlatego też słudzy Boży gromadzili i posiadali znaczne dobra doczesne, z których musieli odpalać papiestwu stosowne świętopietrze. Będąc żonatymi - oj, tak, tak - za swojego żywota zapewniali godny byt żonom swoim i dzieciom, dysponując równocześnie swoje mienie po śmierci na ich rzecz. Takie działania znacznie uszczuplały majętności kościelne. Bywało więc, że zmarły kapłan, przed pójściem na Sąd Ostateczny, rozdysponował rodzinie wszystko co miał. Na jego miejsce przyszedł nowy - goły, i jak od takiego było egzekwować świętopietrze? Nie było środków, więc nie było siły. Dlatego też papież Grzegorz VII, w XI wieku wprowadził kapłanom zakaz żeniaczki. W praktyce zakaz ten realizowany był bardzo opornie, jako sprzeczny z wielowiekową tradycją, którą kler uważał za prawo naturalne, a więc przyrodzone. Jeśli już mowa o przyrodzeniu, to wiadomo, że nawet każdy święty ma je na wszelki wypadek, a co dopiero jakiś prosty sługa Boży! Na dodatek, Bóg - stworzywszy Adama i Ewę rzekł im, by byli płodni i rozmnażali się. Stąd też celibatowe bulle papieskie wywoływały bule moralne u kleru, który czuł naturalną wolę Boga. Papiestwo, mając więc wiele problemów, miało coraz mniej pieniędzy, gdyż księża obchodzili celibat, jak mogli. Tajemnie - po koleżeńsku zawierali związki małżeńskie, albo jako tak zwani konkubinariusze, żyli z kobietami "na kocią łapę".
W Polsce, kiedy w XII wieku legat papieski przywiózł bullę celibatową "... oburzony kler go znieważył i wypędził". Chociaż opornie, ale pomału prostowano drogi Pańskie. W 1357 roku arcybiskup Jarosław nakazał biczowanie księżych nałożnic, albo pakowanie ich do paki. Żonatych księży i konkubinariuszy czekały kary: klątwy, zakaz słuchania ich Mszy, utrata urzędu kościelnego, a więc i dochodu. Potem, chyba ze względu na braki kadrowe, kary te złagodzono o tyle, że grzesznym księżom zabierano tylko czwartą część dochodu, karano chłostą, albo wieżą. O braku dyscypliny celibatowej, nawet wśród biskupów, mogą świadczyć zapisane w kronikach niechlubne przykłady, o których w następnym numerze.
 
NR 109 (132) 05 PAŹDZIERNIKA 2000.
W kronikach zapisano, że krakowski biskup Paweł, znany z rozwiązłego życia, w swoim pałacu miał harem, w którym utrzymywał nawet mniszkę. Jego następca, biskup Zawisza z Kurozwęk - czując wolę Bożą - pryskał w teren na tzw. "chops". Ale skończył marnie, bo kiedy chciał sobie "chopsnąć" w terenie i właził po drabinie na kopę siana ku dziewce, spadł i potłukł się tak ciężko, że wkrótce mu się zmarło. Zapisano też, że poznański biskup Jan z Kępy "... lubował się w folgowaniu pożądliwościom ciała", a też poznańskiemu biskupowi Mikołajowi z Kórnika "... z powodu grzechów przeciw naturze język gnił".
Do wyżej podanych kłopotów celibatowo-finansowych przybył w owych czasach jeszcze jeden. Był nim Jan Hus - Czech uczony w piśmie, który żył w latach 1370-1415. Może i pożyłby dłużej, ale został spalony na stosie, bo głosił herezję, a na dodatek znalazł bardzo duży posłuch. Z opisu przekazanego przez Jana Długosza wynika, że w/g Jana Husa "... papież, biskupi i księża są sobie równi, a kapłańska godność zależy od ich cnót i zasług, a nie z tytułów. Modlitwa za zmarłych nic nie pomaga, bo każdy odpowiada za siebie, a księża biorą opłaty za Msze za zmarłych dla siebie. Kapłani winni żyć w ubóstwie pozostając na jałmużnie, albo na własnym utrzymaniu. Będący w grzechu śmiertelnym nie może żadnych godności piastować. Spowiedź tajemna, to zbędne plotki, wystarczy samemu, choćby w domu - Bogu grzechy wyznać. Kościołem jest świat. Bogate szaty księże, ozdoby, kielichy, ołtarze itp. - nie mają dla wiary znaczenia. Cmentarze są niepotrzebne, a wynalezione dla zysku księży, gdyż grzebać można wszędzie.".
Ale był ten Hus heretykiem - co? Wyobraźmy sobie, że punkt po punkcie jego zasady mają być teraz stosowane. Rany boskie! - makabra! Szczególnie dla kleru. Nic dziwnego, że Hus został przykładnie spalony, ale co zamieszał, to zamieszał. Podpuszczając swoich rodaków - Czechów będących w arcychrześcijańskiej i cesarskiej zależności od Niemców - wywołał przeciwko nim zbrojne walki narodowe, które nazywano wojnami, oczywiście husyckimi.
Poplotkowawszy sobie historycznie, wracamy z wojen husyckich do Polski, w której ze śmiercią Kazimierza Wielkiego skończył się w sumie bardzo pozytywny w skutki okres panowania dynastii Piastów. Na podstawie wcześniejszych umów zawartych przez Kazimierza Wielkiego z Ludwikiem Węgierskim, ten ostatni nabył prawo do tronu polskiego. Ludwik był synem córki Łokietka Elżbiety - siostry Kazimierza. A to, że nie znał języka polskiego nie przeszkodziło mu koronować się na króla Polski w listopadzie 1370 roku. W naszej historii zapisał się tym, że po skłóceniu dzielnic zabawił jeszcze w kraju trochę i w grudniu tegoż roku wybył na Węgry i więcej już nie powrócił. I niechby, ale chytrus, zabrał ze sobą insygnia królewskie. I chyba za karę nie pożył długo, bo w 1382 roku zmarł na leprę (trąd), jak wówczas również nazywano syfilis. Zostawił po sobie córki Jadwigę i Marię, a pod jego nieobecność "zarządzała" Polską wyżej wymieniona Elżbieta, a wicekrólem ustanowiono biskupa krakowskiego Zawiszę "chopsa" z Kurozwęt. Elżbieta nie wytrzymała długo i wyniosła się z Polski, a jak wiadomo wicekról spadł ze stogu. O czasach rządów Elżbiety i biskupa "chopsa" Janko z Czarnkowa napisał: "... Działy się w królestwie polskim wielkie kradzieże, łupiestwa i rozboje".
 
NR 110 (133) 17 PAŹDZIERNIKA 2000.
Po śmierci Ludwika Polskę miała odziedziczyć jego córka Maria, a jego druga córka Jadwiga miała otrzymać Węgry. Wcześniej ożeniono Marię z Zygmuntem magdeburskim, a Jadwigę z Wilhelmem Habsburgiem, ale małżeństwo to nie było pełnoprawne, gdyż Wiluś go nie "skonsumował" w łożu, bo Jadwisia była małoletnia, a prawo dopuszczało tę "konsumpcję" dopiero wtedy, gdy małżonka ukończy 12 lat, a tyle Jadwisia nie miała. Takie to były czasy.
W czasie owego bezkrólewia zaczęły się między Wielkopolanami a Małopolanami boje o tron, oczywiście dla swojaka, ale ostatecznie się dogadali. W związku z tym, że Węgrzy woleli Marię, nasi możnowładcy zostali skazani dziedzicznie na Jadwigę, która jako niespełna jedenastolatka, w 1384 r., przybyła do Polski i "... wstąpiła na tron". Wkrótce, bo z początkiem 1385 r., do Krakowa zjechało oficjalne poselstwo Litwy z prośbą o rękę Jadwigi dla Jagiełły. W związku z tym, że jak wcześniej podano, w Polsce był chaos, toteż uzgodnienia co do żeniaczki przeciągały się. Skorzystał z sytuacji małżonek Jadwigi Wilhelm Habsburg i celem "konsumpcji", w towarzystwie Władysława Opolczyka przyjechał do Krakowa. Dowiedziawszy się o tym krakowski kasztelan Dobiesław wziął go i przepędził hen... Dbając o interesy państwa słusznie założył, że z chwilą usankcjonowania małżeństwa Jadwigi z Habsburgiem - Niemcem, Polska miałaby przechlapane, gdyż zostałaby do cna zniemczona. Wszak Niemiec, jako mąż Jadwigi zostałby królem Polski.
Możnowładcy polscy i litewscy uzgodnili wszystko, co uznali za stosowne i wreszcie 02 lutego 1386 r., zjechali się w Lublinie i dokonani Unii, oczywiście Lubelskiej. Uzgodniono, że Polska i Litwa będą stanowiły jeden organizm państwowy na czele z królem Litwinem - Jagiełłą, który pojmie za żonę Piastównę - Jadwigę. Po zawarciu Unii, już za kilka dni, bo 12 lutego, do Krakowa zjechał uroczyście Jagiełło, a że był poganinem, już 15 lutego się ochrzcił.
Cóż się nie robi dla władzy.
Nie wyszło mu tylko z ojcem chrzestnym, bo proszony o to wielki mistrz Krzyżaków odmówił tego zaszczytu. Ostatecznie chrzestnym został Opolczyk, którego imię Władysław wziął sobie na chrzcie Jagiełło. I dzięki temu znamy go jako Władysława... Jagiełłę. Teraz już wszystko potoczyło się wartko. Władysław 18 lutego wziął ślub z Jadwigą, a 04 marca został koronowany na króla Polski, rozpoczynając epokę Jagiellonów. Przy okazji chrztu Jagiełły ochrzcił się po raz wtóry jego brat Witold, który dotąd był prawosławny, ale widocznie wtedy wolał księży niż popów.
Ktoś może się dziwić, dlaczego po Unii Lubelskiej nadano tak szybkie tempo formalnościom związanym z wprowadzeniem na tron Jagiełły. Otóż, mądrzy polscy możnowładcy widzieli pilną potrzebę zaprowadzenia w Polsce ładu, a w tamtych czasach mógł to zrobić tylko król. Doskonale zorganizowane poprzednio przez Kazimierza Wielkiego państwo, zaczęło się rozłazić, bo z południa, zachodu i północy obce żywioły chciały nas rozdrapać i trzeba było temu postawić tamę. Na dodatek w owych czasach naszym wschodnim sąsiadem była Litwa, co prawda licząca tylko ok. 200 tys. dusz, które podporządkowały sobie 800 tys. Rusinów i 40 tys. Polaków. Ówczesna Litwa była krajem zacofanym cywilizacyjnie, a co za tym idzie - biedna. Litwini trudnili się głównie łupiestwem i braniem jeńców. Taki mieli sposób na życie, a wobec tego nie byli dla Polski miłym sąsiadem.
 
NR 111 (134) 31 PAŹDZIERNIKA 2000.
Unia z Litwą i wprowadzenie na tron Jagiełły miały zapewnić Polsce spokój na wschodniej granicy, dając kres łupieżczym najazdom Litwinów. Już Kazimierz Wielki próbował uładzić Litwinów, żeniąc się z ich księżniczką Aldoną. Pożytek z tego był taki, że w posagu dostała ona 20 tys. polskich jeńców. Mając spokój na wschodzie zaistniałyby w Polsce możliwości likwidowania zagrożeń z innych stron.
Komuś może się wydawać, że Jagiełło - będąc królem - miał "klawe życie". Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że wyrósł on w środowisku kulturalnego prywitywizmu, a teraz, zetknąwszy się z panującym już w Polsce bardzo dużym rozkwitem kulturalnym, musiał dobrze główkować, aby odpowiednio znajdować się w towarzystwie bywałych w świecie polskich możnowładców, troszczących się wielce o swe przywileje. Najprostszą metodą - zresztą i obecnie stosowaną - było i jest kupowanie sobie "popieraczy", zapewniając im odpowiednie profity, oczywiście kosztem zubożenia skarbu państwa. Toteż Długosz napisał o nim: "... Nierozważną szczodrotą i rozrzutnością więcej krajowi uczynił uszczerbku niż inni chciwością i łakomstwem". Jagiełło miał świadomość, że chcąc się utrzymać na tronie musi być łagodny i ustępliwy wobec możnowładców. A to musiało się ujemnie odbijać na szerokich rzeszach pospólstwa, jak wówczas określano zwykłych obywateli. Jeśli ktoś uważa, że Jagiełło brzydko traktował maluczkich, niechaj rzuci okiem na to, co teraz możnowładcy Polscy robią w trosce o swoją kabzę. Poza tym Jagiełło, będąc ukształtowany w całkiem innej kulturze, do końca dni swoich pozostał nieufny i nie wyzbył się zabobonów. Ponoć, jak podaje Długosz, zawsze nosił przy sobie słomkę, którą łamał na trzy części przekraczając jakiś próg. Był zdecydowanym abstynentem, gdyż nigdy nie pił wina, piwa czy miodu (gorzałki wtedy jeszcze nie było). Popijał tylko czystą wodę uważając, że jest ją najtrudniej zatruć. Miał wyznaczonego wielce zaufanego dworzanina, który jako jedyny miał prawo zajmowania się jego szatami, naczyniami, a szczególnie nożami.
Dzięki jednemu z jego zabobonów do dni dzisiejszych przetrwało powiedzenie: Panu Bogu świeczkę, a Diabłu ogarek. Otóż uczestnicząc w wielkopostnym nabożeństwie, którego jednym z elementów było strącenie figurki Diabła z piedestału na podłogę - kiedy już czarci pomiot leżał zbeszczeszczony, Jagiełło kazał obok niego zapalić jakiś ogienek. Na wszelki wypadek.
Poplotkowawszy wróćmy do Unii, która jak na razie była patykiem na wodzie pisana, gdyż Litwa nie była monolitem, a wręcz przeciwnie. Na księstwie połockim funkcjonował Olgierdowicz Andrzej Garbaty, który będąc wrogiem Jagiełły uznał się lennikiem Zakonu Krzyżackiego. Ten zaś w swych imperialistycznych zapędach, pod wodzą wielkiego mistrza (tego co nie chciał być chrzestnym Jagiełły), ruszył przeciwko Litwie z wielką wyprawą i to wtedy, gdy Jagiełło obejmował władzę w Polsce. Równocześnie na Litwę uderzył mistrz inflancki i władca Smoleńska. W wyniku tego uderzenia dotarli aż pod Wilno. Jednak bracia Jagiełły z posiłkami polskimi załatwili ich odmownie, biorąc po drodze w niewolę Andrzeja Garbatego i osadzając go w kryminale na zamku w Chęcinach, gdzie nie brużdżąc nikomu przesiedział on dziesięć lat. Księstwo połockie przejął po nim sojusznik Jagiełły - Skirgiełło, a Smoleńsk się ukorzył.
 
 
NR 112 (135) 15 LISTOPADA 2000.
Część Czytelników wytyka mi, że w serialu o Ziemi Wadowickiej dużo jest ostatnio pisane o różnych historyjkach dotyczących Polski, a nie ma nic naszej ziemi. Idąc na rękę Czytelnikom proponuję dokonanie podróży w czasie i z XIV wieku pomknięcie do czasów nam bliższych, a mianowicie do powojennych lat 40. kończącego się wieku. Pretekstem do tego skoku w czasie jest głos prawicowej partii RS AW"S", dany w gazetce "Głos Mucharza", popularyzujący bodajże największego w historii Ziemi Wadowickiej bandziora - Mieczysława Wądolnego - "Mściciela".
Jak powszechnie wiadomo, obecna prawica spod przywołanego wyżej znaku, ma pełną gębę wartości chrześcijańskich, praworządności i kultywowania tradycji, a że awuesowski "Głos" przedstawia Wądolnego jako pewnego rodzaju wzorzec bojownika o słuszną sprawę, warto więc, choćby tylko w telegraficznym skrócie, poznać prawdziwy żywot i działalność tego wzorca.
M. Wądolny urodził się w Łękawicy koło Stryszowa w 1919 roku (?), w małym gospodarstwie rolnym. Przed 1939 rokiem uczył się w Krakowie zawodu malarza. Dziwnym zbiegiem okoliczności Hitler też uczył się tego zawodu. Z nastaniem okupacji niemieckiej Wądolny wrócił do Łękawicy, która terytorialnie należała do tworu nazywanego Generalną Gubernią, oddzieloną od III Rzeszy, czyli Reichu granicą biegnącą nurtem Skawy.
U Wądolnych, tak jak prawie wszędzie, bieda wtedy aż piszczała, więc Mieczysław nie chcąc być darmozjadem, dobrał sobie kilku koleżków i zorganizował spółkę prawa handlowego z o.o., która zajęła się przemytem towarów pomiędzy GG a Reichem. Z czasem wstąpił do Batalionów Chłopskich - wojskowej konspiracyjnej organizacji ruchu ludowego, która w walce z okupantem zapisała piękne karty. Wądolny w tych kartach niczym się nie zapisał, bo widocznie Niemcy nie byli dla niego takimi wrogami, jak w przyszłości Polacy.
Po wyzwoleniu, już w lutym 1945 roku, został przyjęty do Milicji Obywatelskiej, gdzie oczywiście otrzymał broń służbową, mundur i legitymację. Jednak najwidoczniej służba ta, jak i obowiązująca dyscyplina, nie leżały w jego charakterze, gdyż nie opowiadając się nikomu znikał często na kilka dni, nie sprawozdając co w tym czasie robił. Oczywiście, takie zachowanie musiało u jego przełożonych wzbudzić podejrzenia, no i wzbudziło. We wrześniu tegoż 1945 roku, przeprowadzono w jego domu rewizję, znajdując kilka sztuk automatycznej broni niemieckiej i tysiące sztuk amunicji. Został aresztowany, ale zanim zdążono mu wytoczyć sprawę karną zwiał z kryminału, tak jak ostatnio Niemczyk, w niewyjaśnionych do końca okolicznościach. W ciągu paru miesięcy zwerbował około 30. chętnych sobie, a głównie niechętnych służbie wojskowej kolesiów oraz byłych handlowców z czasów okupacji. Wtedy m.in. przystał do niego Mieczysław Spuła ze Spytkowic i Bronisław Fryc z Półwsia. Ten ostatni był milicjantem w Zembrzycach, ale że w sprzeczce zastrzelił tam niedoszłego swojego szwagra - znalazł azyl w bandzie Wądolnego, jako fachowiec o odpowiednim morale.
Wądolny, uważając się za twardziela, nadał sobie początkowo pseudonim "Granit", ale uznając chyba, że dumniej będzie brzmiał "Mściciel", taką ksywę przyjął i pod takim mianem przeszedł do lokalnej historii i na drugi świat też.
 
NR 113 (136) 30 LISTOPADA 2000.
Wódz "Mściciel" zarządził, że każdy chętny do jego bandy musi się własnym sumptem umundurować wojskowo i uzbroić, a że trzeba było oddział - bandę jakoś utrzymać, zorganizował kilka grup zaopatrzeniowców. Do ich obowiązków należało uwalnianie zamożniejszych ludzi, a głównie bogatszych chłopów z pieniędzy, drobiu, świń, krów, koni i wartościowszych rzeczy, które były sprzedawane paserom, celem zyskania pieniędzy, a w części służyły zaspakajaniu potrzeb własnych.
Na dobry początek już w listopadzie 1945 roku, banda umundurowana po wojskowemu pojechała skradzionym samochodem za Wisłę, do Babic, a to w tym celu, aby zastrzelić Jana Hudzika. "Mściciel" jako prokurator, sędzia i kat w jednym praworządnie i po chrześcijańsku uznał, że święta ziemia nie może Hudzika nosić, gdyż był on gminnym referentem UB. Widocznie w Babicach im się spodobało, bo wkrótce tam wrócili i też jako wojskowi, a więc bez problemów weszli na posterunek MO, rozbroili milicjantów, zrabowali co się dało, niszcząc doszczętnie co popadło.
Koniec roku 1945 i początek 1946, nie zostały zapisane większymi wyczynami bandy "Mściciela", nie licząc oczywiście rabunków dokonywanych przez zaopatrzeniowców. "Mściciel", szukając zaplecza politycznego, wraz z kilku swoimi ludźmi zapisał się do PSL, a że w tym czasie przystał do niego Feliks Kwarciak - też członek PSL, mianował go oficerem politycznym swojej bandy. Kwarciak pracował w wojskowej Rejonowej Komendzie Uzupełnień w Wadowicach, skąd okresowo dojeżdżał do bandy na zajęcia "polityczne", przywożąc równocześnie różne informacje, które jako funkcjonariusz wojskowy łatwo mógł zdobywać dla pożytku bandy.
Przybrawszy płaszczyk polityczny PSL, jako przeciwstawny SL, kilkunastoosobowa grupa "Mściciela" wieczorem 31 stycznia 1946 roku, podeszła w Zembrzycach pod posesję Szczepana Fidelusa, który przed wojną kilkakrotnie był posłem na Sejm z ramienia SL, a w 1946 roku był radnym powiatowym w Wadowicach i wójtem w Zembrzycach. Jego niewybaczalnym błędem było to, że nie był członkiem PSL, a SL. Dlatego też "Mściciel" postanowił go sprzątnąć, ale nie udało się, bo S. Fidelus nie dał się zaskoczyć. Zobaczywszy wykrzykujących i dobijających się do bramy ogrodzeniowej podejrzanych typów zatelefonował na MO, a sam z rodziną w zamkniętym domu schronił się na strych. Milicjanci szybko się zjawili i zaczęła się strzelanina, banda pierzchła, ale okazało się, że w wyniku wymiany ognia został postrzelony funkcjonariusz MO Władysław Kłaput, który w wyniku zadanych ran - zmarł. "Mściciel" przegrał więc tę akcję, ale odbił to sobie w sposób bardziej materialny, rabując dwa dni później w Państwowych Zakładach Garbarskich w Zembrzycach skórę wartości około 2,5 mln złotych. Oczywiście paserzy "Mścicielowi" tyle nie zapłacili, ale na pewno się opłaciło (milicjant w tym czasie zarabiał ok. 1.200,- zł miesięcznie). "Mściciel" jednak nie zrezygnował z S. Fidelusa i wkrótce, wczesnym wieczorem wysłał trzech swoich, po cywilnemu ubranych, do prywatnej restauracji w Zembrzycach. Ci sterroryzowawszy bufetową kazali jej wejść do posterunku MO mieszczącego się w tym samym budynku nad restauracją. Milicjanci, a było ich tylko dwóch, oczywiście wpuścili ją jako znajomą, ale za nią z bronią w ręku wtargnęli bandyci. Milicjanci im ulegli i podporządkowali się ich rozkazom.
 
NR 114 (137) 15 GRUDNIA 2000.
Bandyci, wyjąwszy zamki z milicyjnych karabinów, tak uzbrojonym funkcjonariuszom kazali iść w charakterze oficjalnym do S. Fidelusa. Banda, kryjąc się poszła za nimi. Podszedłszy do bramy zaczęli stukać i pukać, ale S. Fidelus nie dał się nabrać i teraz zaopatrzony już w broń palną, widząc próbujących sforsować bramę bandytów, zaczął do nich strzelać. Bandyci nie pozostali dłużni i rozpoczęła się wzajemna strzelanina, ale bezskuteczna. Napastnicy widząc, że strzelanina za długo trwa i może zwabić interwentów - niepysznie się wycofali.
"Mściciel" wściekły z powodu nieudanej akcji, postanowił odbić sobie niepowodzenie i jeszcze w ten sam wieczór pojechał do Stryszowa. Tam otoczyli dom rolnika mającego pozytywną opinię o władzy ludowej - Józefa Porębskiego. Ten, w nie zamkniętym domu siedział sobie w izbie z dwoma mężczyznami. Bandyci bez trudu cicho weszli do sieni, zaś z krzykiem wpadli do izby, dzierżąc w dłoniach broń. Wylegitymowali obecnych i okazało się, że przy jednym znaleźli legitymację UB, stłukli go za to kolbami, wywlekli na dwór i po chrześcijańsku zastrzelili. Był to funkcjonariusz PUBP w Wadowicach Józef Sadzikowski. Na odchodne sprali Porębskiego i obrabowali go, dając mu tym do zrozumienia, że nie powinien wdawać się z ubekami.
W niedzielę 24 lutego 1946 roku, o czwartej rano "wojskowi Mściciela" otoczyli w Przytkowicach dom Franciszka Suska, aby zlikwidować gospodarza. Chcieli to uczynić dlatego, że należał do PPR i był wójtem gminy Kalwaria. Susek, słysząc i widząc zza firanki co się święci, uciekł z rodziną na strych. Bandyci wyłamali drzwi, wdarli się do domu, zaczęli szukać mieszkańców, a gdy jeden z nich wychylił się z otworu prowadzącego na strych w tedy F. Susek, mając broń, strzelił do niego i napastnik spadł na dół. Zaczęła się obopólna strzelanina, ale też bezskuteczna. Ostatecznie bandyci zrabowali co się im spodobało, zabrali rannego i zwiali. Następnego dnia wyprawili się do Zembrzyc, by obrabować Andrzeja Ścieżkę.
W marcu przerzucili się do Wieprza, gdzie mieścił się 4. osobowy posterunek MO. Jako wojskowi bez problemów wieczorem weszli na posterunek, gdzie było tylko dwóch funkcjonariuszy, których rozbroili, odebrali im dokumenty, a czekając na dwóch pozostałych ładowali broń, amunicję, koce, a dla zabicia czasu niszczyli co się dało. Wreszcie wrócili z obchodu pozostali dwaj milicjanci i oczywiście wpadli w zasadzkę. Zostali łatwo rozbrojeni i postawieni pod ścianą. Część bandytów ich pilnowała, a pozostali udali się do drugiej części budynku, gdzie mieścił się sklep i kasa spółdzielcza, do których wyłamali drzwi i obrabowali. Ze swoistym poczuciem humoru zamknęli milicjantów w pomieszczeniu dla aresztantów, a sami z łupami wynieśli się. Zostawiwszy po melinach łupy, dojechali do przystanku PKP w Zembrzycach i tam nastraszywszy kolejarza, zrabowali z kasy stacyjnej 8 tysięcy złotych. Też w Zembrzycach, 05 kwietnia 1946 roku, pobili, wywlekli z domu do lasu i tam zastrzelili 20. letniego Franciszka Kuczaka. Dokładnie nie wiadomo dlaczego. W tym samym miesiącu rozwalili komisariat MO w Makowie Podhalańskim i próbowali to samo zrobić w Mucharzu, ale milicjanci uprzedzeni o tym, i znając już metody działania bandy, nie dali się nabrać na wojskowe mundury. Zabarykadowali się na posterunku, zawiadamiając o napadzie powiatową komendę MO.
 
NR 113 (136) 30 GRUDNIA 2000.
Bandyci, bluzgając groźbami, żądali otwarcia bramy na posterunek w Mucharzu, ale uparci milicjanci nie uczynili tego. Za to napastnicy obrzucili budynek granatami, ale że w oknach były założone druciane siatki, więc granaty te odbijały się od nich i wybuchały na zewnątrz. Rozpoczęła się strzelanina, w czasie której nadjechała odsiecz z Wadowic. Bandyci wycofali się na południe, a że była już noc, pościg za nimi został wstrzymany. Na drugi dzień grupa pościgowa, w potoku koło Makowa Podhalańskiego znalazła zwłoki zastrzelonych dwóch mężczyzn. Wkrótce je zidentyfikowano i okazało się, że byli to poszukiwani przez służby bezpieczeństwa członkowie bandy, którzy z niej zdezerterowali i ukrywali się u rodzin. Tam zostali wykryci przez czterech nieznanych osobników, zabrani z domów i zabici.
Walcząc o wolność i demokrację, systematycznie funkcjonowali zaopatrzeniowcy. M.in. oni to Koźbiała z Jaroszowic uwolnili od świni i tucznika i zbili go w podzięce za to. Następnie napadli na ambulans pocztowy PKP, rabując 240 tys. złotych, a z kasy PKP kolejne 120 tys. złotych. W tym czasie niejaki Ignacy Sikora z Kleczy Dolnej, dotychczas wzorowy funkcjonariusz KP MO w Wadowicach, po rocznej służbie zdezerterował stamtąd i przystał do "Mściciela". Fakt ten jest o tyle istotny, że tenże Sikora, przyjąwszy pseudonim "Prawy", wielce się w bandzie zasłużył, a po śmierci "Mściciela" jeszcze długo dawał się we znaki władzy, siejąc zamęt w społeczeństwie.
Pomimo tego, że rząd emigracyjny w Londynie formalnie w 1945 roku przestał istnieć, jego pogrobowcy nie dawali za wygraną i przy cichym wsparciu Zachodu utrzymywał i rozwijał swe struktury w Polsce. Taką konspiracyjną agendą była Armia Polska w Kraju, której sztab na Polskę południową znajdował się w Krakowie. "Mściciel", nie chcąc być osamotniony, ale mieć poczucie określonej legalności, zgłosił swój akces do tejże Armii Polskiej i został chętnie przyjęty.
Poprzednio podano relację z dwóch nieudanych prób zlikwidowania S. Fidelusa, a że do trzech razy sztuka, wreszcie bandzie się to udało. Dnia 05 maja 1946 roku, w Makowie Podhalańskim S. Fidelus z żoną i siedemnastoletnim synem zostali na ulicy zatrzymani przez kilku uzbrojonych osobników. Jeden z nich "wylegitymował" się, pokazując na szyi ryngraf z wizerunkiem Matki Boskiej, jako dowód, że byli oni chrześcijanami. Zaprowadzili trójkę Fidelusów na miejscową plebanię i zamknęli w jednym z pomieszczeń, by poszukać księdza, który gdzieś się zapodział. Bandyci uznali bowiem, że ich ofiarom trzeba dać możliwość wyspowiadania się przed wykonaniem wyroku. Gdy bandyci szukali księdza Fidelusowie, rezygnując ze spowiedzi, wyszli oknem i zaczęli uciekać. Niestety, spostrzegli to bandyci i rozpoczęli strzelaninę za nimi. W wyniku tego zabili ojca i matkę, a uciekł tylko syn, który przekazał relację z tej masakry jego rodziców.
W tym też czasie bandyci "Mściciela" zabili Jana Rusina z Bieńkówki - posła do Krajowej Rady Narodowej, a w Marcówce dziewczynę o nazwisku Michalina Nowak.
Widocznie rozrastająca się banda potrzebowała więcej środków na "pensje", gdyż systematycznie okradała m.in. ambulansy pocztowe. Tak np. 16 lipca 1946 roku, napadli na pociąg między Stryszowem a Stroniem, rabując 350 tys. złotych. Fakt ten nie miałby większego znaczenia, gdyby nie to, że przeczesując wagony wyłowili dwóch żołnierzy na przepustce. Wywlekli ich w pole, rozbroili, rozebrali z mundurów, no i zastrzelili.
 
NR 116 (139) 16 STYCZNIA 2001.
Banda "Mściciela", zlikwidowawszy S. Fidelusa i J. Rusina - przedstawicieli ówczesnej władzy, kontynuowała wyzwolicielskie dzieło. W maju tegoż 1946 roku, rozbiła posterunek MO w Zawoi, a następnie w Stryszowie, gdzie dodatkowo splądrowali Urząd Gminy i stację PKP, rabując oraz niszcząc co się dało. Uzyskiwane z grabieży łupy i setki tysięcy złotych stały się w pewnym momencie powodem zatargów. Podwładni "Mściciela" uznawali bowiem, że ich wódz nie dzieli sprawiedliwie zdobycznej doli i za dużo sobie zatrzymuje. Rozrubę zaczęli: B. Frych - "Twardy", I. Sikora - "Prawy" i M. Spuła - "Feluś". Łącząca ich idea wolnościowa wzięła jednak górę i jakoś się dogadali. "Mściciel" podzielił swój oddział na pięć grup, a przywódcę rozruby o forsę - "Twardego" - mianował podporucznikiem i dowódcą jednej z grup. Teraz już bojownicy przede wszystkim patrzyli na ręce dowódców swoich oddziałów, dzięki czemu "Mściciel", otrzymując dla swego sztabu część łupów, nie mógł być - jako jedyny posądzany o pazerność.
"Twardy" początek swojego wodzowstwa uświetnił 25 lipca, w nocy, w Barwałdzie Górnym. Mianowicie, przemieszczając się ze swoim oddziałem, zobaczył światła jadącego, oplandeczonego samochodu, wówczas banda zaległa w rowach przydrożnych i otworzyła ogień. Samochód ze strzaskaną szybą wpadł do rowu, gdzie się zatrzymał, a z szoferki wyskoczył człowiek. Nie był to jednak jakiś ubek, ale Bogu ducha winny kupiec z Krakowa - Marian Stanek. Drugi jadący samochodem nie wyskoczył, bo był już nieboszczykiem. Miał strzaskaną kulami głowę i klatkę piersiową, a nazywał się Józef Brodowicz. Opróżniając samochód, jego zwłoki wrzucono do rowu, a skrępowanego Stanka w pobliskie krzaki. Po dokonaniu tych zbożnych czynów, banda w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku, ruszyła w swoją dalszą drogę, ale nie zaszła daleko, gdyż znowu od Wadowic nadjechał oplandeczony samochód. Na wszelki wypadek zaczęli go już z dala ostrzeliwać. Samochód się zatrzymał, i wyskoczyli z niego, jak się okazało, funkcjonariusze MO i UB, i też sobie postrzelali, ale ze względu na przewagę liczebną bandy, pozostawiając samochód planowo się wycofali zakryci mrokami nocy. Trupów nie było, banda wsiadła do zdobytego samochodu i podjechała pod posterunek MO w Kalwarii, domagając się jego otwarcia. Obecni na posterunku nie usłuchali polecenia, więc zaczęła się strzelanina, w wyniku której w budynku zginął jeden z funkcjonariuszy - Bednarz. W czasie strzelaniny zjawił się patrol 18 Pułku Piechoty i po krótkiej strzelaninie, banda bez strat w ludziach wycofała się. Następnym wyczynem bojowników był napad dokonany 4 sierpnia, na sołtysa w Ponikwi Józefa Gracę. Skończyło się tylko na rabunku i zniszczeniu dokumentów służbowych, a sołtysowi zwrócono uwagę i pouczono go, żeby wiedział, co "Mściciel" potrafi. W następnych dniach sierpnia banda nie leniuchując, obrabowała z pieniędzy stację PKP w Andrychowie i Stryszowie. Wkrótce "Mściciel" z sześćdziesięciu bojownikami napadł na pociąg osobowy w Barwałdzie Górnym. Zrabowali z ambulansu forsę, a z wagonów wyłowili ośmiu funkcjonariuszy MO oraz dziesięciu żołnierzy. Potraktowano ich jednak po ludzku, gdyż tylko ich rozbrojono oraz zabrano mundury i dokumenty.
 
 
NR 117 (140) 01 LUTEGO 2001.
Jak z dotychczasowych relacji wynika, banda dysponowała mundurami wojskowymi i milicyjnymi oraz odebranymi funkcjonariuszom legitymacjami służbowymi. Łatwo więc było im dopuszczać się różnych niecnych czynów, które oczywiście przypisywane były - przedstawicielom ludowej władzy. No bo jak ludziska mogli odróżnić przebierańców od prawdziwych funkcjonariuszy.
Ilość trupów pozostawionych przez bandę, ilość zrabowanych państwowych pieniędzy, miały duże znaczenie propagandowe, gdyż dowodziło to, że władza jest bezradna i bezsilna. A któż szanuje i poważa taką władzę. Dodając do tego perfidne działania przebierańców - można sobie łatwo wyobrazić powszechne nastroje społeczne.
W połowie sierpnia 1946 roku, banda przemieszczając się, napotkała w okolicy Marcówki pięcioosobowy konny patrol 18 pułku piechoty. Został on ostrzelany, w wyniku czego zginął porucznik Skuziński i st. sierż. podch. Niewiadomski. Reszta patrolu zbiegła. Pod koniec sierpnia "Mściciel" z pięćdziesiątką swoich ludzi, nad ranem dokonał nieudanego napadu na posterunek MO w Lanckoronie, a wkrótce, też bez efektów na posterunek w Stryszowie. Funkcjonariusze, nauczeni poprzednimi doświadczeniami, byli już bardziej czujni i przygotowani na napady. Dlatego też "Mściciel" poszerzył taktykę zabijania funkcjonariuszy. Np. w restauracji w Stryszowie, w biały dzień jakiś facet podbiegł nagle do stolika przy którym siedzieli: Jan Guzdek, Stanisław Ściera - funkcjonariusz PUBP i Józef Sołtys - milicjant ze Stryszowa, i wystrzelał do nich cały magazynek z pistoletu. Podobnie, bo w biały dzień zaplanowano likwidację sekretarza KP PPR w Wadowicach - Władysława Pasternaka. Akcję zaplanował i kierował nią poznany wcześniej Feliks Kwarciak pracujący w RKU. Trójka wykonawców wyroku, ubrana po cywilnemu oczekiwała w alejce prowadzącej do stacji PKP w Wadowicach na pociąg, którym Pasternak dojeżdżał do Andrychowa. Przed odjazdem pociągu bandyci zobaczyli Kwarciaka idącego tuż za starszym facetem, którym był Pasternak. Kwarciak, wskazawszy w ten sposób cel, odszedł na bok, a wówczas wykonawcy wyroku ostrzelali skazańca i zbiegli. Rannego Pasternaka zawieziono do szpitala, ale i tam dotarło za nim dwóch ludzi Kwarciaka, oczywiście po to, aby dobić rannego. Na przeszkodzie stanął im czuwający tam milicjant Józef Adamczyk, którego w wyniku strzelaniny zabili i zbiegli. Pasternak ocalał, ale zginął Bogu ducha winien funkcjonariusz wypełniający swoje obowiązki.
Co by nie było i jak by nie było, znaczna część społeczeństwa zaczynała mieć już dosyć chaosu i atmosfera wokół wojowników "Mściciela" zaczęła się zagęszczać. Spowodowało to u wodza narastanie podejrzliwości. Jedną z ofiar tej niebezpiecznej cechy stał się Józef Szarek z Rokowa, pracujący jako dróżnik w RDP. Z tytułu wykonywanej pracy miał on doskonałe rozeznanie o wszelkim ruchu różnych ludzi na drogach. Wiedział więc kto, kiedy i gdzie się przemieszcza. To rozeznanie nie spodobało się "Mścicielowi", który przez swoich wysłanników kazał Szarkowi zrezygnować z pracy. Ale ten się uparł, bo miał odpowiadającą mu dobrą robotę, a na utrzymaniu żonę i dwóch synów - nie rzucił więc pracy. Wobec tego "Mściciel" wydał na niego wyrok śmierci, którego wykonawcą w asyście drugiego wojownika został "Prawy" (I. Sikora). Szarka zastrzelono nad Skawą. Została matka z dwojgiem nieletnich synów. Ale to nie było zmartwieniem wojowników.
 
NR 118 (141) 15 LUTEGO 2001.
Podejrzliwość "Mściciela" wykorzystywali jego kolesie do osobistych porachunków, gdyż wystarczyło rzucone podejrzenie o współpracę z UB, by nie było mocnych. Sami swoi zastrzelili Józefa Sasułę "Sokoła", z Makowa Podhalańskiego, jako podejrzanego o taką współpracę. Nawet dowódca grupy Bronisław Fryc "Twardy", nie uchował się. Na podstawie podejrzenia zastrzelił go ubiegający się o dowództwo grupy Ignacy Sikora "Prawy". "Mściciel" bowiem uwierzył, że "Twardy" jest miękki, bo współpracuje z UB i bez zbędnych wyjaśnień zaakceptował jego ubicie, a wynagrodzenie za to - "Prawego".
Członkowie oddziału "Mściciela", zajmując się zawodowo działalnością polegającą na walce z władzą ludową, musieli nie tylko sami siebie, ale również swoje rodziny utrzymać oraz opłacać meliniarzy. Ponieważ rabunki dokonywane przez bandę nie wystarczyły na pokrywanie powyższych kosztów, "Mściciel" zwrócił się do swoich władz w Krakowie, t.j. do Sztabu Armii Polskiej w Kraju, o dofinansowanie. Sztabowcy, mając jednak podobne problemy ekonomiczne, postanowili je rozwiązać poprzez dokonanie opłacalnego napadu. Po przeprowadzeniu wcześniej stosownego rozpoznania, uczyniono to 31 października 1946 roku w Krakowie. Oczywiście sztabowcy, będący tylko od myślenia, nie brali bezpośrednio udziału w napadzie, a dokonało tego zbożnego czynu sześciu bandytów "Mściciela", oddelegowanych w tym celu do Krakowa. Napadli na dwóch kasjerów PKP konwojowanych przez dwóch SOK-istów i terroryzując bronią odebrali im trzy i pół miliona złotych. Z tej kwoty "Mściciel" otrzymał pół miliona złotych, uczestnicy napadu po dwadzieścia tysięcy złotych, resztę - tj. prawie trzy miliony złotych - pozostawił na swoje utrzymanie krakowski Sztab Armii Polskiej. Przypomnijmy, że funkcjonariusz MO zarabiał wtedy średnio 1.200,- złotych miesięcznie.
Kontynuując wyzwolicielską działalność, banda "Mściciela" pod koniec 1946 roku dopadła w Wyźrale Franciszka Mieszczaka, a że był on pracownikiem UB - został zastrzelony. W tym samym czasie, w Zawoi banda napadła na dom rodzinny Tadeusza Stypuły, który na swoje nieszczęście też był pracownikiem UB, ale na jego szczęście nie było go w domu. W zastępstwie bandyci zgwałcili jego siostrę Władysławę, jednak kierując się wartościami chrześcijańskimi, nie chcieli żeby żyła w hańbie, więc ją zastrzelili. Niewiarygodnego mordu dokonali na Brańce - sklepikarzu z Barwałdu. Wpierw, celem zmiękczenia, trzymali go w piwnicy, ale widocznie nie skruszał odpowiednio, więc też go zamordowali. I nie byłoby to czymś nadzwyczajnym, gdyby nie to, że bandyci wieńcząc swoje dzieło, odrąbali Brańce głowę i zatknęli na płocie koło jego chałupy.
Objąwszy dowództwo jednej z grup, I. Sikora "Prawy" - tępiciel zwolenników władzy ludowej - na dobry początek swojej działalności zamordował Leokadię Łukasiewicz. Jej wina polegała na tym, że jako nauczycielka w Wielkich Drogach ośmieliła się należeć do PPR i jak wielu nauczycieli, być działaczką społeczną. Następnie za przychylność władzy ludowej zamordował Józefa i Tadeusza Łysików w Izdebniku, a Franciszkowi Ormusowi spalił zabudowania, żeby wiedział, kto tu rządzi.
Nie zasypiał gruszek w popiele dowódca innej grupy - M. Spuła "Feluś". Pod koniec roku 1946, z kilkoma członkami swego oddziału ubranymi w mundury wojskowe, napadł na przystanek PKP w Ryczowie, obrabował kasę, a gdy nadjechał pociąg, z ambulansu pocztowego zabrał 170.000,- złotych i sześć worów z tekstyliami.
 
NR 119 (142) 02 MARCA 2001.
Wśród pasażerów znaleźli dwóch wojskowych, ale im większej krzywdy nie zrobili, tylko starym zwyczajem odebrali broń i mundury, pozwalając boso i w bieliźnie jechać pociągiem dalej. Sami z łupami udali się na melinę w Brzeźnicy.
Dnia 26 grudnia 1946 roku, "Prawy" z kilkuosobową grupą wszedł na przedstawienie w Kleczy Dolnej, gdzie zebranych poinformował, że są żołnierzami Armii Polskiej w Kraju i będą do ostatka walczyć z PPR-owcami, UB-owcami, milicjantami i ormowcami oraz zaapelował do obecnych o poparcie w tej sprawie i udzielanie pomocy. Wygłosiwszy powyższe przemówienie wyszedł na drogę, by odetchnąć świeżym powietrzem, pozostawiając swoich "żołnierzy" na przedstawieniu. Na drodze natchnął się na nadchodzącego z żoną chorążego Wojska Polskiego - pracownika RKU Józefa Sadzikowskiego. Przy próbie wzajemnego wylegitymowania się szybszy okazał się "Prawy" i zastrzelił Sadzikowskiego, a następnie jego żonę, która w obronie męża rzuciła się na bandytę. Była ona w ciąży, a poza tym mieli sześcioro nieletnich dzieci. Ale to już nie był problem "wyzwoliciela", który ją pozbawił życia, nosząc jakże nobilitujący pseudonim: "Prawy".
Skończył się 1946 rok. Jeden z oddziałów "Mściciela" w mundurach wojskowych, pod wodzą "Felusia" - Mieczysława Spuły, postanowił uczcić koniec roku stosownie, tj. zgodnie z ich moralnymi zasadami. Wybrali się więc na zabawę sylwestrową do Zelczyny. Po drodze w Ochodzy spotkali trzech mężczyzn po cywilnemu, ale dwóch z nich miało przewieszone pepesze, a jeden miał karabin. Mężczyźni ci zaskoczeni przez umundurowanych bojowników, dali się rozbroić i wylegitymować. Byli to ormowcy z ochodzy wracający z zabawy sylwestrowej w Zelczynie: Wojciech Kucharczyk, Franciszek Lelek i Jan Linkiewicz. Do domów nie wrócili, bo oczywiście jako ormowcy zostali zastrzeleni. Po dokonaniu tego chrześcijańsko-wyzwoleńczego czynu banda mogła już z czystym sumieniem udać się do Zelczyny na zabawę. A tam bawiono się w najlepsze, gdy na salę wszedł "Feluś" z kompanami, wszyscy dzierżąc broń patriotycznie w dłoniach. Nastała cisza, "Feluś" rozkazał, aby mężczyźni ustawili się po prawej, a kobiety po lewej stronie sali, następnie polecił: "ormowcy wystąp!" Nikt nie wystąpił, więc wszystkich mężczyzn wylegitymowali i znaleźli trzech ormowców - młodych miejscowych rolników: dwóch Józefów Opyrchałów i Wojciecha Stokłosę. "Feluś" kazał im się położyć na podłodze, a następnie z pepeszy wystrzelił w nich cały magazynek, potem przetrząsnął kieszenie nieboszczyków, zabrał legitymacje oraz drobne pieniądze i już więcej nie zakłócając zabawy, opuścił z kompanami pamiętnego do dzisiaj w Zelczynie sylwestra.
 Gdy podkomendni "Mściciela" zabawiali się w sylwestra w wyżej opisany sposób, sam wódz postanowił odświętnie i manifestacyjnie uczcić koniec 1946 roku. W samo południe na czele licznego, umundurowanego wojskowo i uzbrojonego w broń maszynową oddziału, zaszczycił swą rodzinną wieś - Łękawicę. Jechał na czele, na białym koniu, a za nim maszerowali pozostali bojownicy w czterech kilkudziesięcioosobowych oddziałach, za którymi jechał wóz z prowiantem i amunicją. Pokazawszy Łękawiczanom kim on to nie jest, "Mściciel" z oddziałem rozlokował się po domach na skraju wioski, wystawiając wokół posterunki wartownicze, mające zapewnić mu spokojne świętowanie.
 
NR 120 (143) 16 MARCA 2001.
Przypomnijmy, że w kraju działał rząd jak najbardziej legalny, gdyż uznany nie tylko przez Związek Radziecki, ale też przez światowe mocarstwa, takie jak USA, Wielka Brytania, Francja, Włochy - nie mówiąc o innych. Ze wszystkimi tymi państwami Polska miała oficjalne stosunki dyplomatyczne, a już w 1945 roku została przyjęta do ONZ.
Po olbrzymich zniszczeniach wojennych kosztem wielu wyrzeczeń, wszyscy normalni Polacy przystąpili do realizacji trzyletniego planu odbudowy kraju, zasiedlania i zagospodarowywania Ziem Odzyskanych itd. Ale w Londynie pozostał szczątkowy rząd emigracyjny, który - chociaż nie uznawany przez jakiekolwiek państwo - nie pogodził się z tym, że w Polsce nie ma już przedwojennych, sanacyjnych porządków, a najgorszym dla londyńczyków było to, że zostali odsunięci od władzy, czyli żłobu. Stąd też, na bazie pozostałych z czasów okupacji swoich struktur organizacyjnych w Polsce, żyjąc bezpiecznie w Anglii, zorganizowali zbrojne, terrorystyczne podziemie, którego celem było obalenie rządów ludowych, a częścią składową była m.in. banda "Mściciela". Jest rzeczą oczywistą, że w tak ciężkiej sytuacji gospodarczej, chcąc wyciągać Polskę z dołka, władze musiały zapewnić w kraju przede wszystkim sprawną organizację, ład i porządek. Jednak o czymś takim nie mogło być mowy gdy działały bandy takie jak "Mściciela", które siały zamęt, terror, a tym samym wywoływały w społeczeństwie brak poczucia stabilizacji i zaufania do władz. Dlatego też władze te, w miarę posiadanych sił i środków, podjęły bezwzględną walkę z tymi bandami, która niestety, była mało skuteczna, gdyż "wyzwoliciele", jak dotychczas przedstawiono, cieszyli się dużą bezkarnością. Społeczeństwo jednak zaczynało mieć już dosyć "Mścicieli" i dlatego służby bezpieczeństwa zyskiwały coraz więcej ludzi popierających ich działania. Dzięki temu "Mściciel" nie zdążył jeszcze dobrze rozgościć się w Łękawicy, a powiatowe służby bezpieczeństwa dowiedziały się o jego sylwestrowym pokazie bezkarności. Nastąpiła błyskawiczna mobilizacja i z Wadowic wyruszyły samochody z wojskiem, milicją oraz funkcjonariuszami UB. Ponad 200. osobowy oddział dotarł do Łękawicy, a po godz. 1900 otoczył wieś i ruszył do bratobójczego szturmu. Rozpoczęła się strzelanina, wybuchy granatów, zaczęły palić się domy, padać trupy... Zaskoczony "Mściciel", widząc, że nie ma wyjścia, postanowił wyjechać, ratując własną skórę i pozostawiając oddział na łasce losu, a ściślej mówiąc - na oczywistej niełasce szturmujących. Wskoczył więc na swojego białego konia i w ogólnym zamęcie, mimo ostrzeliwań, zwiał cało gdzie pieprz rośnie, to znaczy do jednej ze swoich licznych a nieznanych melin. Walka pomału wygasła, po obu walczących stronach pozostali zabici i ranni, część bandy w rozproszeniu uciekła na wszystkie strony, za wyjątkiem ponad 20. jej członków, którzy się poddali. Nie ulegało najmniejszej wątpliwości, że główne siły "Mściciela" zostały rozbite, a niedobitki rozproszyli się. Sam wódz gdzieś się zataił, ale wkrótce dowiedziano się gdzie, dzięki temu, że złapano łączniczkę z krakowskiego sztabu Armii Polskiej w Kraju, która niosła meldunek - wytyczne - do "Mściciela". Niedoświadczone, wystraszone dziewczę, myśląc o własnej młodej skórze, bez większych oporów podało adres kontaktowy, pod którym miał na łączników czekać "Mściciel".
No i stało się. Dnia 14 stycznia 1947 roku, o świcie grupa żołnierzy KBW zaczęła cichcem otaczać dom w Łękawicy, w którym ukrywał się "Mściciel".
 
NR 121 (144) 01 KWIETNIA 2001.
Próba zaskoczenia przez KBW nie udała się, gdyż żołnierze zostali zauważeni, a "Mściciel" wybiegł z meliny, chcąc zwiać do lasu. Oczywiście, został ostrzelany i padł, ale ku zaskoczeniu wszystkich nie od postrzału tylko w wyniku wybuchu granatu. A zaskoczenie taką przyczyną śmierci "Mściciela" wynikało stąd, że siłą bezpieczeństwa nie chodziło o to, aby go zabić, ale ująć żywcem. W związku z tym żołnierze mieli rozkazane, by w przypadku nie poddania się "Mściciela", ale próby jego ucieczki, strzelać mu tylko w nogi. Taki humanitarny rozkaz był podyktowany tym, że zabicie tak znaczącego terrorysty kończyło w zasadzie jego sprawę. Natomiast żywy dawał możliwość pokazowego sądu, który byłby filmowany, a następnie w kronikach filmowych publikowany w kinach ku przestrodze innym, jak to w owych czasach czyniono w celach propagandowych. Badano więc, jak to z tym wybuchem granatu było. Okazało się, że "Mściciel" miał ponoć granat w kieszeni spodni, który tam trafiony kulą z rkm-u, wybuchnął zaoszczędzając właścicielowi upokarzającego, pokazowego procesu. W melinie, z której wybiegł "Mściciel", znaleziono torbę z dokumentami, a wśród nich legitymację wystawioną przez Komendę Główną Armii Polskiej w Kraju dla porucznika "Granita", gdyż pod takim pseudonimem w aktach konspiracyjnych "Mściciel" figurował. Na podkreślenie zasługuje tu fakt, że "Mściciel" otrzymał stopień oficerski, chociaż nawet nie otarł się o służbę wojskową. Jego mocodawcy zastosowali więc wyśmiewaną, a praktykowaną przez władze ludową zasadę: "nie matura, lecz chęć szczera zrobi z ciebie oficera". Z kronikarskiego obowiązku należy dodać, że na plakatach propagujących powyższe hasło można było spotkać dopiski: "nie pomogą szczere chęci, z gówna bata nie ukręci".
Poza tym w torbie znaleziono rozkaz w/w Komendy, przyznający porucznikowi "Granitowi" Krzyż Virtuti Militari i Krzyż Walecznych oraz to ostatnie odznaczenie dla 25. członków bandy. Znaleziono też legitymację członkowską PSL, dokumenty osobiste ze zdjęciami M. Wądolnego na nazwisko Zdzisław Felus, pieczątki itp.
Takie to były czasy dwuwładzy. Nielegalna odznaczała swoich za to, że zabijali legalnych, a legalna władza, uznana przez wszystkie państwa świata, odznaczała swoich za to, że likwidowali nielegalnych. Za granicą niektóre środowiska z satysfakcją zacierały ręce, że głupi Polacy sami między sobą się wyżynają. A gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta. Sama tylko banda "Mściciela" zamordowała ponad 60 Polek i Polaków, a działały jeszcze inne, które w swoim bandyckim procederze nie pozostawały w tyle.
 
NR 122 (145) 14 KWIETNIA 2001.
Rozbicie bandy "Mściciela" spowodowało znaczne ograniczenie morderstw i rabunków w powiecie wadowickim. Równocześnie w Polsce miało miejsce bardzo ważne wydarzenie. Mianowicie, dnia 19 lutego 1947 roku odbyły się pierwsze powojenne wybory do sejmu, wygrane przez blok sił demokratycznych. Od 25 lutego weszła w życie ustawa o amnestii dla członków nielegalnych organizacji reakcyjnych. Skorzystało z niej ponad 55 tysięcy osób. Była to już druga powojenna amnestia. Pierwsza miała miejsce w sierpniu 1945 roku i obejmowała członków nielegalnych organizacji politycznych i wojskowych, sprawców i uczestników przestępstw popełnionych przed dniem 22 lipca 1945 roku, a skorzystało z niej ponad 44 tysiące osób. Amnestie te polegały na tym, że wszyscy, którzy ujawnili się i swoją przestępczą działalność, mieli prawem zagwarantowane zwolnienie od odpowiedzialności karnej bez względu na ciężar winy. Intencją władz wprowadzających amnestie było danie możliwości członkom nielegalnych organizacji powrotu do normalnego życia. Jeżeli w 1945 roku ujawniający się, byli to głównie członkowie AK i BCh, a więc walczący w czasie wojny z hitlerowcami, to w 1947 roku byli to nie tylko "bojownicy" typu "Mściciel", ale również zwykli bandyci i rabusie uprawiający swój proceder po szczytnym do dzisiaj hasłem walki z komuną.
Społeczeństwo nasze w przeważającej masie miało wtedy już dość bandytyzmu, w związku z czym przybywało ludzi współpracujących z siłami bezpieczeństwa. Znaczną część członków band stanowili młodzi, zbałamuceni ludzie, którzy również mieli dosyć dzikiego życia, ukrywania się, niepewności jutra i braku perspektyw na normalne życie, jakie prowadzili ich rówieśnicy w "cywilu". W Polsce następowała szybko normalizacja, nie było większych problemów ze znalezieniem pracy, czy możliwości bezpłatnego kształcenia się. Pomimo powojennej biedy Polska była jednym wielkim placem odbudowy i budowy. Teraz coś takiego nazywa się robotami publicznymi, ale tylko nazwa istnieje, gdyż takich robót się nie prowadzi. Jest za to bezrobocie i bardzo kosztowne kształcenie się.
Ujawniający nie chwalili się nadmiernie swoimi najcięższego kalibru zbrodniami. Dla władzy nie miało to większego znaczenia, czy bandzior tylko rabował, torturował swe ofiary - przepraszam, nie torturował, a wymierzał karę chłosty np. kolbą karabinu - czy zamordował jedną, albo kilka osób. Wszystkim puszczono bezkarnie dokonane czyny, zyskując równocześnie wiele cennych informacji o melinach, paserach itp. współpracujących z bandami, co ułatwiało ich likwidację.
Tak więc, wielu młodych ludzi zrozumiało swój błąd i ci wrócili do normalnego życia, ale nie wszyscy. Mieczysław Spuła "Feluś", z kilkuosobową grupką, mordując i rabując walczył o "niepodległość" do 1949 roku. Został zastrzelony w czasie snu razem ze swoim przybocznym przez "Kosa", członka jego bandy, który współpracował z UB i podjął się roli kata. Ktoś może go potępiać, a inny stwierdzić, że dobrze zrobił, bo przez ten czyn ocalił życie innym, których "Spuła" mógł jeszcze zamordować, gdyby żył dalej.
 
NR 123 (146) 30 KWIETNIA 2001.
"Spuła" mordował, masakrował ludzi i rabował do 1949 roku. Jego kompan i rywal o przywództwo, Jan Sałapatek "Orzeł" - kilka lat dłużej "walczył o wolność i demokrację". Urodzony w Jachówce w 1923 roku, był - tak jak jego ojciec - z zawodu kowalem. Drugi zawód, tj. bandyctwo, zaczął praktykować zaraz po wojnie w bandzie "Mściciela". Po jej rozbiciu skorzystał z amnestii i w marcu 1947 roku, ujawnił się, wracając do ojcowskiej kuźni. Okazało się jednak, że waląc młotem chyba za mało z tego miał, bo na pewno za miesiąc kucia nie zarobił tyle, co na jednym rabunku. Wrócił więc do drugiego zawodu - bandyctwa. Trzeba przyznać, że wykonywał go humanitarnie, mianowicie nie przesadzał z mordowaniem i katowaniem ludzi, a głównie zarabiał na życie rabunkami. Nie organizował licznego zespołu, i zwykle dobierał sobie dwóch chętnych, którzy byli wykonawcami, a on w bezpiecznej odległości obstawiał ich, obserwując sytuację. Gdy jego współpracownicy zostawali ubici bądź ujęci, on uchodził cało i werbował następną dwójkę. Był wielce nieufny i przebiegły, dzięki czemu zapisał się jako ostatni bandzior nie tylko na terenie Ziemi Wadowickiej, ale również na terenie województwa krakowskiego. Służby bezpieczeństwa podejmowały różnorodne działania operacyjne, a jeśli ktoś woli - podstępy, aby go ująć. Po wielu staraniach tych służb, które wiedziały, że Sałapatek czuje się co raz bardziej wyizolowany, udało im się przez pośredników namówić go na spotkanie z "przedstawicielami centrali w Londynie". Oczywiście, przedstawiciele ci, to nie był kto inny, tylko odpowiednio przygotowani funkcjonariusze UB. Doniosłe spotkanie odbyło się dopiero dnia 14 stycznia 1955 roku, w uzgodnionej wcześniej melinie. Tam, gdy funkcjonariusze próbowali go obezwładnić, ten będąc chłopem na schwał szarpnął się z wielką siłą do tyłu. Runęli na podłogę, a Sałapatek padając uderzył tyłem głowy o żelazne drzwiczki pieca. Okazało się, że na skutek tego uderzenia pękła mu czaszka. Lekarze więzienni próbowali go przez kilka dni ratować, aby zdrowy i żywy mógł wystąpić w pokazowym procesie. Jednak im się to nie udało - zmarł nie odzyskawszy przytomności.
Właściwie na tym można skończyć historię "Mściciela", "Felusia" i "Orła". Zostały one opracowane na podstawie książki napisanej przez Stanisława Wałacha: "Świadectwo tamtym dniom", rozmów z byłymi pracownikami PUBP, którzy w owych czasach uczestniczyli w walkach z bandami oraz żyjącymi jeszcze świadkami tamtych dni, których najbliżsi bądź sąsiedzi zostali poszkodowani opisanymi wcześniej działaniami "wyzwoleńczymi".
 
NR 124 (147) 16 MAJA 2001.
W ostatnim numerze red. "NS" zaapelowała do Czytelników o zgłaszanie swoich uwag oraz nadsyłanie materiałów dotyczących działalności podziemnych band zbrojnych, jak i służb bezpieczeństwa. Dotychczas na ten apel otrzymaliśmy tylko jeden list, niestety anonimowy, a podpisany: "Byli Akowcy". Nie szczędząc ordynarnych epitetów pod adresem Autora "Serialu...", jak również redakcji, głosi on, że wszystko co zostało opisane o bandach, to wierutne kłamstwa i fałszowanie historii, mające na celu zohydzić w społeczeństwie Armię Krajową i pokrewne jej nielegalne organizacje wojskowe walczące po wyzwoleniu w 1945 roku "o wolność i niezawisłość". "Byli Akowcy" w swym liście nie podają żadnych konkretów i właściwie należałoby nie reagować na ich anonim, gdyby nie to, że są jeszcze ludzie chcący za wszelką cenę wybielić czarne karty bratobójczej wojny domowej, wywołanej i prowadzonej przez różne nieodpowiedzialne elementy po 1945 roku. Nawet oficjalnie wiadomo, że do grona tych ludzi należy wadowicki samorząd, który w budżecie gminy przewidział 3.000,- złotych na opracowanie książki o owych czasach. A trudno przypuszczać, aby była ona obiektywna i krytyczna w stosunku do działających wówczas band. Poza tym w "Serialu..." nie ma ani słowa o Armii Krajowej. Wobec tego nie wiadomo o co "Byłym Akowcom" chodzi? Wiadomo, że w opisywanych zdarzeniach występowało wiele samozwańczych bojowników - rozbójników, podszywających się pod różne firmy. Jeśli Akowcy chcą się do nich zaliczyć, to ich sprawa. Przy takim wyborze "patriotycznej" walki dokonanej przez Akowców, należałoby jednak zadać pytania: dlaczego AK nie było tak aktywne i operatywne w czasie okupacji w walce z niewątpliwym wrogiem, jakim byli Niemcy, dlaczego nie napadali na posterunki granatowej policji oraz niemieckich służb, dlaczego nie puszczali w gaciach niemieckich żołnierzy, jak robili to z polskimi, dlaczego nie zabijali tak często różnych kolaborujących z Niemcami Polaków, jak robili to z Polakami - działaczami lewicy po 1945 roku, dlaczego...?
Niedaleko, bo w Oświęcimiu, dymiły kominy krematoriów, a wiatr zawiewał czasami dym ze spalanych ludzkich ciał nie tylko do Wadowic. Polacy wiedzieli, jaki los mają zgotowany i realizowany przez hitlerowców, a jednak AK nie walczyła z nimi tak bezwzględnie, jak z Polakami, a to tylko dlatego, że Polacy ci reprezentowali lewicowe poglądy i chcieli budować sprawiedliwość społeczną.
Nie wiadomo ilu żyjących jeszcze Akowców, którzy zapisali chlubne karty w walce z hitlerowskim okupantem, podpisze się pod oświadczeniem: tak, to co robiły bandy "Mściciela" i jemu podobnych - to nasza firma! Jeśli się podpiszą pod takim oświadczeniem, to teraz, stojąc dumnie ze sztandarem AK-owskim w czasie różnych uroczystości państwowych i kościelnych, niechaj pomyślą, że wśród uczestników tych obchodów stoją już dorośli ludzie, a kiedyś małoletnie sieroty po zamordowanych ojcach, których winą było tylko to, że służył w wojsku, był funkcjonariuszem milicji, czy służb bezpieczeństwa, albo tylko człowiekiem o lewicowych poglądach, które miał odwagę wyrazić.
Nie pisaliśmy o AK, a więc żołnierze tej Armii nie mają się o co oburzać, a jeśli chcą, to ich sprawa.
Przedstawiliśmy fakty zapisane na kartach historii, niezliczoną ilością nazwisk zatartych już zębem czasu na nagrobnych pomnikach oraz w pamięci żyjących świadków tamtych dni. I nie ważne, czy się to komuś podoba, czy nie...
 
 
 
NR 124 (147) 31 MAJA 2001.
Wreszcie, po mrocznym wielce zagmatwanym politycznie i moralnie fragmencie historii najnowszej, mówiącym o różnych mścicielach, wracamy do bardzo odległych czasów, tj. do początków dynastii Jagiellonów. Jak pamiętamy, na tronie polskim zasiadł świeżo ochrzczony Litwin Władysław, który ożeniwszy się z Piastówną Jadwigą, w znaczący sposób zalegalizował swoje prawa monarsze. Wszak ta jego żona była prawowitą dziedziczką tronu polskiego i królową. Na mocy podpisanej z Litwinami Unii, powstało nowe, duże państwo, a że Księstwo Litewskie kulturowo różniło się znacznie od Polski, nie brakowało problemów integracyjnych. Poza tym Władysław Jagiełło musiał prowadzić przetargi z możnowładcami, którzy swe poparcie dla niego uzależniali od uzyskiwanych dla siebie przywilejów, przez co jak zwykle traciły pozostałe, szerokie rzesze społeczeństwa. Oczywiście do możnowładców zaliczano wówczas, tak jak i teraz, kler z całą jego hierarchią. W każdym bądź razie, dzięki polsko-litewskiej Unii, Polska chociaż wielka miała też wiele kłopotów. Na Litwie trwały wewnętrzne boje o władzę pomiędzy Witoldem a Skirgiełłą. Witold pokumał się z Krzyżakami, by po jakimś czasie znowu się pokłócić. Zakon Krzyżacki umocnił się nad Bałtykiem, a mając wielkie apetyty terytorialne parł dalej na wschód, uderzając od czasu do czasu na Litwę. Żeby Jagielle było smutniej, w 1392 roku ujawnił się książe Władysław Opoplczyk, który też miał apetyty i zaproponował cesarstwu Brandemburgii, Węgrom i książętom śląskim rozbiór Polski, ale chętnych nie znalazł. W 1398 roku Krzyżacy zawarli z Litwinami pokój, a tym ostatnim zachciało się wojować z Tatarami o Ruś, w czym skromnej pomocy udzielił im Jagiełło. Ale bitwa nad Worsklą w 1390 roku została sromotnie przegrana, padło wielu kniazi litewskich, rycerzy polskich i plany podboju całej Rusi przez Litwę upadły.
Mając mnóstwo kłopotów, Jagiełło chyba zaniedbywał swoje obowiązki małżeńskie, bo upłynęło 12 lat jego małżeństwa z Jadwigą, a następcy tronu nie było. W czasie kiedy Litwini i garść polskich rycerzy padali w boju nad Worsklą, w lipcu Jadwiga powiła długo oczekiwane dziecię płci żeńskiej, które niestety zmarło po trzech dniach żywota. Królowa wkrótce również poszła w ślady córki i w wieku 25 lat, w lipcu 1399 roku zmarła. Została pochowana przy wielkim ołtarzu katedry wawelskiej. Kiedy w 1949 roku otwarto grób Jadwigi, przy jej zwłokach znaleziono tam jabłko monarsze i berło wykonane z drewna, a korona była zrobiona z pozłacanej skóry. Te "klejnoty" dowodziły prawdy, że wszystkie swoje kosztowności oddała ona na rzecz Akademii Krakowskiej. W rocznicę jej śmierci, a więc w 1400 roku, został dokonany podniosły akt odnowienia Akademii Krakowskiej, a do uczelnianej księgi wpisał się sam król Władysław Jagiełło. Jeśli dotychczas uczelnia ta, mimo starań nie miała zezwolenia na prowadzenie wydziału teologicznego, od tego czasu ten kierunek kształcenia zaczął się rozwijać, gdyż zaistniało olbrzymie zapotrzebowanie na fachowców tej branży. Wynikało to z faktu, że Polsce przybyły rozległe obszary nowo ochrzczonych, a i prawosławie ze wschodu się pchało. Katolicka Polska - przedmurze chrześcijaństwa nie mogła przecież na takie rzeczy pozwalać.
 
NR 126 (149) 16 CZERWCA 2001.
Wracając do Akademii Krakowskiej warto zwrócić uwagę na ówczesną, obyczajową ciekawostkę. W tamtych czasach studiować mogła tylko płeć męska, ale zdarzyło się, że jakieś dziewczę pałające chęcią do wiedzy, odziawszy się w męski strój, w charakterze żaka pobierało nauki na Akademii. Jednak znalazł się jakiś wredny typ, który mając płciowe podejrzenia, dobrał się do niej i potwierdził swoje przypuszczenia, że to nie ta płeć. A wtedy nie było tak jak teraz, że kto chce, w portkach nosi to, co mu natura dała. Wówczas kobietom za męski strój groziła nawet kara śmierci na stosie. Jednak w tym przypadku, dzięki temu, że opisywana żakówna uczyła się i prowadziła nadzwyczaj przykładnie, po stosownym śledztwie darowano jej żywot, ale oddano ją do zakonu.
Z portkami związany był wówczas też inny przepis prawny. Mianowicie, karczmarze z delikwenta, który nie zapłacił za wypitą gorzałę mogli ściągnąć wszystkie części ubrania, ale portek nie! Wynikało to prawdopodobnie stąd, że w tamtych czasach nie było w modzie noszenie gaci, a wobec tego po ściągnięciu portek, niewypłacalny trunkowiec świeciłby nieprzystojną golizną, siejąc publiczne zgorszenie.
W uprzywilejowanej sytuacji byli księża i zakonnicy, którzy poza sutannami i habitami pod spodem nic nie nosili, wobec tego karczmarz nie mógł z nich nic ściągnąć. Przy przywileju tym pozostali do dzisiaj. Nawet Urząd Skarbowy nie jest w stanie z nich ściągnąć. A tak w ogóle, to w tamtych czasach kobiety majtek też nie nosiły. Zresztą, jeszcze przed kilkudziesięciu laty w Polsce, szczególnie na wsi, kobiety też nie oblekały swych intymności w tę część bielizny.
Wraz z chrześcijaństwem do Polski z zachodu wędrowały nie tylko nowe prawa, nauki i postęp. Na chrześcijańskim zachodzie stały się popularne i rozwijane nowe zajęcia, a było to mordowanie Żydów i prostytucja. Żydów - starszych braci w wierze, mających tego samego Boga co chrześcijanie, mordowano, bo tak jak i teraz uważali się za naród wybrany, a poza tym mieli kasę, zaś nie będąc podporządkowanymi Stolicy Apostolskiej i hierarchii kościelnej nie dzielili się z nimi tą kasą. Wedle ówczesnego prawa, Żydzi jako niewierni, traktowani byli jako kacerze, których ogniem i mieczem można było nawracać. W czasie tych zbożnych czynności, jeśli Żyd się przechrzcił, to jego dusza pozostawała w ciele, nie przechrzcił się, to chrześcijanie pomagali jego duszy opuścić wredne - żydowskie ciało. W Hiszpanii, Francji, Niemczech, Czechach, na Węgrzech wierni z zapałem wzięli się za nawracanie Żydów, a że byli oni oporni, zginęło ich setki tysięcy.
Nawracanie Żydów czynione było bardzo ochoczo. Nie wiadomo jednak, czy wyłącznie z pobudek ideowych - boskich, czy też bardziej przyziemnych. Przecież, jeśli Żydzi zostali zamordowani, pozostawał ich majątek w różnej postaci i nie można było dopuścić, żeby się zmarnował. Wierni więc, za swój trud w szerzeniu wiary, zabierali dla siebie pożydowskie dobra.
Powyższa moda w Polsce nie rozwinęła się w znaczący sposób. Owszem, były czynione próby. Jak zapisano w historii, np. kanonik Budka, w kościele św. Barbary, grzmiał z ambony: "... Żydzi mieszkający w Krakowie, w nocy poprzedzającej zabili dziecko chrześcijańskie i krwią jego bezbożnie się zmazali, a na księdza, który szedł do chorego z Najświętszym Sakramentem, kamieniami ciskali".
Czyż dobrzy chrześcijanie mogli na takie bezeceństwa Żydom pozwalać?!
 
NR 127 (150) 30 CZERWCA 2001.
Rozruchy antysemckie, na zachodni wzór miały miejsce kilkoma falami również i w Polsce, chociaż nie w wielkim nasileniu i trzeba przyznać, że zdarzało się, iż były tłumione przez straże miejskie. Nie zawsze i wszędzie to się udawało. Mordowano więc Żydów pod byle pretekstem, oszczędzając jednak ich dzieci, które za pomocą chrztu wprowadzano na łono Kościoła. A dzieci mają to do siebie, że w takich sytuacjach nikt ich, tak jak i teraz, o zdanie nie pyta. Jak z powyżej przedstawionego stosunku do Żydów wynika, tradycje w naszym narodzie są wielowiekowe.
Wszystko, opisane powyżej we fragmentach, działo się za czasów króla Władysława Jagiełły, którego dokonania są znane na ogół tylko z bitwy pod Grunwaldem. Chwała wielkiego zwycięstwa nad potęgą krzyżacką opromienia pamięć o nim.
A historycy dotąd są podzieleni, co do oceny tego zwycięstwa, okupionego srogą jatką z obu stron. Stanęło wtedy naprzeciw siebie, ze strony Krzyżaków 21 tysięcy konnych i 11 tysięcy pieszych żołnierzy, a po stronie polskiej stanęło około 39 tysięcy wojowników, w tym 18 tysięcy ciężkiej jazdy konnej. Ciężkiej dlatego, że koniom było ciężko dźwigać na grzbietach zakutych w żelastwo od stóp do głów rycerzy, a żelastwo jak wiadomo, sporo waży. Stanęły więc dwie armie naprzeciw siebie, ale że nie przybyły tam, aby stać i przyglądać się sobie, ruszyły więc na siebie i używając różnych ręcznych narzędzi do zabijania, w imię Boże, po chrześcijańsku zaczęły się szlachtować. Skuteczniejsza w tym dziele okazała się armia Jagiełły, w której któryś tysiąc Tatarów - muzułmanów, wyżywało się na krzyżackich chrześcijanach. Po zakończeniu rozlewu krwi okazało się, że ubito większą część armii krzyżackiej i całe jej dowództwo, które było przecież "w cywilu" politycznym kierownictwem tego Zakonu. Mogło by się wydawać, że został postawiony krzyżyk na Krzyżakach. Działo się to wszystko dnia 15 lipca 1410 roku i zakończyło tego samego dnia przed zachodem słońca. Na drugi dzień znaleziono zwłoki wodza krzyżackiego Ulryka von Jungingen i innych dostojników, które Jagiełło polecił, po obmyciu i okryciu purpurą, odesłać do Malborka - krzyżackiej stolicy - konnym wozem. Dotarły one tam już dnia 19 lipca i okazało się, że wątła i wielce wystraszona załoga zamku wcale nie uradowała się z powrotu swoich przywódców. Na pewno ze względu na stan w jakim się oni znajdowali. Jagiełło ze swoją armią dnia 17 lipca, ruszył w pochód na Malbork. Jakoś dziwnie szło im to niesporo, bo czołówka tej armii dotarła na miejsce dopiero 25 lipca. W międzyczasie komtur ze Świecia - Henryk, też von, ale Plauen, zdążył do Malborka ściągnąć posiłki skąd się tylko dało, zgromadzić żywność i spalić miasto, aby oblegający nie mieli zbytnich komfortów. Czołówka polskiej armii dowodzona przez Jakuba z Kobylan i Dobiesława z Oleśnicy, rozpoczęła szturm i przez wyłom od strony Nogatu wdarła się w część fortyfikacji zamkowych. I właściwie na tym się skończyło. Ale zaczęło się oblężenie wielce ospałe. W czasie tego oblężenia, okazało się, że armia litewska razem ze swoim wodzem Witoldem, dostała biegunki z przejedzenia i wobec tego musiała wrócić do domowych pieleszy, aby się kurować. Jagiełło, jako dobry brat Witolda, dał mu 6 polskich chorągwi, celem zabezpieczenia odwrotu schorowanym Litwinom. To niby oblężenie skończyło się 19 września i tak zostało przez współczesnego historyka na piśmie skwitowane: "... król, nie usłuchawszy zdrowych i zbawiennych rad rycerzy i obywateli pruskich, zwinąć kazał obozy, porzucił oblężenie i z miejsca pełnego chwały, podobniejszy raczej do zwyciężonego aniżeli do zwycięzcy, ruszył do Polski z powrotem".
 
NR 128 (151) 17 LIPCA 2001.
Długosz, opisując spotkanie Jagiełły, z wtedy już wielkim mistrzem von Lauen, cytuje słowa tego mistrza: "... zdarzyłaci, Miłościwy Królu nieba i sam los przychylny po trzykroć najszczęśliwszą porę, w której mogłeś zamek malborski złatwością zdobyć i kraje zakonu krzyżackiego na zawsze opanować, ale nie umiałeś ze sposobności skorzystać. Najpierw, kiedy poprzednika mego, Urlyka i wszystkie jego wojska pokonałeś i zniosłeś prawie do szczętu, bo gdybyś był zaraz nazajutrz kilka tylko chorągwi posłał pod zamek malborski, byłby ci się poddał niezawodnie, małą bowiem i nader słabą miał załogę. (...) Gdybyś tylko do dni piętnastu przedłużył oblężenie, tak bowiem byliśmy ściśnieni niedostatkiem i głodem, że na wszystek lud strzegący zamku mieliśmy już tylko dwa barany i trzy połetki słoniny".
Jak z powyższego cytatu wynika, są pełne podstawy do twierdzenia, że Jagiełło nie wykorzystał grunwaldzkiego zwycięstwa, gdyż żadnych terytorialnych zdobyczy nie osiągnął, a Krzyżacy ze swoją stolicą - Malborkiem, dalej pozostali i trwali. Historycy mogą snuć przypuszczenia, że Jagiełło - Litwin, nie chciał, aby Polska zbytnio spotężniała, bo wtedy Litwa na tym tle marnie by wyglądała, a z tego powodu na pewno źle by się czuł jego brat Wielki Książe Witold. Historycy mogą sobie gdybać, a powinni zawierzyć słowom Jagiełły, jakie wypowiedział na cytowany powyżej wytyk mistrza von Lauen: "... Nic nie może się stać bez woli Boga, który wszystkim opacznie rządzi.". Takie zachowanie się Jagiełły, pomimo powołania się na wolę boską, nie zostało przez Krzyżaków z należną, chrześcijańską pokorą przyjęte. Mimo tego, że za wyjątkiem klęski militarnej, dzięki łaskawości Jagiełły terytorialnie dalej pozostali nad Bałtykiem - nie popuszczali Jagielle. Dalej więc snuli intrygi w Stolicy Apostolskiej, na której w latach 1406-1415 zasiadał Grzegorz XII, a dla urozmaicenia w tymże czasie funkcjonował w latach 1394-1423 antypapież Benedykt XII i na dodatek drugi antypapież, którym w latach 1410-1415 był Jan XXIII. Z wyżej wymienionych, ten ostatni był najbarwniejszą postacią. Służbę Bożą zaczął jako pirat, następnie robił karierę wojskową, zajmował się lichwiarstwem, a że był operatywny, znalazł sobie zwolenników, którzy na Soborze pizańskim zrobili go papieżem. Jako taki wziął się szybko do roboty, która polegała na wieszaniu i karaniu wszelkich przeciwników. Widocznie jednak przebrał miarę, gdyż przez Sobór w Konstancji został zdjęty ze stolca papieskiego za synomię (handel dostojeństwami itd.), skandaliczny żywot i morderstwa. Oskarżono go nawet o osobiste zamordowanie ponad stu osób, z czego udowodniono mu 55 morderstw. Skazany został na dożywocie, ale wykupił się za 30.000 dukatów, a z czasem został ponownie mianowany kardynałem.
Ostatecznie walki papieskie zakończył sobór powszechny w Konstancji, trwający od listopada 1414 roku do kwietnia 1418 roku, który powołał na tron papieski Marcina V (1417-1431). Poza tym na soborze owym uczestnicy obrad chcieli aby uznano wyższość soboru nad papieżem, ale ten jednak nie zgodził się z tym i swoim dekretem zakazał odwoływania się do soborów od postanowień papieskich. Spory na temat nieomylności papieża wlokły się do 1870 roku, kiedy to jednoznacznie ustalono, że zwykły śmiertelnik, jeśli tylko jest papieżem musi być nieomylny.
Historyczny wkład w obrady soboru w Konstancji wniósł rektor Akademii Krakowskiej Paweł Włodkowic, ogłaszając traktat o władzy papieskiej i cesarza nad niewiernymi.
 
NR 129 (152) 31 LIPCA 2001.
Traktat ten kategorycznie sprzeciwiał się nawracaniu niewiernych mieczem i głosił, że każdy naród ma prawo do swobodnego życia. Dlatego też był wielce nie po myśli Krzyżakom, którzy kochali nawracanie siłą, co pozwalało im dotychczas na zdobywanie i uzależnianie od siebie coraz to nowych terytoriów. Krzyżacy nie mogli już wieszać psów na Jagielle za to, że im, misjonarzom bożym złoił skórę, gdyż Sobór uznał, że nawracanie niewiernych siłą jest sprzeczne z prawem bożym.
Do ciekawego wydarzenia, które echem odbiło się w bieżącym roku, w związku z wizytą Jana Pawła II na Ukrainie, zaliczyć należy zjawienie się w Konstancji metropolity kijowskiego Grzegorza Camblaka ze wspaniałym orszakiem. Metropolita ten został ustanowiony przez synod biskupów prawosławnych Wielkiego Księstwa Litewskiego. Krzyżakom to się nie spodobało, gdyż stwierdzili: "... Witold wyniósł i obrał ruskiego papieża lub, jak go zowią, patriarchę na Litwie i zamierza zmusić Moskwicinów, Nowogrodzian, Pskowian, słowem, wszystkie ruskie kraje do posłuszeństwa temu patriarsze". Gdyby to się Witoldowi udało, Krzyżacy nie mieliby pretekstu do szerzenia wiary w tych krajach i groziło by im bezrobocie. Ale Witoldowi to się nie udało, szczególnie w stosunku do Moskwicinów, którzy odcięli się całkowicie od Stolicy Apostolskiej, nad czym ubolewał Jan Paweł II wizytując Ukrainę. Natomiast prawosławny metropolita Grzegorz Camblaka zapoczątkował podział Kościoła prawosławnego, którego część uznała zwierzchnictwo papieża i są to tzw. unici.
Soborowi w Konstancji udało się zakończyć tzw. schizmę zachodnią, która polegała na tym, że w łonie Kościoła rzymsko-katolickiego od lat występowała rywalizacja o tron papieski, różne stronnictwa wybierały sobie papieży, którzy nawzajem się zwalczali, przez co nie można było mówić o jedności Kościoła. Trwała rywalizacja pomiędzy władzą papieską a cesarską, a poza tym, jako odpór nieprawościom, jakich dopuszczali się papieże i ich dwory, rodziły się ruchy reformatorskie. W owych czasach czołowym przywódcą takiego ruchu był w Czechach Jan Hus, który łączył hasła nawołujące do walki z niemczyzną z hasłami odnowy życia religijnego, krytykując szczególnie rozpasanie hierarchów. Udało mu się poderwać Czechów do czynu, czego owocem były wojny husyckie. Stał się czeskim bohaterem narodowym, ale tyle mu z tego przyszło, że zginął na stosie. Mając "list żelazny" od cesarza Zygmunta Luksemburczyka, gwarantujący mu bezpieczeństwo, wybrał się na Sobór w Konstancji celem zaprezentowania swoich reformatorskich przemyśleń, mających prostować drogi pańskie. Okazało się jednak, że papież, nie respektując cesarskiego "żelaznego listu", kazał Jana Husa, jako heretyka spalić na stosie, co uświetniło sam Sobór. Warto wiedzieć, że palenie na stosie miało na celu nie tylko straszliwą, a więc odstraszającą formę zadawania śmierci. Według doktryny kościelnej spalenie pozbawiało delikwenta możliwości stawienia się na Sąd Ostateczny. Wszak powiedziane było i jest, że gdy nadejdzie czas owego Sądu wszyscy z martwych powstaną, aby być sądzonymi. Spaleni nie mogą powstać, gdyż tylko proch z nich pozostał, a Bóg miłosierny nie może wszak kupki prochu sądzić.
 
NR 130 (153) 17 SIERPNIA 2001.
W związku z tym, że Polska od zawsze, tak jak i współcześnie chłonęła wszystko co szło z zachodu, tak samo zaraziła się husytyzmem. Różnica polegała na tym, że w Czechach ruch ten łączył idee wyzwoleńcze spod wpływów niemieckich z reformowaniem funkcjonowania Kościoła, a w Polsce był to ruch społeczno-religijny, którego celem było dążenie do postępowych, społecznych zmian, a więc próby wychodzenia z mroków średniowiecza. Rozwinął on się w Małopolsce, na Śląsku i w Wielkopolsce, a w efekcie, pod przywództwem Spytka z Melsztyna utworzyli oni nawet konfederację. W tym czasie biskupem krakowskim był Zbigniew Oleśnicki, przy którym oczywiście w sprawach wiary król Jagiełło nie miał nic do gadania, a wobec tego, zgodnie z zasadą wyższości władzy duchownej nad świecką, tenże biskup sprawę husytów wziął w swoje nabożne ręce. W związku z powyższym, jako przeciwstawienie konfederacji, zorganizował obóz antyhusycki i czynił co mógł, aby ten ruch społeczeństwu obrzydzać. Na przykład, zdarzyło się w 1432 roku, że Jagiełło przyjął w Pabianicach posłów czeskich, którzy przyjechali do króla, aby złożyć mu deklarację: "... że całą swoją potęgą przyjdą królowi z pomocą, kiedykolwiek król chciałby podjąć wyprawę na krzyżaków". Wydawać by się mogło, że posłowie ci powinni być traktowani z wielkimi honorami i uznaniem. Jagiełło, owszem, chętnie przyjął tę deklarację, ale kiedy posłowie w drodze powrotnej zatrzymali się w Krakowie, biskup Oleśnicki nie wytrzymał i obłożył miasto interdyktem, uznając, że się pokalało goszcząc Czechów-husytów. Zwyciężyły więc nie racje państwowe, ale racje hierarchii kościelnej, gdyż husyci głosili, że kler wszelkiej rangi, to nie władcy, ale słudzy Boży, a do rozprzestrzeniania takich zasad nie można było przecież dopuścić. I stało się w 1439 roku, że doszło do bitwy pomiędzy konfederacją husytów polskich pod wodzą Spytka z Melsztyna, a wojskami królewskimi. Stało się to pod Grotnikami, w województwie kieleckim, a husyci zostali sromotnie pobici i na tym ówczesna próba reformatorska w Polsce się skończyła.
Na Ziemi Wadowickiej o husytach właściwie nie ma wiadomości. Owszem, starsi ludzie mówili i jeszcze mówią o kimś, kto przestrzega do przesady pewne zasady np. w jedzeniu, że jest husyt albo fusyt, ale bierze się to z pomieszania pojęć. Są bowiem Żydzi ortodoksyjni, a więc przestrzegający surowo zasad wiary, których zwie się chasydami. A dużo to trzeba, by z chasyda zrobić w wymowie husyta czy fusyta, tak jak z kacerza - kociarza?
A chasydzi przestrzegają nawet starozakonnego wyglądu. Można ich poznać po tym, że chodzą w długich czarnych szatach jak sutanny, a na głowach noszą małe, okrągłe czapeczki, takie jak papież i wysocy dostojnicy kościelni. Poza tym są brodaci i pejsaci.
 
NR 131 (154) 31 SIERPNIA 2001.
Rozpisałem się o Żydach, a to dlatego, że teraz jest na nich moda. Mamy ich obecnie w Polsce parę tysięcy, a głośno o nich jakby ich było tysiąc razy więcej. Wszystko przez to Jedwabne. Jest prawdą, że w czasie okupacji obywatele polscy, współdziałając z Niemcami zlikwidowali iluś tam też obywateli polskich. Różnica między tymi obywatelami polegała na tym, że jedni byli rzymsko-katoliccy, a drudzy mojżeszowi. W naszej, i w ogóle historii przecież nie było to nic nowego, z tym, że onegdaj czyniono to jednoznacznie w imię wiary, a więc bezkarnie. Po drugiej wojnie władza ludowa uznała, że wiara wiarą, ale winni likwidacji Żydów w Jedwabnem muszą być ukarani. Odbyły się więc procesy, w wyniku których kilkunastu Polaków rzymsko-katolików zostało skazanych na różne kary, z karami śmierci włącznie. I właściwie sprawa na tym powinna być zamknięta.
A ten szum wokół Jedwabnego potrzebny jest teraz Izraelowi po to, aby nasz Naród czuł się skruszony i miał poczucie winy, którą należy wyrównać, a najprościej można to uczynić popierając politykę państwa Izrael, jaką stosują, choćby tylko w stosunku do Palestyny. Przy okazji Jedwabnego odgrzano antysyjonizm polski, jaki miał miejsce w 1968 roku, nie przypominając, że państwo Izrael, które powstało w 1948 roku, kiedy już jako tako okrzepło, rok wcześniej, bo w 1967 roku, napadło na Zjednoczoną Republikę Arabską zajmując i okupując trzykrotnie większy teren od własnego. W tymże 1967 roku, ONZ podjęła rezolucję domagającą się wycofania Żydów z zajętych terenów, która dotychczas nie została zrealizowana. PRL, jako członek ONZ, realizując wówczas jej rezolucje zerwała z Izraelem stosunki dyplomatyczne, a w związku z tym atmosfera wokół Żydów w Polsce zmieniła się i wszyscy, którzy tego chcieli mogli wybyć z kraju. A nie było chyba tak źle, bo wielu z nich zostało, a paru nawet w Wadowicach.
Wróćmy jednak do czasów Jagiełły. Niestety, niewiele o nich na Ziemi Wadowickiej wiadomo. Zapewne jacyś miejscowi wielmoże, czy wójtowie musieli uczestniczyć w bitwie grunwaldzkiej, gdyż podlegali obowiązkowi mobilizacji, a więc stawania w potrzebie odpowiednio uzbrojeni i wyposażeni, ale tego można się tylko domyślać, gdyż wtedy nie było ustaw o kombatantach, a wobec tego brak jest stosownych rejestrów. Odnośnie tamtych czasów warto podać ciekawostkę dotyczącą Ziemi Wadowickiej. Mianowicie, podobno król Jagiełło ufundował kościołowi w Wieprzu dwa obrazy: Matki Boskiej Śnieżnej i Pana Jezusa Nazareńskiego, ale dlaczego i w jakiej intencji - nie wiadomo, jak również nie wiadomo, jaki jest los tych obrazów. A może jakiś szperacz, nie tylko z Wieprza, wyjaśniłby ich historię?
 
Jan Fidziński
 
 
Tego się już nie dowiemy, tak jak i nie przyjdzie nam też poznać dalszego ciągu Jankowej historii o Wadowickiej Ziemi.
W sobotę, 08 grudnia 2001 roku po raz ostatni, udaliśmy się w naszą wspólną drogę z kol. Janem Fidzińskim. Dla Janka była to droga ostatnia...
 
W numerze 138 (161) pisma "Nad SKAWĄ" z dnia 18 grudnia 2001 roku, przyszło mi pożegnać wspaniałego człowieka: prawego, otwartego dla innych ludzi i to nie tylko dla przyjaciół, ale i tych, którzy różnili się z nim w poglądach oraz opinią. Przyszło mi pożegnać Jana Fidzińskiego, którego za szybko zabrała nam ciężka (ukrywana przez Janka) choroba i niespodziewana śmierć.
Żegnałem Jana Fidzińskiego jako wydawca i redaktor naczelny pisma "Nad SKAWĄ", bowiem należały Mu się i nadal należą słowa najwyższego uznania.
Był wielkim człowiekiem Wadowickiej Ziemi, wspaniałym publicystą, plastykiem, i od zawsze człowiekiem wadowickiej lewicy, który pokazał swoje ogromne możliwości, klasę, talent oraz odpowiedzialność za drugiego człowieka.
 
Urodzony w Skawinie przybył do Wadowic i tu wrósł swoimi korzeniami w często jakże brutalną dla Niego rzeczywistość. Nie szczędził jednak wysiłków, aby tę rzeczywistość zmieniać dla poprawy bytu obywateli. Do końca pozostał zakochany w naszym mieście i nie wyobrażał sobie, że gdziekolwiek może być wspanialszy dom i wspanialsze na świecie miejsce. Wiele uczynił nie tylko dla wadowickiej lewicy i pisma "Nad SKAWĄ", wiele uczynił dla środowiska, w którym dane było Mu żyć. Jego szacunek do drugiego człowieka, umiejętność wsłuchania się w opinie innych oraz umiejętność podejmowania dialogu, pozwalały Janowi Fidzińskiemu skupiać wokół siebie co raz większe kręgi Przyjaciół.
I to właśnie spowodowało, że wraz ze śmiercią Jana Fidzińskiego, obok Rodziny, również wielu z nas czuło, że straciło kogoś bliskiego.
Straciłem Przyjaciela, z którym wiele wspólnie uczyniliśmy i wiele jeszcze zamierzaliśmy zrobić. Spotkałem Go kilkanaście lat temu na krętej drodze wadowickiej historii. On pomagał mi redagować pismo, ja Jemu budować szeregi demokratycznej, otwartej na ludzi, wadowickiej lewicy. Straciłem Przyjaciela, który nawet w najtrudniejszych chwilach potrafił zachować obiektywne spojrzenie na rzeczywistość, szacunek do drugiego człowieka i (czego wielu mu zazdrościło)... wspaniałe poczucie humoru. Straciłem Przyjaciela, którego oceny i rady o jakie doń się zwracałem, były zawsze do perfekcji trafne i zawsze użyteczne. Straciłem Przyjaciela, z którym przeszedłem wiele, ale równie wiele jeszcze przejść planowaliśmy...
Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Są jednak ludzie, których zastąpić jest bardzo trudno, powiem - wręcz prawie że niemożliwe.
Takim właśnie człowiekiem był Jan Fidziński; był tym, którego nikt i nic nie zastąpi Rodzinie, Wadowicom, przyjaciołom. Mnie też...
I dlatego właśnie postanowiłem zebrać i Jego pamięci poświęcić ten zbiór, którego Jankowi nie dane było na łamach pisma "Nad SKAWĄ" ukończyć.
Ostrzeżenie!  
  Okienkko logowania nie jest wyświetlane, ponieważ dodatek "Ukryte strony" nie został aktywowany na tej stronie  
Reklama  
   
Stronę odwiedziło już 34786 odwiedzający (86147 wejścia) osób.
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=