Wadowice24.pl
 
  Moje miasto - Wadowice.
  Marcin Wadowita
  Franciszek Suknarowski
  Jędrzej Wowro
  Ada Sari.
  Karol Józef Wojtyła.
  Józef (Rafał) Kalinowski.
  Krótka historia gorzeńskiego Muzeum.
  Emil Zegadłowicz.
  Asygnaty kasowe
  Okres okupacji...
  Oni nie doczekali...
  Znasz li ten kraj?
  Historia fary.
  List od Przyjaciela...
  Trochę smutna Kremolandia.
  Historia mojego miasta...
  Autor materiału "Byłem kierownikiem biura poselskiego..." - drugi raz niewinny!
  Byłem kierownikiem biura poselskiego...
  Wiersze Juliana Tuwima
  Erotyki Jerzego Romana Jaglarza
  Roch Polus - wiersze
  Wiersze różne...
  Galerie
  Kontakt
Strona prywatna.
Byłem kierownikiem biura poselskiego...

Są to moje wspomnienia z okresu równie mojej (i nie tylko) współpracy z Haliną Talagową, posłem na Sejm RP IV kadencji, z listy SLD.

 

Żaden z wniosków skierowanych do posłanki za potwierdzeniem odbioru, o których mowa w materiale nigdy nie doczekał się odpowiedzi, do której udzielenia posłanka zobowiązana była prawem.

 

Wstęp

„... straszna dziwka”

„... Polityka to straszna dziwka” - zwykł mawiać Imć Talleyrand. „Chroń mnie Panie Boże od przyjaciół, z wrogami sobie poradzę” - mógłby rzec autor tego opracowania, który w imię wyższych racji zawieruszył się na politycznych bezdrożach.

Opracowania na wskroś osobistego.

Ot, historia jak jedna w wielu: było sobie dwoje ludzi, z których jedno poświęciło wszystko dla sukcesu drugiego, a gdy sukces nadszedł, zostało odstawione w kąt, jak zepsuta zabawka. I nie polecałbym Państwu tej relacji z prywatnej wojny, gdyby nie fakt, że gdy jedną ze stron jest osoba publiczna - poseł regionu - to i sprawa staje się publiczna.

Co prawda w zawartą w tym „wyrobowym” wyrobie sugestię o tajnym pakcie Talagowa - Drożdż nie za bardzo wierzę. Choćby dlatego, że do paktów trzeba partnerów o w miarę podobnych możliwościach, zaś potencjały intelektualne tych dwojga są oddalone od siebie o tysiąclecia, ery prawie. Kamienia łupanego na pewno.

Pies jest pogrzebany jednak gdzie indziej - oto otrzymujecie Państwo przestrogę: świadectwo o wątpliwej moralności człowieka, którego obdarzyliście zaufaniem. Człowieka małego rozumu, za to wielkiej pazerności. Osoby, dla której jednym wyznacznikiem służby - z nazwy publicznej - są własne korzyści.

Dramatyczna to relacja, zwłaszcza dla środowisk związanych z ideologią lewicową. Dramatyczna również dla mieszkańców regionu, którzy mieli nadzieję na pierwszego od lat posła z prawdziwego zdarzenia. I wybrali rencistkę, która tak jak niegdyś Wyrobę, odstawiła w kąt również całe społeczeństwo. Agentkę firmy obwoźnej, która nie splamiła się jednym zapytaniem poselskim, jedną interpelacją. Miała walczyć o nasze interesy, miała walczyć o zaporę. Ale interpelacje w sejmie o te sprawy stawiają inni, z innych ugrupowań.

Wybraliście osobę, która - nie wiem, czy ze względu na własne ograniczenia intelektualne, czy niewyobrażalną wręcz arogancję - postanowiła zamknąć swój krąg działań do dwóch czynności: pobierania pensji i karnego podnoszenia wypielęgnowanej, acz  mocno pomarszczonej łapy w głosowaniach.

Przeczytajcie zatem ten tekst, mimo ogromnego ładunku subiektywnych odczuć autora. Bo tak naprawdę nie tylko on został oszukany. Oszukani zostali wszyscy, którzy oddali głos na bohaterkę wspomnień byłego kierownika biura poselskiego.

Symplicjusz z Tańskich Wołowy

 

Promowałem Cię z radością,

wierząc słowom, które dałaś,

taka byłaś zatroskana,

wszystkiego się obawiałaś.

Jednak potem Ci odbiło,

nie wiem - forsa? Może władza?

Żadne słowo, dane wcześniej

z tym co robisz się nie zgadza.

Stąd też droga pani Poseł

życzę Ci w dniu Twego święta,

aby każdy jak blondynkę,

Ciebie właśnie zapamiętał.

Byś doznała tyle szczęścia

ile sama dałaś innym

- tym, co w Ciebie uwierzyli

i sąsiadom Twym niewinnym.

Wiem, że tylko myśl o forsie

tak Cię bardzo rajcowała,

dać Ci forsy, forsy, forsy,

to byś cały świat sprzedała.

Ale mnie to już nie rusza!

Niechaj dzieli nas ta „góra”!

Mówię Ci to prosto w oczy

- ja! Kierownik Twego biura!

 

Wadowice, 29 czerwca 2002 r.

 

Od Autora

Publikacja, z którą przychodzi się Państwu zapoznać, to jedyny w swoim rodzaju zbiór wspomnień i dokumentów z bardzo ważnego okresu mojego życia. Wbrew pozorom, nie zawiera ona ładunku emocjonalnego, który stara się przypisać tej pracy Autor wstępu do niej, bowiem z tego ładunku wyzwolił mnie już czas jaki upłynął od opisanych przeze mnie wydarzeń.

Jednak zawarłem w niej w pełni udokumentowane fakty, którymi w dziwny sposób manipulują dwa środowiska. Jedno związane z Sojuszem Lewicy Demokratycznej i drugie bardzo wąskie, upatrujące swoje korzyści w kontaktach z posłanką Talagową.

Aby uciąć raz na zawsze kierowane przeciwko mnie z tych właśnie środowisk pomówienia i obelgi pozwoliłem sobie na swego rodzaju spowiedź z okresu mojej współpracy z obydwoma tymi grupami ludzi, które mojej osobie zarzucają własne niepowodzenia. Dodam, że pozwoliłem sobie na tę spowiedź, bowiem tak jak całego swojego życia tak i tego jego okresu w cale się nie wstydzę.

Chociaż nie powiem, że nie jest mi wstyd za to, iż byłem wobec Czytelników pisma „Nad SKAWĄ” tak gorącym orędownikiem dla poparcia w wyborach parlamentarnych kandydatki na posła  - Haliny Talagowej.

Tak! Tego się wstydzę!

Mało. Czuję się winnym, że uwierzyłem wyłącznie w słowa kandydatki i składane przez nią deklaracje, nie badając w najmniejszym stopniu jej jakże „bogatej” przeszłości. Mea culpa!

Jednak nie zamierzam rozpaczać nad „rozlanym mlekiem”.

Chcę jedynie, aby wszyscy zainteresowani zapoznali się z faktami, które w tamtym okresie miały miejsce, i które jeszcze pewnie długo będą zajmowały poczesne miejsce w rozważaniach ludzi zawiedzionych postawą i „sukcesami” środowisk związanych z SLD i posłanką Haliną Talagową.

 

Resztę pozostawiam bez komentarza wyłącznie Państwa osobistej ocenie... I nie ukrywam, że chociaż jestem jej ciekaw, tak naprawdę jest mi ona całkowicie obojętną...

 

Edward Wyroba

Wadowice, wrzesień 2003.

 

Niniejszą publikację - by już na początku wszystko było jasne - wypadało mi rozpocząć wnioskiem do Posłanki z dnia 23 września 2003 roku, o uzupełnienie moich wspomnień faktami i dokumentami, które - co przecież ludzkie - mogły umknąć pamięci autora wspomnień. Wniosek ten - tak jak pozostałe - do dnia dzisiejszego pozostaje bez odpowiedzi.

E.W. - 12 listopada 2003 roku.

 

CZAS NA ZMIANY

Wadowice - jak cała Rzeczypospolita - wchodziły w III tysiąclecie z ogromnym ciężarem niegospodarności, nepotyzmu, prywaty oraz z równie ogromnym „kraterem” dziury budżetowej. Był to bowiem pamiętny okres rządów AW”S”, zlepku licznych ugrupowań i partii kanapowych wywodzących się ze środowisk skrajnie prawicowych. To właśnie te rządy, którym w Wadowicach przewodzili burmistrz Ewa F. i  poseł na Sejm RP III Kadencji - Marian S. (z wykształcenia duszpasterz środowisk polonijnych) sprawiły, że nawet w tak zaściankowym i klerykalnym - jak nasz - zakątku Polski znacznie wzrosły notowania lewicy. Pierwszy raz od zmian ustrojowych, po wcześniej wygranych przez A. Kwaśniewskiego wyborach prezydenckich, realną stała się szansa zwycięstwa lewicy. Także tu, na Ziemi Wadowickiej: w wyborach parlamentarnych.

Wczesną wiosną 2001 roku powiatowa organizacja Sojuszu Lewicy Demokratycznej, kierowana przez zacnego i zasłużonego dla lewicy człowieka - Jana F., zaczęła znacząco organizować swoje szeregi, oczywiście z myślą o zwycięstwie w jesiennych wyborach do Sejmu RP. To właśnie w tym okresie nastąpił dynamiczny i znaczący rozwój tej organizacji. Współpraca Przewodniczącego Rady Powiatowej SLD z wydawcą i redaktorem (autorem niniejszego materiału) lokalnego pisma „Nad SKAWĄ” pozwoliła na przybliżenie społeczeństwu wizerunku partii i jej przyjaznego dla społeczeństwa programu oraz pozyskanie nie tylko niemałej jak na tutejsze warunki liczby członków Sojuszu, ale przede wszystkim ogromnej rzeszy jego sympatyków.  Ta właśnie współpraca i moja wcześniejsza działalność na rzecz wspomnianych wyżej zwycięskich wyborów prezydenckich A. Kwaśniewskiego - zauważona i doceniona przez Małopolską Radę Wojewódzką SLD w Krakowie - spowodowały, że jako pierwszy z Wadowic otrzymałem od Janka F. propozycję kandydowania w wyborach parlamentarnych 2001 roku do Sejmu IV Kadencji z wadowickiej listy SLD.

Odmówiłem - z dwóch zasadniczych powodów. Po pierwsze: znam swoje miejsce w szeregu. Po drugie: odczuwam wstręt do - nazwałbym to - dalekich podróży. Zresztą ten właśnie drugi argument przedstawiłem, kiedy odnosiłem się do propozycji złożonej mi przez Janka - w obecności innych osób, w tym Janka Ł. - słowami: „... musieliby Sejm przenieść do Wadowic, to może bym się zdecydował na Twoją propozycję”.

 

PRZYPADKI MYLENIA INTERESU...

Obaj wiedzieliśmy już wówczas, że o kandydowanie w wyborach parlamentarnych będzie zabiegał także Marek D. z Andrychowa. Jednak Jan F., mając wciąż w pamięci niegodne członka partii zachowanie Marka D. i innych członków Organizacji powiatowej podczas Powiatowej Konwencji SLD odbytej w dniu 17 lutego 2001 roku, kiedy to pierwszy raz podjęte zostały próby dokonania rozłamu w powiatowych strukturach partii - był (mówiąc skromnie) przeciwny tej kandydaturze. Zresztą m.in. właśnie tamto zachowanie Marka D. z Andrychowa i Bogdana C. z Wadowic oraz działania podjęte przez nich jeszcze przed ową Konwencją, zaowocowały moim jednoznacznym wystąpieniem (podczas samej Konwencji) do członków organizacji powiatowej SLD, którego treść - by nie było niedomówień - pozwalam sobie tu przytoczyć.

„Szanowni Państwo! Swoje wystąpienie rozpocznę od znanych już Państwu, a jakże bulwersujących prawicę, słów p. Leszka Millera, wypowiedzianych w dniu 04 lutego br. Cytuję: „... W zbyt wielu strukturach państwa osiedlili się amatorzy, w dodatku jeszcze głupi i pazerni. Trzeba z tym skończyć! (...) Równocześnie jednak powiedzmy to dziś raz jeszcze otwarcie: każdy przypadek zainfekowania naszych przedstawicieli w samorządzie terytorialnym, w Kasach Chorych i innych instytucjach publicznych wirusem AWS i UW - wirusem korupcji, nepotyzmu i kolesiostwa uderza w całe SLD. Fakty takie niestety się zdarzają. To przypadki mylenia interesu prywatnego z publicznym (...). Ważne by każdy z tych przypadków był jak najszybciej identyfikowany i bezwzględnie eliminowany. Sposób podejścia do własnych słabości musi nas różnić od innych partii. (...) W takich przypadkach oczekujemy od was natychmiastowej reakcji. Odcięcia się od złych praktyk i kompromitujących nas ludzi. W tych sprawach nie może być niedomówień, nie może być fałszywej lojalności grupowej. To dlatego SLD rozpoczął walkę o czystość i przejrzystość życia publicznego od własnych szeregów.” - koniec cytatu.

Jako sympatyk SLD, nie przywołuję tych słów przypadkowo.

Mam bowiem powody (i dowody też) by jednoznacznie stwierdzić, że powiatowa organizacja SLD została zainfekowana wirusem rządzącej AWS, który to przypadek wymaga natychmiastowej reakcji, zebranych tutaj członków Sojuszu.

I nie chodzi tutaj o to, że są w strukturach powiatowych SLD osoby, które poza moimi plecami atakują wydawane przeze mnie pismo „Nad SKAWĄ”, a nawet negują samo istnienie gazety opozycyjnej w stosunku do prawicowych władz kilku gmin oraz powiatu wadowickiego. Do takiej negacji ma prawo każdy.

 Ale bulwersuje fakt, że wszystkie podstawowe założenia Sojuszu, a nawet mało istotne rozmowy poszczególnych jego członków, są natychmiast tematem dyskusji i planów na forum... Rady Powiatowej Ruchu Społecznego Akcji Wyborczej „Solidarność”.

Po wyborach prezydenckich już dla nikogo nie jest tajemnicą, że nie tylko ta ekipa, rządząca gminą Wadowice, utraciła zaufanie społeczne. Ciężko jednak jest rządzącej prawicy pogodzić się z wizją utraty władzy po najbliższych wyborach. Jej przedstawiciele zdają sobie doskonale sprawę, że największym dla dzisiejszej władzy zagrożeniem jest energicznie i stanowczo działająca opozycja, skupiona w szeregach i wokół Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Postanowili więc tę dotąd prężną opozycję, nie tyle osłabić, co konsekwentnie zniszczyć, i to w sposób najprostszy z możliwych - od środka. Aby to zrobić, musieli poznać Wasze założenia i plany. Najprościej więc było umiejscowić w szeregach SLD swojego człowieka, który na bieżąco - nie tylko relacjonuje przebieg każdego ze spotkań, w których uczestniczy, ale także, w sposób bardzo delikatny, próbuje narzucić Sojuszowi plany zatwierdzone przez RS AW”S” - a mówiąc bardziej dosadnie przez burmistrza Wadowic p. Ewę F(...). I muszę tu stwierdzić, że założenia te są bardzo ambitne. Nie można bowiem inaczej określić planów, które zakładają rozbicie tych dotychczas najsilniejszych struktur opozycyjnych tylko po to, by w ich nowe, kierownicze szeregi, dołączyli ludzie uzależnieni od decyzji wadowickiego magistratu. I nie opieram tych zarzutów o moje przypuszczenia czy domysły, ale o szczegółowe relacje pochodzące od osoby - nazwijmy ją: z kręgów p. F(...) - która na bieżąco i szczegółowo informuje mnie o tych działaniach.

Znam zarówno mechanizmy tego działania, jak też osoby biorące w nim udział.

Jednak postanowiłem, przynajmniej na razie, nie ujawniać szczegółów, dowodzić prywatnych interesów i powiązań m.in. burmistrza Wadowic Ewy F(...), przewodniczącego Rady Miejskiej Jerzego O(...), przewodniczącego struktur powiatowych NSZZ „Solidarność” Zdzisława S(...) z... - a jedynie zasygnalizować problem, który - jak powiedział Leszek Miller - wymaga „... od was natychmiastowej reakcji”, w celu „... odcięcia się od złych praktyk i kompromitujących nas ludzi.”. Zgadzam się bowiem  - i myślę, że Państwo również - z p. Millerem, który twierdzi, że „... w tych sprawach nie może być niedomówień, nie może być fałszywej lojalności grupowej.”. Ponieważ zdaję sobie doskonale sprawę, że tak znaczące zwycięstwo wyborcze Aleksandra Kwaśniewskiego nie byłoby możliwe bez Waszego udziału, na zakończenie tego gorzkiego w swej treści wystąpienia, m.in. za ten właśnie sukces pragnę podziękować wszystkim ludziom lewicy powiatu wadowickiego, a szczególnie pp. Jankom: F(..) i Ł(...), którzy od lat bezinteresownie poświęcają swój czas, wiedzę i umiejętności, aby reprezentowana przez Was Organizacja rosła w liczącą się na Wadowickiej Ziemi siłę polityczną.”. Przytoczone wystąpienie po odczytaniu zostało załączone do protokołu z Konwencji.

 

Że potwierdziły się moje przewidywania, dowodzić już naprawdę nie muszę... A już na pewno nie muszę dowodzić, że pod rządami Marka D. i jego andrychowskiej ekipy (wspieranej m.in. przez członków Organizacji wadowickiej: Bogdana C., małżeństwo Danutę i Antoniego W., Czesława G.), doszło do rozłamu w strukturach powiatowych partii oraz do całkowitej degradacji środowiska lewicowego na Wadowickiej Ziemi.

 

„DLACZEGO TALAGA?”

To właśnie działania tej przywołanej powyżej grupy osób na szkodę powiatowych struktur SLD spowodowały, że Janek F. cały czas szukał bardziej godnego kandydata na posła do Sejmu RP. Kogoś, kto po wygranych wyborach - o czym obaj z Jankiem byliśmy przekonani - wsparłby nie tylko Organizację i współpracującą z SLD redakcję pisma „Nad SKAWĄ”, ale przede wszystkim wzmocnił wspólne działania tych organów na rzecz i dla dobra społeczeństwa. Cały czas szukał kogoś, kto dążyłby do pobudzenia niszczonej przez prawicę gospodarki i obniżenia rosnącego w zastraszającym tempie bezrobocia. Obaj wiedzieliśmy, że te nasze wspólne plany mogły zakończyć się pełnym powodzeniem, gdyby tylko ten „nasz kandydat” - a zarazem poseł - stworzył w przyszłym Sejmie stosowne lobby dla kontynuowania budowy zapory w Świnnej Porębie. Na bazie takich właśnie - naszych wspólnych - rozważań, których wymieniliśmy z Jankiem F. dziesiątki (jak nie setki) to ja wyszedłem z propozycją wystawienia przez Radę Powiatową SLD w Wadowicach, w wyborach parlamentarnych 2001 roku, kandydatury Haliny Talagowej - kobiety, którą (jak mi się wówczas wydawało) znałem od co najmniej sześciu lat z jak najlepszej strony. Propozycję tą uzasadniał fakt pochodzenia Haliny Talagowej, z Zagórza, a więc z terenów budowy zbiornika w Świnnej Porębie. Uważałem bowiem, iż związki Talagowej z rodzinną ziemią spowodują (o czym zresztą w bezpośredniej rozmowie Halina Talagowa solennie mnie zapewniała jeszcze przed przedstawieniem jej kandydatury Jankowi F.), iż dążenie do kontynuowania budowy zapory stanie się dla przyszłej posłanki priorytetem w jej działaniach poselskich na rzecz tutejszego środowiska.

Jednak nie tylko te fakty zadecydowały o przedstawieniu kandydatury Haliny Talagowej. U ludzi, przed którymi w okresie przedwyborczym bardzo umiejętnie grała swoją komedię, wzbudzała nie tylko uznanie czy szacunek. Rodziła w nich też ogromne nadzieje na przyszłość, które chyba najbardziej trafnie wyraził Marian Z. na łamach „Nad SKAWĄ” (Nr 132/155, z dnia 18 września 2001 roku), materiałem prasowym, którym apelował do mieszkańców Kalwarii i okolic o poparcie kandydatury Haliny Talagowej w zbliżających się wyborach. Zadając tytułowe pytanie: „Dlaczego  Talaga?” - Marian Z. tak uzasadniał poparcie dla tej kandydatury: „... Z punktu widzenia mieszkańca podkalwaryjskiej wioski jest to pierwszy etap. Choć być może najważniejszy. Pierwszy krok na drodze porządkowania sytuacji, której sami jesteśmy winni. Sami, bowiem to bractwo niedołęstwa, hucpy i przekrętów wybraliśmy do sejmu, sejmików i samorządów. I Dziwimy się teraz, że nie ma tygodnia bez łapówkarskiej afery, zagarniania lepkimi łapciami cudzych pieniędzy, dowodów nepotyzmu i beznadziejnej głupoty. Przyjdzie czas - oby niedługo - na rozliczenie różnych Wojtusiów i Grzesiów, którzy usadowili się jak małojajeczne kury na lokalnych grzędach. Zacząć zaś trzeba od góry - zdecydowania, komu powierzymy reprezentację tej ziemi we władzach centralnych. Tym samym wypadek przy pracy zwany Sołtysiewicz winien stoczyć się w głębokie pokłady niesławnego zapomnienia. Przez lata swego posłowania został zapamiętany bardziej jako dodatek do garsonki Filipiakowej, niż aktywny parlamentarzysta. Pamiętacie, ile obietnic i zapewnień składał on sam i jego poplecznicy? Również Kalwaria miała być hołubiona przez tego ponoć rzutkiego osobnika. Ilu kalwarian zobaczyło potem jego twarzyczkę? Partyjni towarzysze Sołtysiewicza odchodzą w niespotykanym dotąd odium niechęci i hańby. Część tej hańby spływa również na niego samego. Zapomnijmy jak najszybciej, zgiń przepadnij maro nieczysta...

Skoro więc casus pana S. możemy traktować wyłącznie w kategoriach nieporozumienia, pora rozejrzeć się za jego następcą. Za kimś, kto nie jest partyjnym spadochroniarzem, zna region i weźmie za niego rzeczywistą odpowiedzialność. Nie, nie jestem członkiem żadnego ugrupowania, zobowiązanym do popierania kandydata własnego zespołu. A jednak być może po raz pierwszy w swym przeszło czterdziestoletnim życiu pójdę na wybory, tylko po to by zagłosować na osobę, którą dane było mi poznać i polubić. Osobą tą jest kobieta, w dodatku kobieta nader subtelnej urody, czego nie potrafił oddać należycie sadysta fotograf, robiący jej zdjęcia na potrzeby kampanii. Nazywa się Halina Talaga. Kobiet wszakże ci u nas dostatek, także subtelnych - dlaczego zatem Talaga?

Po pierwsze: jej dotychczasowy żywot pozwala na twierdzenie, że zostawszy posłem nie wtopi się w bezosobowy tłum parlamentarny, wzorem swego poprzednika nie ograniczy swej działalności głównie do składania podpisów na liście płac.

Po drugie: zna nasze problemy - żyje wśród nas. I dominujący dzisiaj bełkot na uroczystościach i posiedzeniach w wykonaniu aktualnych bonzów zastąpi rzeczową pracą.

Po trzecie: w tej drobnej, prawie dziewczęcej postaci czai się niespodziewanie mocna osobowość. Wierzcie mi - jeśli będzie trzeba, w Waszym interesie będzie kto miał walnąć pięścią w stół.

Po czwarte: umie słuchać. A za tą umiejętnością zawsze idzie wrażliwość na cudze problemy, marzenia, ból, biedę.

I po piąte, szóste, setne - bo jej wybór jest gwarancją, że nie będziemy się wstydzić za własnego posła: czas ku temu najwyższy...

I dlatego Talaga. /Marian Z./ (...).

PS. Zaś dla moich kalwaryjskich Czytelników informacja: osoba będąca na 5 miejscu listy numer 1 zobowiązała się do aktywnego uczestnictwa w życiu naszego miasta i opiekę nad jego mieszkańcami. Być może uda się stworzyć w Kalwarii pracowite, z prawdziwego zdarzenia biuro poselskie. Dlatego Talaga!”.

 

Że w tamten czas myliłem się nie tylko ja - myślę, że cytowany wyżej materiał jest wystarczającym dowodem.

 

I właśnie to wszystko - oraz i to, co Halina Talagowa obiecywała i gwarantowała społeczeństwu, bijąc się przy tym w piersi - przemawiało za tym, żeby w kwietniu 2001 roku to właśnie ona została pozytywnie zaopiniowana przez Janka F., jako przyszła kandydatka Rady Powiatowej SLD w Wadowicach na posła IV Kadencji Sejmu RP. By szczegółowo nie charakteryzować ówczesnego wizerunku samej Talagowej, postrzeganego na forum powiatowej organizacji SLD, pozwolę sobie w tym miejscu przywołać treść tej właśnie opinii, wystawionej jej przez Janka F. -

„... Jest członkiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej od początku jego powstania. Decyzją I Powiatowego Zjazdu SLD w Wadowicach z dnia 07 listopada 1999 roku, została wybrana do Zarządu Powiatowego SLD. Pełni funkcję wiceprzewodniczącego Rady Powiatowej oraz skarbnika Koła SLD nr 1 w Wadowicach. Technik ekonomista, z długoletnią praktyką zawodową i menedżerską. Doświadczenia ekonomiczne zdobywała również w Stanach Zjednoczonych A.P. W swojej pracy zawodowej specjalizowała się szczególnie w sprawach administracyjno-kadrowych. Z treści opinii wystawianych jej przez przełożonych wynika jednoznacznie, że dała się poznać jako pracownik zdyscyplinowany, sumienny, wykonujący swoje obowiązki służbowe prawidłowo i nienagannie, a nadto, że jej strona etyczno-moralna nigdy nie budziła i nie budzi żadnych zastrzeżeń. Ściśle współpracuje także z lokalną prasą oraz regionalnym Towarzystwem Miłośników Ziemi Wadowickiej - jest członkiem jego Zarządu. Z racji pełnionych funkcji zawodowych i licznych działań społecznych, jest szeroko znana wśród swoich potencjalnych wyborców. Obok szczególnej rzetelności i staranności w wykonywaniu obowiązków zawodowych, posiada szczególny dar rodzicielski i wychowawczy. Kiedy rozwiedziona w 1986 roku, z wyłącznej winy byłego męża, orzeczonej prawomocnym wyrokiem sądu, pozostała sama z nieletnim dzieckiem, dołożyła wiele wysiłku i starań, aby syna wszechstronnie wykształcić i usamodzielnić. Działania te zakończone zostały pełnym sukcesem Matki Polki. Syn Tomasz, już żonaty, pracuje jako nauczyciel w Zespole Szkół Mechanicznych w Wadowicach. Obecnie wykonująca wolny zawód, jest ze wszech miar niezależna. Koleżeńska i lojalna, zawsze chętnie służy pomocą i radą, dzięki czemu może liczyć na pełne poparcie załóg małych i dużych przedsiębiorstw w regionie oraz innych środowisk społecznych. Nigdy nie była karana sądownie i nie toczy się przeciwko niej żadne postępowanie karne, cywilne bądź administracyjne. Pozytywną akceptację na kandydatkę na kandydata w wyborach parlamentarnych do Sejmu w 2001 roku (po wcześniejszej nominacji kol. Haliny TALAGA przez członków Koła nr 1 w Wadowicach), uzyskała w drodze uchwały Rady Powiatowej SLD w Wadowicach. Uważamy bowiem, że doświadczenie, umiejętności oraz silna osobowość kol. Haliny TALAGA, w pełni upoważniają Ją do kandydowania z listy Sojuszu Lewicy demokratycznej w tegorocznych wyborach parlamentarnych do Sejmu Rzeczypospolitej Polskiej. Jan F(...)”.

 

Jak błędna była to opinia - jednak nie błędna z braku obiektywizmu Janka F., ale doskonałych umiejętności Haliny Talagowej do maskowania się, zmieniania „twarzy” - dowiódł dopiero czas, który miał nadejść po wygranych przez nią wyborach.

Jednak „o tem potem”.

 

KAMPANIA WYBORCZA

Teraz wróćmy do samej kampanii wyborczej. Janek F., już poważnie wówczas chory, nie angażował się w nią w sposób jaki nakazywałaby mu pełniona funkcja przewodniczącego Rady Powiatowej SLD. Ciężar jej prowadzenia świadomie zrzucił na Mariana R. - przewodniczącego Komisji Rewizyjnej Rady Powiatowej SLD. Ten jednak - mocno związany z tzw. „układem andrychowskim” - nie tylko nie zamierzał promować Haliny Talagowej ale też nigdy jej w kampanii wyborczej 2001 roku nie promował. Aby stan ten bardziej zobrazować dodam, że dostarczone do siedziby Rady Powiatowej SLD w Wadowicach pierwsze materiały wyborcze Haliny Talagowej nigdy nie zostały przez Powiatowy Sztab Wyborczy Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Wadowicach rozprowadzone wśród potencjalnych jej wyborców, ale z premedytacją wyrzucone do przydrożnego kosza przy ul. Spadzistej, o którym to fakcie poinformował mnie telefonicznie Janek J. I tam je - wizytówki, ulotki oraz plakaty Haliny Talagowej - znalazłem, podarte i zaplamione.

To przede wszystkim dlatego doszło między mną i Haliną Talagową do ustaleń, z których wynikało ni mniej ni więcej a tylko tyle, że obok promowania jej kandydatury na łamach pisma „Nad SKAWĄ”, to ja też zajmę się jej promocją na terenie wszystkich pięciu powiatów wchodzących w skład naszego okręgu wyborczego. W ślad za tymi ustaleniami powołałem do życia bardzo skromny - z uwagi na całkowity brak u Haliny Talagowej (przecież rencistki) środków finansowych na kampanię wyborczą - sztab wyborczy, w skład którego wchodzili: siostra Haliny Talagowej - Kazimiera P., moja żona Halina oraz dzieci: Monika i Sebastan, kolega mojej córki - Paweł, kolega mojego syna - Arkadiusz i sercem oddany całej sprawie, mój przyjaciel z Zarzyc Wielkich - Marian Z.

Również z uwagi na brak środków finansowych u Haliny Talagowej ustaliliśmy, że w miarę naszych możliwości to ja i moja rodzina będziemy ponosić koszty kampanii wyborczej związane m.in. z transportem kandydatki na spotkania wyborcze oraz rozprowadzaniem materiałów wyborczych, które to koszty po wyborach, bez względu na to czy wygranych czy nie, zwróci nam w sposób honorowy i bez żadnej zwłoki (i w żywej gotówce, bowiem zwrot długu w jakiejkolwiek naturze był poza naszymi zainteresowaniami). Wygrane wybory pozwalały przyszłej posłance na uregulowanie długów z poselskiego, niemałego przecież uposażenia, zaś wybory przegrane miały skutkować sprzedażą domu przy ul. Topolowej w Wadowicach oraz dziedziczonych po zmarłych rodzicach działek w Zagórzu. Środki tylko z tych dwóch transakcji - jak zapewniała nas z uroczym uśmiechem na ustach Talagowa - pozwalałyby jej nie tylko na honorowe uregulowanie długów wobec mnie i mojej rodziny, ale także na dokończenie rozpoczętej (i rozsypującej się już) budowli przy ul. Karmelickiej, gdzie obok pomieszczeń mieszkalnych samej Haliny Talagowej na piętrze, swoje miejsce na parterze miało znaleźć centrum masażu, rehabilitacji i odnowy biologicznej, prowadzone przez syna posłanki - Tomasza.

 

To właśnie m.in. te gwarancje, dawane nam przez Talagową w obecności osób trzecich spowodowały, że udziału w naszym skromnym sztabie wyborczym odmówił mi przyjaciel Zbyszek J. - prezes TMZW, który domagał się ode mnie przedstawienia składanych przez Talagową deklaracji na piśmie i od tego właśnie uzależniał swój udział w kampanii promocyjnej, prowadzonej na rzecz przyszłej posłanki. Dzisiaj - w myśl przysłowia, że „Polak mądry po szkodzie” - wiem, iż to nie ja ale właśnie Zbyszek miał wówczas rację.

 

Ale wróćmy do kampanii wyborczej... Była bardzo intensywna. Zrobiliśmy wszystko by wizytówki, ulotki i plakaty Haliny Talagowej dotarły do każdego zakątka okręgu wyborczego, by dotarły pod te przysłowiowe strzechy i to kilkakrotnie. Rozwoziliśmy je dniami i nocami moim samochodem i na koszt mojej rodziny, mając przywołane wyżej gwarancje i zapewnienia Haliny Talagowej, że zwróci nam te koszty po wyborach. Również na swój koszt towarzyszyliśmy jej w spotkaniach z wyborcami oraz z najwyższymi władzami partii.

Nasze głębokie zaangażowanie w tą kampanię oraz wiara w zwycięstwo nie pozwalały nam nawet na zauważenie jej bezczelności.

A tą okazywała często, jednak chyba najbardziej dobitnie i arogancko w dniu ostatniego spotkania przedwyborczego w Krakowie, tego z udziałem Leszka Millera. Rada Powiatowa SLD w Wadowicach wynajęła i opłaciła na tę okazję specjalny autokar, którym członkowie partii mieli udać się na spotkanie do Krakowa i wrócić z niego. Oczywiście obowiązywały specjalne karnety, które upoważniały do udziału w spotkaniu przedwyborczym oraz do bezpłatnego przejazdu na trasie Wadowice-Kraków i z powrotem. Zarówno Halina Talagowa jak i jej siostra - Kazimiera P., dysponowały takimi karnetami, obydwie już nawet siedziały w autokarze podstawionym na parkingu przy wadowickim kryminale, ale w ostatniej chwili przed odjazdem wyszły z autokaru i zażądały, abym to ja zawiózł je do Krakowa i przywiózł z powrotem, bo jak stwierdziły: „... my z tym pospólstwem nie pojedziemy”. Oczywiście też na mój koszt, bo żadna z nich „groszem nie śmierdziała”.

 

Dodam też, że aby wydać materiały wyborcze (wizytówki, ulotki, plakaty), opracowane i złożone przeze mnie i Mariana Z. na komputerze mojej córki, Halina Talagowa zapożyczyła się żywej gotówki u Ryszarda S. - członka SLD i biznesmena z pobliskiego Barwałdu. Oczywiście pożyczka ta nie była nigdzie odnotowana, zarejestrowana i nie została od niej odprowadzona stosowna, obowiązkowa opłata skarbowa. Doświadczony działaniami Haliny Talagowej zastanawiam się, czy pożyczka ta została Ryszardowi zwrócona?

 

ZWYCIĘSTWO...

Że naszą wspólną bardzo ciężką i równie bardzo kosztowną pracą odnieśliśmy sukces - dowodzić tutaj nie muszę, bowiem faktem jest, że Halina Talagowa została wybrana posłanką na Sejm RP IV Kadencji.

Chociaż tak naprawdę to nie ona wygrała te wybory, ale ta właśnie garstka ludzi, którzy ją promowali - za co zresztą zostali docenieni i obdarowani przez szefów Małopolskiej Rady Wojewódzkiej SLD w Krakowie: Kazimierza Ch. i Andrzeja M. - specjalnymi adresami okolicznościowymi.

 

KOLEJNE OBIETNICE

Ale, że deklaracje honorowego zwrotu kosztów poniesionych przeze mnie i moją rodzinę na kampanię wyborczą Talagowej oraz te składane przez Talagową programem wyborczym nie były jej jedynymi i do dnia dzisiejszego niezrealizowanymi deklaracjami, tu pozwolę sobie przybliżyć związki opisanej wyżej kampanii z powodzią, do jakiej doszło w Wadowicach w 2001 roku. To właśnie ta powódź zbiegła się z rejestracją list wyborczych, o której materiałem zatytułowanym „Listy zarejestrowane”, na łamach pisma „Nad SKAWĄ” (Nr 130/153 z dnia 17 sierpnia 2001) napisano m.in.: „...14 sierpnia br. minął termin rejestracji list kandydatów do parlamentu w „Wyborach 2001”. Obowiązek ten spełnił również lider wszystkich sondaży: koalicja SLD-UP. W Chrzanowie zarejestrowana została lista 14 kandydatów na posłów i 4 na senatorów tej koalicji w Okręgu Wyborczym nr 12, obejmującym powiaty: chrzanowski, oświęcimski, myślenicki, suski i wadowicki. Na piątym miejscu listy kandydatów do Sejmu RP, otwieranej przez krakowski „desant” nieznanych nam mężczyzn, jako pierwszą kobietę umieszczono kandydatkę z Wadowic - p. Halinę TALAGA, wiceprzewodniczącą Rady Powiatowej SLD w Wadowicach i członka Zarządu TMZW.”.

W tym samym numerze pismo „Nad SKAWĄ” przybliżyło swoim czytelnikom tragedię mieszkańców Zaskawia, przysiółka Wadowic, którego mieszkańcy najbardziej ucierpieli podczas lipcowej fali powodziowej, a którym pierwszej pomocy udzielili... mieszkańcy podwrocławskiej Oławy. Mieszkańcy miejscowości dotkniętej straszliwą tragedią powodzi cztery lata wcześniej. To właśnie z Oławy, dzięki kontaktom Fundacji IDEE (Fundacja na Rzecz Demokracji w Europie Wschodniej) z pismem „Nad SKAWĄ”, mieszkańcy Zaskawia już 10 sierpnia 2001 roku otrzymali pierwszą - podkreślam: pierwszą - po powodzi pomoc materialną. Mimo upływu kilkunastu dni od spłynięcia utrzymującej się na Zaskawiu przez cztery dni wody, wdzierającej się nachalnie do domostw, nikt z Urzędu Gminy w Wadowicach, ani ze Starostwa Powiatowego (i z plebani też!?) nie zainteresował się losem mieszkających tam rodzin. Pierwszą pomocą, jaka dotarła do mieszkańców Zaskawia, były dary dostarczone dwoma samochodami przez przedstawicieli redakcji Gazety Powiatowej - Wiadomości Oławskie. Reprezentujący gazetę panowie Bogusław Szymański - wydawca oraz Adam Sieczka - dziennikarz, dostarczyli mieszkańcom Zaskawia niezbędne sprzęty, środki czystości oraz wodę mineralną, które pozwoliły zaspokoić, najbardziej pilne w tamtych dniach potrzeby powodzian. W ten właśnie sposób zaowocował kontakt jaki dzięki przywołanej wyżej Fundacji nawiązali wydawca i redaktor naczelny Gazety Powiatowej - Wiadomości Oławskie p. Jerzy Kamiński, z redaktorem naczelnym „Nad Skawą”, autorem niniejszej, historycznej już relacji. Jednak pomoc materialna, którą nie był zainteresowany sołtys Jaroszowic-Zbywaczówki, nie była jedyną ze strony mieszkańców i samorządu gminy Oława. Wraz z trudną do materialnego oszacowania liczbą darów, za pośrednictwem redaktora naczelnego pisma „Nad SKAWĄ” powodzianie otrzymali od Wójta Gminy Oława p. Jana Kownackiego, propozycję przyjęcia przez samorząd i mieszkańców Oławy 38 dzieci z rodzin dotkniętych powodzią na... dwutygodniową kolonię w Bystrzycy Oławskiej (od 13.08. do 26.08.2001 roku).

 

Czas naglił. Bowiem od zapoznania się z tym wspaniałym zaproszeniem władz samorządowych i mieszkańców Gminy Oława (10.08.) do wyjazdu dzieci na kolonię (13.08.) dzieliły nas trzy, praktycznie świąteczne dni. Dlatego też - jako do kierującego w powiecie akcją powodziową - zwróciłem się do Starosty Powiatowego (dysponującego wszystkimi służbami powiatowymi - Policja - dzielnicowi, Straż Pożarna), by wskazał najbardziej potrzebujące dzieciaki z rodzin dotkniętych powodzią. Starosta obiecał odpowiedzieć na moją prośbę telefonicznie w dniu 11 sierpnia br. do godz. 900. Nie odpowiedział!(?). Nie to jednak w tym wszystkim było najważniejsze, ale to, że dzięki Oławianom i zorganizowanej przeze mnie oraz przewodniczącą Rady Osiedla Nr 2 w Wadowicach, p. Urszulę D. akcji, do Bystrzycy Oławskiej, pod fachową opieką pp. Beaty K. i Bogumiły K. wyjechały dzieci powodzian, którzy przez najbliższe dwa tygodnie, uwolnieni przez mieszkańców gminy Oława od opieki nad swoim potomstwem, mogli w spokoju doprowadzić rodzinne gospodarstwa do tzw. stanu używalności.

Bulwersujący w tym wszystkim był też fakt, że mieszkańców Zaskawia, których zalane kilka dni wcześniej domostwa naznaczały rysy pęknięć po osunięciach gruntu, nie zostali uznani za... powodzian. Nazwać takie stanowisko draństwem, to mało.

I komentował tego faktu w tej publikacji nie będę, bowiem żaden komentarz do tragedii, jaka dotknęła wówczas mieszkańców Zaskawia nie jest wstanie oddać ani ich ówczesnej sytuacji, ani strat, jakie ponieśli m.in. z winy lokalnego samorządu.

 

Odwołam się tylko do kolejnych deklaracji Haliny Talagowej. Moje codzienne relacje z akcji pomocowej niesionej na Zaskawie przez mieszkańców i władze samorządowe Oławy spowodowały, iż (tak mi się wówczas wydawało) głęboko wzruszone zostało serce kandydatki na posła do Sejmu RP Haliny Talagowej, która zadeklarowała, że kiedy już te wybory wygra, doprowadzi do utrzymania stałej, podjętej przeze mnie współpracy pomiędzy gminami wadowicką i oławską, do współpracy polegającej przede wszystkim na corocznej kolonijnej wymianie dzieci. Nasze z Wadowic miały jeździć do Oławy, a te z Oławy do Wadowic. Oczywiście w gwarancjach i szeroko rysowanych planach Talagowej splendor współpracy naszych gmin miał spływać przede wszystkim na dzieci z najuboższych, patologicznych rodzin.

Efektów tych deklaracji komentował nie będę - nie ma po prostu czego komentować.

Ale będę za to może nieco nieskromny, kiedy stanowczo stwierdzę, że zarówno ta kolonia dla dzieci z Zaskawia jak i trzy TIR-y darów (płodów rolnych, odzieży, sprzętu elektronicznego, mebli), przekazanych nieodpłatnie przez samorząd Gminy Oława mieszkańcom wadowickiego Zaskawia za moim pośrednictwem, również zaowocowały - i to bardzo licznymi - głosami wyborczymi dla Haliny Talagowej.

 

Przy tej okazji zmuszony też jestem zwrócić uwagę na epizod, który w tamtym czasie mocno nas (organizatorów pomocy dla powodzian) poruszył. Oto na wyraźne żądanie kandydatki na posła do Sejmu RP, dary przekazane z Oławy dla powodzian z Zaskawia w postaci płodów rolnych, miały też obowiązkowo trafić do dwóch rodzin wskazanych przez Talagową; pp. J. i B. - tyle, że nie dotkniętych klęską powodzi.

Ot taki „sympatyczny” gest Talagowej w stronę zaprzyjaźnionych z nią rodzin. A, że kosztem powodzian...

 

ŻYCZENIA I DEKLARACJE

Jednak dosyć tego. Od tych początków kampanii wyborczej (do których nawiązałem jeszcze tylko tak na marginesie, dla rzetelności niniejszego przekazu) wrócę do przywołanego już wcześniej jej finiszu.

Bezpośrednio po zwycięstwie w wyborach parlamentarnych 2001 roku, jakie wspólnie odnieśliśmy, Talagowa robiła nawet wrażenie, że docenia wszystko, co dla niej - chociaż z myślą o wspólnej przyszłości mieszkańców całego powiatu wadowickiego - zrobiliśmy. Na początek zorganizowała w swoich skromnych progach równie skromną „bibę” dla naszego sztabu wyborczego, no bo „... jeszcze nie mam kasy, ale jak już dostanę pierwszą poselską pensję, to poprawimy” - obiecywała. Tak więc obok skwaszonego szampana, pamiętającego jeszcze czasy „Pewexu”, zeschniętego, nieco obrastającego pleśnią końskiego kabanosa i drożdżowych gnieciuchów w „wydaniu” Kazi P., „raczyliśmy się” również wzajemnymi życzeniami i gwarancjami na przyszłość. Z tych pierwszych chyba najważniejsze były te, które ja skierowałem do świeżo wybranej posłanki Talagowej - a życzyłem jej tylko tyle, by nigdy nie musiała zostać moim wrogiem i by to zwycięstwo nie było jedynym odniesionym w całej jej sejmowej kadencji. Zaś z gwarancji, najważniejszą dla mnie wypowiedziała siostra posłanki - Kazia P., która oświadczyła „... wszem i wobec”, że „... za to co pan Wyroba przez wszystkie lata naszej wspólnej znajomości zrobił dla mnie i mojej siostry nigdy nie pozwolimy go skrzywdzić”.

Oczywiście, również do tych gwarancji dawanych na przyszłość zaliczam fakt, że to właśnie mojej skromnej osobie - mimo poważnych wątpliwości z mojej strony - posłanka zaproponowała przyjęcie obowiązków kierownika jej biura poselskiego. Nie chciałem tej posady przyjąć (na co mam świadków, bowiem jak już wyżej zaznaczyłem - ten temat przerabialiśmy podczas przywołanej wyżej „biby”, w której obok wszystkich członków naszego sztabu wyborczego uczestniczyła także żona Mariana Z.). Po prostu nie chciałem ograniczać swojej dotychczasowej wolności. Ale nie tylko. Nie chciałem też utożsamiać wydawanej gazety z funkcją kierownika biura poselskiego. Dla mnie wolność i niezależność tego pisma były nadrzędnymi. Wszystkie te argumenty otwarcie przedstawiłem, wówczas już posłance Talagowej, podczas naszego wspólnego przywołanego tu spotkania, po którym - o godz. 430 - po raz pierwszy udała się w sejmy.

 

Jednak jej upór powodowany - jak wtedy twierdziła - wdzięcznością za wkład mojej pracy w okresie kampanii wyborczej (i jeszcze przed nią kiedy prowadziłem Talagowej i jej siostrze kilka spraw przeciwko wadowickiemu magistratowi i sąsiadom - o czym tak pompatycznie i otwarcie mówiła Kazia), był tak ogromny, że zgodziłem się nie tylko na przyjęcie obowiązków kierownika biura poselskiego posłanki Haliny Talagowej, ale także na przyjęcie do lokum pisma „Nad SKAWĄ” przy Al. M. B. Fatimskiej 39, siedziby jej biura poselskiego. A to dlatego, że mimo obowiązku samorządu w przydzieleniu posłance lokalu na biuro poselskie, burmistrz Ewa F. posłankę Talagową po prostu olała i lokalu jej nie przydzieliła, bo... taki akurat F. - „baba niezatapialna” - miała wówczas kaprys.

 

POSELSKI „KRĄG”

Kiedy już „całą gębą” posłanka wygodnie rozsiadła się na majątku pisma „Nad SKAWĄ”, z którego lokalu, mebli i urządzeń bezpłatnie korzystała oraz... doświadczyła braku akceptacji swojej osoby ze strony członków własnej partii, którzy podczas grudniowej (2001 r.) Konwencji odbytej w dniu pogrzebu Janka F. odmówili jej członkostwa w Zarządzie powiatowym Organizacji, zaczęła myśleć jak odgryźć się na SLD, zarówno za okres kampanii wyborczej jak i potraktowanie jej „majestatu” podczas samej Konwencji...

 

Myślała, myślała... i wymyśliła. Postanowiła, że założy swoje Koło SLD, Koło SLD Nr 5 w Wadowicach. Zebrała wokół siebie dwukrotnie wymaganą Statutem SLD liczbę członków (10), zorganizowała pierwsze zebranie Koła, doprowadziła do jego ukonstytuowania się oraz wyboru przewodniczącego (Eugeniusz K.) i skarbnika (Henryk M.) i... zawiadomiła o tym fakcie Radę Powiatową SLD, której już wówczas - po tragicznej śmierci Janka F. - przewodniczył Marek D. Jednak Marek D. dał posłance do zrozumienia gdzie ma ją samą i jej decyzje - w dosłownie rozumianym „szerokim poważaniu” - i m.in. rękami tzw. „krakówka” (Kazimierz Ch. i Andrzej M.) przetrącił „kręgosłup” poselskiej inicjatywy. Ale nie można całej winy za rozpad Koła SLD Nr 5 przypisać tylko Markowi D. Zniszczyli je wspólnie m.in. z Talagową, bo ta nagle odwróciła się od ludzi, którzy jej zaufali... Strach i niezrozumiałe uzależnienie posłanki od Marka D. spowodowały m.in., że namawiając pozostałych członków „piątki” do wystąpienia z wnioskiem do Sądu Partyjnego sama wniosku nie podpisała, świadomie skazując Koło na niezgodną ze Statutem partii jego likwidację.

 

Nie bez winy był też  Eugeniusz K., z poręczenia i na wniosek Talagowej przewodniczący Koła SLD Nr 5, a z własnej i nieprzymuszonej inicjatywy poselski „zaufany”. Dzisiaj wiem, że deklarując sumienną pracę na rzecz Koła i lojalność wobec jego członków Gienek tak naprawdę deklarował wyłącznie „służalczość” wobec posłanki. Był wszędzie tam, gdzie ja oraz wszędzie tam, gdzie jego ucho mogło coś usłyszeć i przenieść do ucha Talagowej. Robił to z ogromnym wdziękiem i niespotykaną u innych wprawą. Odnoszę dzisiaj wrażenie, że też z ogromnym, nie spotykanym u innych zaangażowaniem...

Tu jednak - że Gienek (jak się później okazało) nigdy nie był przez Talagową liczony w partyjnej rozgrywce - rodzi się pytanie dotyczące Marka D. - w jaki sposób Marek D. zaszantażował Talagową? I powiem - nie wiem i nadal nie umiem na to pytanie odpowiedzieć. Co prawda rozmowę jaką Talagowa przeprowadziła z Markiem D. w biurze poselskim, nagrywała na dyktafonie pisma „Nad SKAWĄ”, który poleciła mi dostarczyć wraz z kasetą i uruchomić w chwili, kiedy Marek D. przekraczał próg biura poselskiego, ale kiedy wróciłem (bowiem na czas rozmowy z polecenia posłanki, a na żądanie Marka D. - miałem opuścić biuro pod pozorem udania się na pocztę)do biura kasety już w dyktafonie nie było. Po prostu ukradła ją z dyktafonu, jakby posłanki nie było stać nawet na te kilkanaście złotych, które taka kaseta kosztuje (i kosztów tej kasety też do dnia dzisiejszego redakcji pisma „Nad SKAWĄ” nie zwróciła).

Stąd do dzisiaj zastanawiam się (i to nie tylko ja), co też posłanka miała do ukrycia z tej prowadzonej wówczas z największym swoim wrogiem rozmowy?

 

Żeby obraz Koła SLD Nr 5 w Wadowicach był możliwie pełny, muszę w tym miejscu uchylić nieco rąbka tajemnicy o atmosferze jego spotkań. Dla obserwatora z zewnątrz mogła ona sprawiać wrażenie wręcz rodzinnej, z dominującym już na oko matriarchatem, bo to i ona - matrona - w osobie posłanki Talagowej, i „seniorka rodu” - w osobie babki Kazimiery P. i córa nieznanej profesji oraz pochodzenia - Maryjka J., jakby na zamówienie Matrony „upiększająca” obszernymi, rozlewającymi się na plusz granatowych foteli redakcyjnych pisma „Nad SKAWĄ” udami... To wszystko, w sposób wspaniale wyreżyserowany, ubogacane przez Matronę jej opowieściami (w których dominującym stwierdzeniem było: „... to ja tu rozdaję karty”) i wizjami, z góry skazanymi na zapomnienie... Ale zdarzało się też, że scenariusz kolejnych spotkań wymykał się spod poselskiej kontroli... Że wolą całkiem normalnych i z poczuciem humoru członków Koła przywracaliśmy tym spotkaniom odrobinę życiowej normalności... Szczególnie wówczas, kiedy Matrona z Babką, wiedzione nieznanymi pozostałym członkom Koła potrzebami (może fizjologicznymi? - chociaż toaleta była akurat na miejscu), opuszczały w połowie nasze wspólne spotkania. Wówczas najczęściej zastanawialiśmy się nad tym, co też może być powodem niezbyt dla nas zrozumiałego - odbiegającego od tego z okresu przedwyborczego - zachowania się posłanki. W sposób nader szczególny obawy członków Koła SLD Nr 5 budziły: mimika twarzy u Talagowej i nieskoordynowane ruchy jej bioder...

Pierwsza - dziwnie powykręcana, szczególnie w momentach wypowiadania „doniosłych” kwestii, jakby dotknięta nieznaną w cywilizowanym świecie chorobą, zaś to drugie - jakby dotknięte swędzeniem nader intymnych sfer kobiecego ciała. Domysły były różne, od „wody sodowej” po niespełnione u samotnej kobiety żądze.

Doskonale pamiętam (i to nie tylko ja), że po jednej z takich dyskusji, po dojściu do stosownych wniosków postanowiliśmy zlecić przewodniczącemu Koła SLD Nr 5 w Wadowicach szczególne „zadanie partyjne”. Nakazaliśmy Gienkowi K. - wszyscy, wprost i bez jakiegokolwiek owijania w bawełnę - „... zaspokojenie z urzędu poselskich chuci”, na co Gienek z rozbrajającym uśmiechem na swojej pełnej - niczym księżyc - twarzy odpowiedział, że wykonanie zadania może okazać się niemożliwe... Ale nam było obojętne, czy i jak on to zrobi... Dla nas bowiem nieważne były techniki..., ale sam fakt, aby posłanka... chociaż odrobinę nam znormalniała.

 

DWA BIURA

Ja w tym czasie, zatrudniony od listopada 2001 roku na umowie o pracę (której egzemplarza też do dnia dzisiejszego nie otrzymałem, tak jak i pracowniczego zakresu obowiązków), meblowałem i prowadziłem biuro poselskie oraz przygotowywałem się do zabiegu operacyjnego. Ponieważ trudno było mi samemu sprostać wszystkim obowiązkom, nalegałem aby Halina Talagowa zatrudniła drugiego pracownika biura. Nie były to nalegania nieuzasadnione, bowiem co parę dni Talagowa na czarno zatrudniała w biurze poselskim Marię J. z Czartaka, która była tzw. pomocą do wszystkiego, w myśl zasady: „... wynieś, przynieś, pozamiataj - dam ci piątkę”.

Tu jestem zmuszony chwilę zatrzymać się przy tej jakże odbiegającej od stereotypu „osobliwości”, którą zobaczyć pierwszy raz - i poznać też - miałem okazję podczas inaugurującego posiedzenia Koła SLD Nr 5. Wrażenie robiła piorunujące. Blondynka, z wyglądu dobiegająca „kopy”, o posturze przypominającej nieco figurą samego Marka S., w mini pokazującym, że nie tylko bluzka ze spódnicą ale bielizna noszona w kroku też rodem z Koniakowa.

Można więc było zwątpić...

Nie tylko w odniesiony kilka tygodni wcześniej sukces...

Ale wrócę do dalszego ciągu zdarzeń.

Sprawa zatrudnienia drugiego pracownika biura poselskiego stała się naprawdę gardłową w styczniu 2002 roku, kiedy w Szpitalu Rejonowym w Suchej Beskidzkiej wyznaczono dla mnie termin zabiegu operacyjnego. Jednak posłanka Talagowa nic sobie z moich nalegań nie robiła, a kiedy stanęła przed faktem zamknięcia biura poselskiego na czas wykonania u mnie zabiegu operacyjnego i czas mojej rekonwalescencji po operacji, a więc na okres jednego miesiąca - bez pardonu, jakby od dawna miała to zaplanowane - zawarła ze mną ustną umowę (umowa taka w świetle przepisów Kodeksu pracy jest równoznaczna z umową zawartą na piśmie), z której wynikało, że w czasie rekonwalescencji, w czasie określonym okresem zwolnienia lekarskiego, będę przychodził do biura poselskiego i wykonywał swoje - „... przecież nie ciężkie pod względem fizycznym” - obowiązki, a dni wolne nadrobione z tytułu wykonywania pracy w okresie zwolnienia lekarskiego odbiorę sobie dopiero w czasie, kiedy ona zatrudni drugiego pracownika biura poselskiego - którego zatrudnienie teraz już solennie obiecywała.

I tak się stało.

09 stycznia 2002 roku udałem się do szpitala, 10 stycznia rankiem byłem już po zabiegu operacyjnym, po którym (z uwagi na całkowity brak powikłań po zabiegu) już 11 stycznia 2002 roku o godz. 900 wróciłem do domu. Tym to sposobem, na podstawie umowy - jaką de facto Talagowa na mnie wymusiła - już w dniu 14 stycznia 2002 roku stawiłem się w pracy. Kiedy wróciłem do pracy Mariolka - jak Maryśka kazała się wołać - nadal przychodziła do biura przynajmniej dwa razy w tygodniu by demonstrować swoje koronkowe kreacje i robić dosłownie wszystko, od zamiatania po mycie podłóg i naczyń włącznie - i nadal na czarno.

 

Ale, że biuro - po trzech miesiącach rozpasania się Talagowej na majątku pisma „Nad SKAWĄ” - od 01 lutego 2002 roku zostało przeniesione do budynku Powszechnej Spółdzielni Spożywców przy Al. M. B. Fatimskiej 3 w Wadowicach, zachodziła obawa, że ktoś niezbyt Talagowej przychylny (a takich już wówczas było co niemiara) zauważy, iż posłanka zatrudnia u siebie pracowników na czarno. Nadszedł więc czas, żeby Maryśkę J. zatrudnić legalnie. Zatrudniła ją więc Talagowa z dniem 01 marca 2002 roku, ale tylko na 3/4 etatu. Nowa pracownica nadal robiła to, do czego wyłącznie się nadawała - od zamiatania, mycia podłóg i naczyń po pranie firan włącznie - tyle, że już nie na czarno.

 

I BYŁEM KIEROWNIKIEM BIURA...

W tzw. tygodniach „sejmowych”, kiedy posłanka nie zabierając głosu debatowała w „ogromnej” izbie, na moich barkach pozostawało urządzenie, utrzymanie i prowadzenie biura poselskiego, mające ścisły związek z regulowaniem kolejnych nie finalizowanych przez posłankę faktur oraz organizacja jego filii w Zawoi i Suchej Beskidzkiej. Szczególnie urządzenie (umeblowanie) biura poselskiego przy Al. M. B. Fatimskiej 3, okazało nad wyraz uciążliwe i to nie tylko dla mnie. Część mebli wymienialiśmy z dostarczającym je Januszem W. po kilka razy, bo najpierw je posłanka zamawiała według wzorów i kolorów podanych w katalogu, a potem wybrzydzała nad nimi niczym rozkapryszona gówniara... Szczególnie przy biurowych fotelach obrotowych zachowywała się jak ta przysłowiowa „tancerka, której w tańcu rąbek przy spódnicy zawadza”... Oczywiście - co już wyżej podałem - nadal zmuszony byłem robić to wszystko na swój a nie poselski rachunek, bo posłanka wciąż... nie miała... Do moich obowiązków, moim samochodem i na mój rachunek należało też dowożenie poselskich „czterech liter” (czytaj: poselskiej dupy) na krakowski dworzec kolejowy gdy jechała w sejmy i do Wadowic, kiedy z tychże sejmów wracała. Wszak jej zdezelowanego białego „malucha” ostatni raz holowaliśmy wraz z moim synem Sebastianem z Bielska-Białej, spod siedziby „Zepttera” jeszcze w czasie, kiedy Talagowa o poselskich zaszczytach śnić dopiero zaczynała.

Jednak tygodnie nie „sejmowe” były bardziej uciążliwe, bowiem do obowiązków kierownika biura poselskiego dochodziły różnego rodzaju „chcice” jaśnie pani posłanki. Dzień pracy nigdy nie mógł zamknąć się w ustawowych ośmiu godzinach pracy (godzin nadliczbowych wypracowanych przez pracownika nie wolno jest posłowi wypłacać) bowiem posłance zawsze „się coś jeszcze chciało”. A to np. pojechać do Rady Miejskiej SLD w Trzebini (gdzie tak naprawdę wszyscy mieli posłankę Talagową w „szerokim poważaniu”), a to z garami „Zepttera” do znajomych w Barwałdzie bądź jeszcze gdzieś koło Makowa, a to znowu do Trzebini, do salonu firmowego „Peugeota” jakby w Wadowicach takiego nie było... A jak już nigdzie tam, to do jej domu przy ul. Topolowej, bo „... musimy pogadać”. Tu muszę przyznać, że te „rozmowy” nie bardzo się nam kleiły, wszak nigdy nie ukrywałem, że w zabytkach naruszonych zębem czasu i kornikami nie gustuję...

A to widać mocno wkurzało rozwiedzioną rencistkę, która wręcz dostawała spazmów, kiedy tylko zauważała obok mnie, nawet na odległość strzału karabinowego, inną kobietę. I nie ważne dla jej spazmów było nawet to, że po częstokroć była to też moja żona.

 

I BYŁ TEŻ MARIAN I... „KÓŃ”

Dlatego pewnie do bardziej poważnych prac, wymagających wiedzy i inteligencji Talagowa zatrudniła na umowę zlecenie Mariana Z. To na niego zrzuciła m.in. załatwienie sprawy nieszczęsnego „kónia” (czytaj: konia)z Zawoi, zarekwirowanego jednej z tamtejszych rodzin przez Wojsko Polskie w 1939 roku. I do tej nieszczęsnej Zawoi „tyż” musiałem zawieźć Mariana własnym samochodem i „tyż” na własny koszt. A, że sprawa owego „kónia” do dzisiaj pozostaje nie załatwiona - mogę „na bank” założyć się o flaszkę pięciolitrowego „Smirnoffa” przeciwko butelce wody mineralnej, bowiem też „na bank” mogę domniemywać, że „moce przerobowe” biura poselskiego przy Al. M. B. Fatimskiej 3, nie pozwoliły sprawy tej załatwić, kiedy z Marianem Z. „wypuściliśmy” ją ze swoich rąk.

 

NIE BYŁO „SMIRNOFFA”

I... HONORU TEŻ NIE BYŁO

A co do pięciolitrowego „Smirnoffa”, to też takiego „leci mi” posłanka... Przegrała go w zakładzie, do którego stanęła ze mną w obecności wszystkich członków Koła SLD Nr 5 w Wadowicach. Zakładu przebitego przez Eugeniusza K. i Henryka M., zakładu jakże banalnego, bo założyłem się z Talagową tylko o to, że nie zrobi nic, że palcem nie ruszy i nie przeciwstawi się nie tylko Kazimierzowi Ch. i Andrzejowi M., ale Markowi D. też - by ratować Koło SLD Nr 5 - własną przecież inicjatywę. A jak wyżej napisałem - stało się... „Piątka Talagowej” pozostaje już tylko w archiwach Rady Wojewódzkiej i Powiatowej SLD oraz tych najbogatszych - moich.

A pięciolitrowego „Smirnoffa” jak nie było tak nie ma...

Honoru zresztą też...

 

BYŁY OBAWY...

A co jeszcze Marianowi zlecała? - nie wiem, bo chociaż spotykamy się regularnie, to nie rozmawiamy na ten temat z jednego zasadniczego powodu: Marian - jak ja - nie gustuje w zabytkach naruszonych zębem czasu i przez korniki (a wiem też, że po nocach śni o ślicznej młodej murzynce).

Skoro już przy rozmowach z Marianem jestem, to zmuszony jestem tu dla historycznego charakteru tej pracy podać także, iż podczas jednej z takich rozmów, kiedy wspólnie z Marianem dywagowaliśmy na tematy ściśle związane z pracą biura poselskiego, wyraziłem poważne obawy co do dalszych osiągnięć posłanki.

Stwierdziłem wówczas, iż obawiam się, że biuro poselskie i nowy „Peugeot 206”, zakupiony w salonie firmowym w Trzebini, w pełnym kredycie dla tzw. VIP-ów, będą jedynymi sukcesami Haliny Talagowej w okresie całej kadencji w ławach sejmowych. Dzisiaj okazuje się, że i tu się myliłem, bowiem błędnie przypisywałem posłance zorganizowanie i urządzenie biura poselskiego. To akurat był mój sukces. Jej został tylko „Peugeot 206” i jak na razie, po dwóch latach posłowania nic się w tej materii nie zmieniło.

 

I „SPOWIEDNIKIEM” TEŻ BYŁEM

Jednak obowiązki kierownika biura poselskiego nie ograniczały się wyłącznie do meblowania lokalu i płacenia zaległych poselskich rachunków. Znakomitą większość czasu zmuszony byłem poświęcić petentom, w których nowo otwarte biuro poselskie posłanki z listy SLD rodziło nowe nadzieje...

Ludzie przychodzili do biura poselskiego Haliny Talagowej dosłownie ze wszystkim. Z problemami osobistymi i społecznymi, z wiadomościami oficjalnymi i mniej oficjalnymi, a czasem tylko po to aby się przed kimś wygadać... I wszystko to jakby wczoraj... Matka z gromadką dzieci, którym życie „umila” mąż i ojciec alkoholik... Pielęgniarki przerażone sytuacją w służbie zdrowia... Weteran wojenny lekceważony przez urzędników z Fundacji Polsko-Niemieckie Pojednanie... Mieszkańcy Kleczy z „ciężarem” wiaduktu kolejowego... Mieszkaniec Chicago zachwycony wystawą upamiętniająca lotników amerykańskich... W podeszłym wieku pan zbulwersowany dwuznaczną sytuacją jaką zastał w magistracie... Kobieta obarczona ciężarem sprawy rozwodowej, szukająca w biurze poselskim porady prawnej... Dystyngowany Polak chociaż obywatel amerykański, zbulwersowany faktem urodzenia przez wadowiczankę w Nowym Jorku dziecka na sprzedaż... Restauratorka spod Kalwarii i kierowniczka przedszkola z Wadowic okradane przez podkuchenną... Kierowcy zatrudnieni przy budowie zbiornika wodnego w Świnnej Porębie, częstowani przez miłą pracownicę administracji alkoholem tylko po to, by zostać później przez nią samą zakapowanymi do Milicji Obywatelskiej za jazdę „... po spożyciu”... Żyranci kredytów bankowych nie spłacanych później przez pożyczkobiorców... Rodzice dziecka pobitego w szkole przez katechetę... Belgijski biznesmen mający problemy z zabytkową dworską drogą... Przedstawiciele Rady Rodziców starający się bezskutecznie o budowę sali gimnastycznej dla swoich pociech... Właściciel prywatnej placówki medycznej obsługującej mieszkańców wszystkich gmin w powiecie, zabiegający bezskutecznie o dostawy wody, a więc o niezbędne warunki sanitarne gabinetu... Jubilaci nie zaproszeni przez burmistrza na uroczystość złotych godów...

Jeszcze kiedy dzisiaj staram się przypomnieć sobie te wszystkie sprawy widzę nie tylko ludzkie problemy i tragedie, ale przede wszystkim widzę draństwo, które je rodzi. Dlatego wszystkim tym ludziom chciałem w jakiś sposób pomóc, działając oczywiście cały czas w imieniu swojego pracodawcy. Gromadziłem akta poszczególnych spraw, ustalałem podstawy prawne dla przyszłych działań, redagowałem pisma i... I kiedy mnie już zabrakło, to się okazało, że petentów - którzy w posłance Talagowej i jej biurze poselskim widzieli ostatnią szansę na załatwienie swoich, często bardzo trudnych spraw - zatrudniona przez Talagową Maryśka zaczęła odsyłać do... redakcji pisma „Nad SKAWĄ”, pouczając ich, że: „... jak se Wyroba zaczął, to niech se Wyroba skończy”.

 

„MURZYN ZROBIŁ SWOJE...

W tym też mniej więcej czasie (co opisane wyżej zdarzenia mówiące o rodzących się we mnie wątpliwościach i sukcesie Talagowej w postaci „Peugeota 206”), w sposób widoczny zaczęła zacieśniać się współpraca posłanki z Markiem D. i nagle - z dnia na dzień - psuć atmosfera w biurze poselskim. W efekcie Talagowa podjęła pierwsze kroki, którymi zmierzała do zwolnienia mnie z pracy. Jednak zaczęła bardzo nieszczęśliwie dla samej siebie - od zlecenia Marianowi Z. wykonania analizy pracy biura poselskiego. Nieszczęśliwie, ponieważ analiza - wbrew oczekiwaniom posłanki - stawiała mnie w dobrym, żeby nie powiedzieć, że w bardzo dobrym świetle. A, że Marian wykonał analizę na piśmie, dał mi do ręki argument ustosunkowania się do niej też na piśmie, które wręczyłem Autorowi analizy oraz posłance. A napisałem tam o tak: „... Odnosząc się do analizy pracy biura poselskiego, z jaką zostaliśmy zapoznani w dniu 18 marca br., w pierwszej kolejności muszę w pełni potwierdzić zasadność większości zawartych w niej tez, przede wszystkim tych podniesionych treścią rozdziałów od 1 do 3 opracowania.

 Jednak zamierzam odrobinę „po polemizować” z materią punktu 5, zaś w sposób bardziej obszerny odnieść się do treści punktu 6., czyli przyczyn takiej a nie innej atmosfery biura.

Ad. 5. Biuro poselskie ponad konfliktami.

Co prawda zgadzam się ze stwierdzeniem, że „... powinnością biura winno być unikanie zajęcia innego stanowiska, niż: przykro mi to słyszeć” itd., jednak w tym konkretnym przypadku, jaki zaobserwował Marian i przywołał w treści dokumentu, nie było innej możliwości przeprowadzenia przywołanej rozmowy. Wszak facet znany nam (tu mam na myśli samego siebie i p. Poseł) jako „wiaduktowy”, tę przedstawioną przeze mnie wersję chciał po prostu usłyszeć. Zresztą, o ile dobrze pamiętam, wyraziłem wówczas i taką opinię, iż my ze swej strony nie jesteśmy zainteresowani konfliktem w strukturach partii, a o wyniku tego, który powstał z inicjatywy Zarządu Powiatowego SLD zadecyduje Sąd Partyjny. I było to jedyne z możliwych na tamtą chwilę stanowisko, aby ten facet, znany z dosyć, nazwałbym je - niekonwencjonalnych metod oceny każdej sytuacji, odszedł z biura w pełni usatysfakcjonowany. No, ale może się mylę... Co do przeprowadzenia owego nieszczęśliwego wywiadu... zgadzam się w zupełności z opinią Mariana. Po prostu nie przemyślałem całej sprawy, uzgadniając na gorąco, po telefonie S(...)-C(...), miejsce naszego spotkania. Mea culpa...

Ad. 6. Atmosfera.

Na przekór treści całego punktu, rozpocznę odniesienie się do jego materii od drugiej pozycji. Bowiem w moim przekonaniu to właśnie w niej oddany został sens całości analizy oraz metod funkcjonowania, a raczej nie funkcjonowania biura poselskiego. Wszak nie można zaprzeczyć twierdzeniu Autora, że „... tak naprawdę, to na razie nikt do końca nie wie, co ma robić, za co jest odpowiedzialny”. I nie podnoszę tego tematu, by czynić zarzuty pracodawcy, czy dowodzić, że w całym tym bałaganie nie ma mojej winy. Chcę jedynie zaznaczyć, że tak jak my, pracownicy, tak i nasz pracodawca nie ma doświadczenia w pracy biura poselskiego i wszyscy razem musimy się uczyć swoich nowych obowiązków oraz równie nowych doświadczeń, powiem nawet - bardzo dobrze się uczyć. Ale aby osiągnąć pożądany skutek (cel), a przede wszystkim nie zmarnować tego co wspólnie (nie pomijając w tym twierdzeniu również Autora analizy) osiągnęliśmy ciężką pracą w okresie kampanii wyborczej, musimy nadal działać razem w atmosferze zaufania jakie towarzyszyło nam w tamtym - myślę, że o wiele trudniejszym dla nas wszystkich okresie. I tu będę brutalny, może nawet bardzo, ale taki już jestem, że nie znoszę niedomówień, zaś w sposób szczególny nie toleruję nieuzasadnionych pretensji oraz wątpliwości, stąd też zawsze i bezkompromisowo mówię wprost wszystko to co mnie boli. Nie widzę też powodów, by i tym razem było inaczej. Dlatego... Po pierwsze - kiedy p. Poseł zaproponowała mi podjęcie pracy w swoim biurze, chociaż nie wiedziałem jeszcze z czym „się to je”, podjąłem się przyjęcia na siebie powierzonych mi obowiązków, nie ukrywam, że z satysfakcją ale też i pewną wizją na przyszłość. Jednak, nie moją przyszłość, ale przyszłość biura, a przede wszystkim mojego pracodawcy. Może będę w tym miejscu samochwałą, lecz o ile dobrze pamiętam, jednym z pierwszych toastów jakie wzniosłem po ogłoszeniu wyników wyborów, było: „... coby to nie była jedna kadencja, jak u S(...)”. I pod tym względem (nie zapominając o błędach jakie i ja w sposób niezamierzony popełniłem), zarówno moje poglądy jak i zachowania nie uległy żadnej zmianie. Z przykrością jednak muszę stwierdzić, że praktycznie pod każdym względem zmienił się mój do niedawna partner, a obecny pracodawca. Tak, Halinko. Jeżeli chcesz, to obraź się na mnie, ale ja z pełną odpowiedzialnością muszę to powiedzieć: zdajesz mi się nie być obecnie tą osobą, którą znam od bodaj 1995 roku i tą, której towarzyszyłem w wielu chwilach, w tym tej najważniejszej dla nas obydwu, jaką była miniona kampania wyborcza. Wówczas nie tylko szliśmy ramię w ramię do każdego sukcesu, ale też w każdej sytuacji tzw. „dwóch zdań”, podczas wspólnej rozmowy szukaliśmy łączącego nas kompromisu. Dzisiaj nie ma między nami żadnej rozmowy - ty po prostu zawsze masz rację! Uprzedzając odpowiedź p. Poseł, powiem: wiem! Jest to prawo szefa! Jednak, nie może to prawo funkcjonować na ogólnie przyjętej biurowej, acz kompromitującej „instrukcji”, która mówi: „... pkt. 1. Szef zawsze ma rację. pkt. 2. Jeżeli szef nie ma racji - patrz pkt. 1”. Dlatego w tym miejscu przejdę do kolejnej sprawy.

Wiele razy „uzgadnialiśmy” z p. Poseł szereg ważnych dla funkcjonowania biura spraw, jednak rzadko, zgadzała się z moją opinią. Dopiero, kiedy to samo stanowisko skonsultowała z osobą trzecią, najczęściej okazywało się, że należało postąpić w sposób widziany moimi oczami. Przykłady mogę mnożyć, jednak nie o to w tym opracowaniu chodzi, lecz o to, aby p. Poseł zrozumiała, że nie po to z ogromnym trudem i nie mniejszym wysiłkiem, wraz z innymi budowałem Jej wizerunek, by teraz wizerunek ten niszczyć, bowiem wyszłoby na to, że sam siebie kompromituję, niszcząc to wszystko co przy niemałym wysiłku kilku Jej Przyjaciół i ja zbudowałem. A taki w tej chwili obraz mojej działalności buduje p. Poseł, poprzez sposób „współpracy” ze mną, który pozwolę sobie nazwać „szemranym”.

I dlatego w tym miejscu mam do p. Poseł prośbę, by jeżeli ma mi coś do powiedzenia, rozmawiała ze mną, a nie poza mną, ponieważ przyjmę każdą prawdę powiedzianą mi przez pracodawcę prosto w oczy, lecz nigdy nie zgodzę się z faktem, iż o tym, że dzisiaj „... gazeta „Nad SKAWĄ” szkodzi pracy biura” oraz „... Edek przynosi mi więcej szkody niż pożytku”  (inne też mogę przytoczyć) - będę dowiadywał się od osób trzecich. To po prostu boli...

Następna sprawa. Osobiście - czego nikt mi zaprzeczyć nie może - i to jeszcze przed podjęciem się kontynuowania w biurze poselskim pracy rozpoczętej podczas kampanii wyborczej stwierdziłem, że chociażby dokumentacja finansowa biura poselskiego była bardziej prosta niż budowa cepa, zajmował się nią nie będę, po prostu - NIE! Powiedziałem to jasno i jednoznacznie. Sam bowiem, mając około 35 faktur miesięcznie, od 1995 roku zlecam tę pracę do wykonania przez biuro rachunkowe. Poza tym, o czym też poinformowałem, mogę... prawie wszystko, co ma związek z pracą w biurze poselskim i budowaniem jego pozytywnego wizerunku na zewnątrz.

Powiem więcej.

Wykonam lojalnie każde realne i rzetelne polecenie swojego pracodawcy. Ale jednocześnie, w sposób równie lojalny oświadczam, że nigdy nie będę wykonywał poleceń, które w moim przekonaniu będą tego pracodawcę, a wraz z nim pracowników biura poselskiego i samo biuro kompromitowały. Przykładów nie będę tu przytaczał, jednak zawsze kiedy taka sytuacja będzie miała miejsce, pracodawca pierwszy się o tym dowie.

Ponieważ odnoszę wrażenie, że do równie istotnych spraw w pracy biura poselskiego należą zarówno ponoszone przez pracowników koszty, jak i ich dyspozycyjność, które w opracowaniu analitycznym pominięto, pragnę i w tym temacie podzielić się kilkoma uwagami. Co do kosztów ponoszonych w związku pracą na rzecz biura poselskiego, to myślę, że nikt z nas nie ma wątpliwości, iż powinny być rozliczane na bieżąco.  Tu pewnie zgadzamy się wszyscy, chociaż nikt z nas do tej pory problemu tego nie poruszał? Stąd myślę, że problem zostanie rozwiązany stosunkowo szybko. Większym jednak problemem będzie owa dyspozycyjność.

 I nie mam tutaj na myśli tej koniecznej dla prawidłowego funkcjonowania biura poselskiego i przygotowywania wszelkiego rodzaju spotkań. Jednak, szczególnie kiedy harmonogram wyjazdów czy spotkań znany jest pracodawcy wystarczająco wcześnie, żaden z pracowników nie powinien być przez tego pracodawcę stawiany w sytuacji m.in. takiej, iż o wyjeździe w teren o godzinie 1500, dowiaduje się tego samego dnia o godz. 1100.

I proszę mnie źle nie zrozumieć, wiem co to nagły przypadek i potrafię się w każdej sytuacji do niego dostosować, jednak jestem zdania, że to nie na cztery godziny przed wyjazdem, uzgodnionym dwa tygodnie wcześniej, pracownik winien dowiadywać się o swojej podróży, ale w czasie, kiedy każdy z wyjazdów, czy kolejne spotkania w terenie są uzgadniane. Jeżeli się mylę, proszę mnie „wyprostować”.

Problemem nie poruszonym w treści analizy, są również obietnice p. Poseł dotyczące funkcjonowania biura, jednak do dzisiaj niezrealizowane. Za przykład dla tej tezy posłuży mi obietnica p. Poseł, iż w biurze poselskim funkcjonował będzie profesjonalny punkt porad prawnych, udzielanych przynajmniej raz w miesiącu (a słyszałem też założenia, że „instytucja” porad prawnych funkcjonowała będzie raz w tygodniu) przez prawnika - Asystenta Społecznego Posła. Od początku funkcjonowania biura, daje się odczuć potrzebę prowadzenia przez biuro wszelkiego rodzaju porad prawnych. Sam mimo, że nie jestem prawnikiem, w miarę posiadanej wiedzy udzieliłem ich już kilkanaście. Jednak, autorytet zarówno p. Poseł, jak i pozycja biura poselskiego w społeczeństwie wymagają, aby porad tych udzielała osoba legitymująca się wykształceniem prawniczym.

Ponieważ w dniu zapoznania nas z treścią analizy zrodził się kolejny problem „iskrzący” na linii pracodawca-pracownik”, problem wypłaty wynagrodzenia, trudno jest mi go pominąć w opracowaniu obrazującym atmosferę biura widzianą oczami pracownika. Sytuacja, w której poczułem się jak... złodziej (chociaż do tej pory było mi to uczucie obce), zrodziła się, kiedy p. Poseł powzięła informację, iż wynagrodzenie za pracę należne mi za m-c marzec, pobrałem na początku miesiąca. Co prawda faktu tego nie ukrywałem, a i poprzednie wynagrodzenia, nawet te wypłacane mi „do ręki” przez p. Poseł, pobierałem zawsze najpóźniej do połowy każdego miesiąca. Taki bowiem sposób wypłaty wynagrodzenia uważam za najbardziej logiczny. Wszak nikt z nas nie pracuje tylko po to, by „coś z tego mieć”, ale i po to, by móc regulować swoje zobowiązania finansowe, których terminy realizacji najczęściej upływają w okresie do 10. każdego miesiąca. I nie jest dla mnie argumentem zastanawianie się p. Poseł nad tym, co by było, gdyby wypowiedziała mi pracę? - bowiem zgodnie z obowiązującymi przepisami za czas wypowiedzenia umowy o pracę też będzie mi się należało wynagrodzenie w pełnym wymiarze, za co najmniej jeden miesiąc. Można się z tym stanowiskiem nie zgodzić, tak jak i z tym, iż stwierdzenie p. Poseł, że wynagrodzenie wypłacane będzie z dołu „... 28 każdego miesiąca” (?), traktuję jako zwykłą złośliwość bądź chęć pokazania pracownikom „... kto tu rządzi”. Przynajmniej ja tak właśnie odebrałem, te rzucone przez p. Poseł na wychodnym „ustalenia”.

W kolejnym punkcie wypada mi się odnieść do: „... wizji wiodącej do rozdzielenia roli jednej osoby jako asystenta posła, osoby prywatnej, członka koła nr 5 i wydawcy”. Tu muszę zaoponować: zostałem zarówno teoretycznie, jak i praktycznie postawiony „pod murem”. Jednak, mimo iż może nie do końca zgadzam się ze stwierdzeniem Mariana, że jestem przynajmniej odrobinę reformowalny, muszę z pełną odpowiedzialnością poinformować, że nie ulega wątpliwości, iż jestem otwarty na każdy, nawet najdalej idący kompromis. Stąd też zmuszony tu jestem wrócić do treści już podniesionych wyżej, bowiem aby dochodzić do kompromisu trzeba rozmawiać. Rozmawiać! A nie rozkazywać, czy jak odczuwam to ja - przyjmować rozkazy.

Bowiem to właśnie przede wszystkim brak w biurze poselskim wspólnej rozmowy, obok braku podziału kompetencji powoduje, że biuro to po prostu - powiedzmy sobie wprost - nie istnieje. Wszak każda prawie próba jej podjęcia kończy się „... brakiem czasu” (u p. Poseł), zaś jakakolwiek próba ustalenia dalszych działań, stwierdzeniami: „... nie dzisiaj”, „... nie teraz”, „... ja to później załatwię swoimi metodami” itd., itp., itp.

Kiedy, kiedy, kiedy i... jakimi metodami?

Nie bez znaczenia dla funkcjonowania biura jest również fakt pozbawienia nas wszystkich informacji o sprawach dla nas ważnych, które p. Poseł „podnosi” w prowadzonych rozmowach. I to zarówno w tych prowadzonych z M. Z. D(...) jak i w tych prowadzonych na tematy nazwijmy je: wadowickie, z przewodniczącym K. Ch(...). Co prawda, doskonale zdaję sobie sprawę, że p. Poseł zajmuje się sprawami, którymi nie zawsze może podzielić się z nami, jednak...

- jak można potraktować utajnienie treści rozmowy przeprowadzonej z M. Z. D(...)?

- czy utajnienie tej rozmowy miało prowadzić do budowania naszego wzajemnego zaufania?

A jak mamy traktować niekończące się, a zarazem niczym nie skutkujące obietnice p. Poseł, dotyczące „roboczej” wizyty w Wadowicach przewodniczącego MRW SLD w Krakowie - K. Ch(...)?

Już prawie na sam koniec pozostawiłem sobie dwa, myślę, że bardzo istotne zarówno dla p. Poseł jak i dla nas, pracowników przemyślenia, które mają istotny wpływ nie tylko na panującą atmosferę, ale i wizerunek biura poselskiego.

Pierwsze z nich, o którym przez całą kadencję p. Poseł nie wolno nam zapomnieć, to fakt, któremu nie sposób zaprzeczyć: to p. Poseł i Jej biuro (w tym pracownicy) są DLA WYBORCÓW, a nie na odwrót!

I drugie: pracodawca ma nie tylko prawo, ale również obowiązek wymagać od pracowników m.in. pełnej lojalności, rzetelności, skuteczności i dyspozycyjności, jednak wcześniej musi wypełnić wobec pracowników wszystkie NALEŻĄCE DO PRACODAWCY obowiązki! Więc może na początek wypada zacząć od... No, od czego?

Aby już zakończyć, powiem... Zdaję sobie sprawę, że mimo iż powiedziałem niewiele powiedziałem dużo. Może za dużo?

Jednak zawsze wychodzę z założenia, że lepiej powiedzieć o jedno słowo za dużo, aniżeli nie dopowiedzieć chociaż jednej sylaby i przez to stworzyć widzianą obiektywnymi oczami Autora analizy „... atmosferę pełną niedomówień, bliżej nie sprecyzowanych pretensji i wątpliwości.”. Dlatego na koniec powtórzę, co już w tym biurze powiedziałem, w obecności mojego pracodawcy: chcę kontynuować w biurze poselskim pracę rozpoczętą podczas kampanii wyborczej, wykonując ją przede wszystkim dla budowania pozytywnego wizerunku pani Poseł i miejsca naszej wspólnej pracy - biura poselskiego. Chcę! Jednak naprawdę nie zamierzam tego czynić za... wszelką cenę. Przede wszystkim - nie za cenę zdrowia, które w nerwowej atmosferze możemy jedynie utracić, nigdy zyskać (nawet, mimo potężnej odporności na wszelkiego rodzaju stresy). I co myślę najważniejsze: naprawdę nigdy nie chciałbym przestać wierzyć, że to co robiłem w przekonaniu pełnego, a nie tylko wyborczego sukcesu kol. Haliny Talaga, nie miało żadnego sensu, tak jak nigdy nie chciałbym stanąć przed wyborem: biuro poselskie czy gazeta? - gazeta dotąd nie tylko bez kompromisu promująca NASZĄ Kandydatkę do Sejmu RP ale równie bez kompromisu napiętnująca zło, każde zło, bez względu na to, po której stronie sceny politycznej zrodzone! No i - czego przynajmniej mnie zapomnieć nie wolno - gazeta, która oprócz skromnego dochodu dała mi również to, iż poza wąską grupą przeciwników (tych ma każdy z nas) stoi za mną ogromna grupa liczących na moją rzetelność zwolenników, której zawieść po prostu nie mogę. Więc tu myślę, wynik mojego wyboru dla każdego już dzisiaj będzie jednoznaczny?”.

 

Jestem zdania, że to zacytowane tu moje stanowisko do analizy daje przede wszystkim pełny obraz poselskiej arogancji oraz - mówiąc wprost - poselskiego chamstwa.

 

Zresztą obraz ten potwierdza inne moje stanowisko, jakie zawarłem po naszym (moim z posłanką) wspólnym spotkaniu na neutralnym terenie, w domu Mariana Z., w obecności Gospodarza, Jego Żony oraz niedoszłego - choć mianowanego przez Talagową - przewodniczącego Koła SLD Nr 5 w Wadowicach - Eugeniusza K.

A napisałem wówczas: „... Ponieważ to nawet nie nasze wspólne spotkanie w sobotę (13.04.), ale rozmowa, do jakiej doszło całkiem przypadkiem we wtorek (16.04.) w biurze poselskim pomiędzy mną a panią Kazimierą P(...) (siostrą pani Poseł), otworzyła mi oczy na obłudę, kłamstwa i z premedytacją zaplanowane działania pani Poseł na moją szkodę oraz wykorzystanie do tych z góry zaplanowanych przez Posłankę rozgrywek osoby, którą (o czym pani Poseł bardzo dobrze wie) darzę bardzo dużym szacunkiem, pozwalam sobie na piśmie przedstawić uczestnikom sobotniego spotkania scenariusz tych działań, z możliwie pełnymi, a zarazem nie dającymi się podważyć szczegółami. Oczywiście w kontekście w pełni sprecyzowanej umowy, którą pani Poseł zawarła z przewodniczącym Rady Powiatowej SLD w Wadowicach  - M. Z. D(...). Jednak, by obraz ten był pełny i nie budził podejrzeń, iż tworzony został w oparciu o moje emocje, należy zacząć od początku. Więc na samym początku, tak na marginesie muszę stwierdzić, że nigdy nie żebrałem o pracę w biurze poselskim. I tak jak mnie praca ta została zaproponowana przez panią Poseł, tak kilka (10) osób - członków SLD, również od pani Poseł otrzymało propozycję odejścia wraz z nią do nowo utworzonego Koła Nr 5. Roztaczana wówczas przez Posłankę wizja skupienia ośrodka decyzyjnego lewicy wokół Jej biura i „piątki” we wszystkich nas rodziła nadzieję na prężną działalność tego niecodziennego „tworu”. Co to nie miało być! A to pomoc dzieciom z Domu Dziecka w Jaszczurowej, a to liczne spotkania z politykami z pierwszych stron gazet, no i rzecz chyba najważniejsza - nadspodziewanie szybki i znaczący rozwój Koła Nr 5 o członków popierających działania pani Poseł.

Która z tych poselskich wizji została w tym długim przecież okresie zrealizowana? Żadna!

Dlaczego? Ano, z prozaicznego powodu. Pani Poseł spotkała się z panem M.D(...). Oficjalnie dwa razy. Ile razy nieoficjalnie? - nie wiemy i nigdy się nie dowiemy. Nad faktem, że doszło między panią Poseł a D(...) do umowy, której jednym z elementów było żądanie D(...), by pozbyła się z biura poselskiego Wyroby, dyskutować już nie zamierzam. Z faktami bowiem nie zwykłem polemizować. Tym bardziej, że za tymi faktami poszły konkretne czyny pani Poseł. Żądanie D(...) należało zrealizować. Jak można było najprościej? Rękami Mariana Z(...). I byłoby się udało, gdyby pracodawca znał swoje obowiązki. Bowiem sam mechanizm opracowany został do perfekcji - niczym „zbrodnia doskonała”. Po rozmowie z D(...) Posłanka poleciła mi dostarczenie Jej w trybie pilnym dokumentów ZUS i US, prowadzonych do końca stycznia br. przez biuro finansowe w Andrychowie, bo  jak stwierdziła, „... mam biuro, które będzie mi to robiło za 50,- złotych (słownie: pięćdziesiąt złotych)”. Nieco zdziwiła Wyrobę ta kwota, gdyż dziesięciokrotne jej przebicie przez szanujące się biuro rachunkowe nie byłoby dla niego zaskoczeniem, no... ale była to decyzja pracodawcy, z którą polemizować nie sposób. Tak więc, bez dyskusji, już na drugi dzień Wyroba dostarczył dokumenty pani Poseł, spięte chronologicznie w teczce biurowej. Kiedy minął termin złożenia deklaracji ZUS i US za miesiąc styczeń, przyszła kolej na kolejny w „programie” Posłanki krok. Wykorzystując wspólne zaufanie Mariana Z(...) i Wyroby, pani Poseł (za plecami Wyroby) zleciła Marianowi Z(...) wykonanie analizy pracy biura. Liczyła na to, że ten zgodnie z jej oczekiwaniami wykaże poważne naruszenie przez Wyrobę obowiązków pracowniczych, poprzez naruszenie przepisów karno-skarbowych. I wszystko byłoby po myśli pani Poseł, gdyby nie typowa dla blondynki niechęć do wiedzy. To właśnie ta niechęć doprowadziła do tego, że nieznajomość obowiązków pracodawcy nie pozwoliła Posłance zauważyć, iż odpowiedzialność pracownika nie opiera się o napis na pieczątce „Kierownik Biura Poselskiego”, ale o zakres obowiązków, który pracodawca winien wręczyć pracownikowi wraz z umową o pracę, co niestety w przedstawionej analizie jednoznacznie wykazał Marian Z(...). Nadto, kiedy Autor analizy miał czelność przedstawić ją oficjalnie w obecności pracodawcy i pracowników, Wyroba również miał czelność przedstawić termin i powód, dla którego pani Poseł przejęła kontrolę nad dokumentami ZUZ i US, zaś pani Poseł nie miała czelności, by prawdzie tej zaprzeczyć. Tym to sposobem, upadł pomysł dyscyplinarnego zwolnienia Wyroby z powodu ciężkiego naruszenia przez niego obowiązków pracowniczych. Ale umowa z D(...) nadal obowiązywała. Trzeba więc było coś robić, żeby ją zrealizować. Cóż bidna blondynka miała począć? Zaczęła kombinować, jakby tu Wyrobie strzaskać opinię. Wszak tylko taka, która kompromitowała by również biuro poselskie, mogła dyskwalifikować Wyrobę z zajmowanego w biurze poselskim stanowiska. Tchórzostwo Posłanki nie pozwoliło bowiem, by przez około dwa miesiące usiąść z Wyrobą do stołu i podczas szczerej rozmowy rozwiązać problem (chociaż sposobów było mnóstwo). Był jednak czas, by w tym okresie dotrzeć do wszystkich znajomych Wyroby, których ten nie tylko w dobrej wierze przedstawił Posłance, ale często angażował do pomocy w Jej kampanii wyborczej. Zaczęło się niewinnie. Raz szkodził jej Wyroba, drugi raz gazeta - dziwne, że obaj nie szkodzili Jej od 1995 roku do wygranych wyborów? Potem, tylko za to, że pracodawca nie podpisał listy płac pracownika na początku miesiąca, ale w II jego dekadzie, zrobiła z pracownika złodzieja, zabierając najpierw pieczątkę (z up. Posła), potem klucze od szafy metalowej, a jeszcze później od biura. Oczywiście, a jakże: „... z powodu choroby pracownika”.

No ale i ten numer, na „złodzieja”, okazał się zbyt cienkimi nićmi szyty, by Wyrobę wypieprzyć z pracy w biurze poselskim. Wystarczył jednak by Posłanka mogła poinformować D(...), iż realizuje podjęte zobowiązanie i jest na najlepszej drodze, aby Wyroby się pozbyć, bo „... zabrała mu już pieczątkę i klucze, ale jeszcze nie mogła go zwolnić, bo jest na chorobowym” (czym nie omieszkała pochwalić się m.in. podczas spotkania w Kalwarii). Kiedy już wszystko zawiodło, jedynym wybawieniem z opresji wydawał się być dla Posłanki telefon widmo, który poinformował ją aż w Sejmie, że „... Wyroba nie tylko zalewa się w wadowickich knajpach w trupa i potem leży na chodniku, ale jeszcze jakby tego było mało, to gustuje w kurwach”. Jednak i tu, chyba na złość, Marian Z(...) nie wyraził jednoznacznego stanowiska, co do „nieodpowiedniego” zachowywania się Wyroby. Nie było więc innego wyjścia, tylko trzeba było się spotkać z Wyrobą w tę nieszczęsną sobotę (13.04.).

Kiedy nie było żadnych argumentów, by Wyrobę zaatakować konkretnymi i jednoznacznymi zarzutami, przyszło na panią Poseł oświecenie. Stwierdziła, że Wyroba powiedział do Henryka M(...) (na co ma świadka - siostrę), że „... po to pracuje w biurze poselskim by Ją zniszczyć i zgnoić”. No ale..., ten numer też nie wyszedł. Konfrontacji chce nie tylko Wyroba. M(...) też! Musiała się więc pani Poseł chwycić rzeczy najwredniejszej z wrednych: zagrać na uczuciach... własnej siostry! A najgorsze w tym jest to, że pani Poseł wiedziała, iż nie tylko Wyroba, ale cała jego rodzina: Żona i Dzieci - darzą panią Kazimierę P(...) najwyższym szacunkiem i zaufaniem. (...).

Stąd na koniec - nie byłbym Wyroba - gdybym nie przypomniał, co powiedziałem do Haliny jeszcze przed wyborami do Sejmu, życząc jej szczerze i z pełnym przekonaniem sukcesu wyborczego: „Życzę Ci wszystkiego najlepszego, w tym i tego, abym nigdy nie musiał zostać Twoim wrogiem. Tego po prostu nie życzę nikomu”. I proszę tego nie odebrać jako groźby z mojej strony. Ja nie grożę. Informuję tylko, że będę konsekwentny w dalszych swoich działaniach. Jak zresztą zawsze. Podobnie, jak zawsze jestem konsekwentny oraz otwarty na rozmowę i w rozmowie, ale tylko tej prowadzonej w oczy (a nie poza oczy), szczerze i w dobrej woli. Nawet teraz, kiedy już jasnym się stało, że wraz z pozostałymi (z Koła Nr 5) zostałem sprzedany przez panią Poseł Drożdżowi, niczym przysłowiowa natka pietruszki na targu. Amen.

P.S. Boli? Wiem! Prawda zawsze boli!”.

Jednak i to moje stanowisko - tak jak poprzednie i kolejne też - nie doczekało się odpowiedzi ze strony posłanki.

Dlatego pozwolę sobie bez żadnych skrupułów przejść do dalszego ciągu mojej, opartej na faktach i dokumentach (w części tu publikowanych - pozostałe do wglądu) opowieści.

 

PROBLEMY POSŁANKI Z PRASĄ

Były też w naszej jeszcze wspólnej historii potyczki posłanki Talagowej z prasą wojewódzką: „... Krakowską”, „Dziennikiem...” i „Kroniką...” - obrazowane oświadczeniem posłanki, która jeszcze w dniu 27 września 2001 roku schlebiała gazecie „Nad SKAWĄ” i dalej deklarowała społeczeństwu swoją „niezawodność”.

 

PRZELEW

Jak już wyżej zaznaczyłem, Marian Z. wykonywał te wszystkie prace, które wymagały wiedzy i inteligencji, bowiem w mojej ocenie chyba obydwu ich (i wiedzy i inteligencji) pozbawione były posłanka z Maryśką, tak naprawdę tylko tarasujące niezbyt obszerne pomieszczenia biura poselskiego przy A. M. B. Fatimskiej 3.

Ja zaś najczęściej płaciłem nieregulowane przez posłankę Talagową rachunki za wszystko, za pieczątki, za meble, za zamki do drzwi, za sprzęt i za inne materiały biurowe. Jej na to wszystko nie było stać z uwagi na fakt, iż obok potrzeb typowo kobiecych, takich jak nowe kiecki czy garsonki, przynoszone do biura poselskiego całymi tobołami, łożyć musiała też na potrzeby Małopolskiej Rady Wojewódzkiej SLD w Krakowie.

Nic to, że w sposób zabroniony ustawą o sprawowaniu mandatu posła i senatora. Płaciła z pieniędzy przeznaczonych na prowadzenie biura poselskiego (i pewnie płaci nadal?) po tysiąc złotych miesięcznej opłaty za biuro poselskie w Krakowie przy Al. Słowackiego 48, którego - co wynika z informacji Kancelarii Sejmu RP - nigdy w Krakowie nie otworzyła.

 

WYWIERANIE NACISKU

Ale pewnie jeszcze mało płaciła? No i nie płaciła nic na rzecz Rady Powiatowej SLD w Wadowicach, której Zarząd żył w głębokim a zarazem całkowicie błędnym przekonaniu, że i to „nieszczęście” (po „nieszczęściu” założenia przez Talagową Koła SLD Nr 5), to też za sprawą Wyroby. To spowodowało, że wymyślając sobie bardzo różne zagrożenia jakie mogą spaść na powiatową organizację SLD ze strony Wyroby i wydawanego przez Wyrobę pisma „Nad SKAWĄ”, szczególnie „ważni” członkowie Zarządu partii zaprosili mnie na spotkanie. Odbyło się ono w dniu 18 lutego 2002 roku w siedzibie Rady Powiatowej SLD w Wadowicach, wówczas jeszcze przy Pl. Jana Pawła II 10. W spotkaniu obok mnie uczestniczyli: przedstawiciele Zarządu Powiatowego SLD w Wadowicach, w osobach: przewodniczącego - Marka Zdzisława D., wiceprzewodniczącego - Antoniego W., sekretarza - Czesława G. oraz trzech członków: Józefa B., Józefa D. i Jana W. Stenogram z tego spotkania, sporządzony w oparciu o nagranie magnetofonowe prowadzone przez obydwie jego strony, jest zbyt obszerny, by publikować go w tym miejscu. Jednak zainteresowanych odsyłam na koniec publikacji, gdzie został on przedrukowany w całości.

Treść oraz przebieg tamtej rozmowy obrazuje jednoznacznie, w jaki sposób doszło do zlikwidowania „piątki” i w jaki sposób próbowano wywierać na mnie nacisk, abym podporządkował się kompromitującym lewicę decyzjom tutejszej, powiatowej SLD-owskiej „szpicy”. Że zamiary przewodniczącego - Marka D., wiceprzewodniczącego - Antoniego W., sekretarza - Czesława G. oraz trzech członków: Józefa B., Józefa D. i Jana W., „psu na budę” się zdały, wyjaśniać nie muszę, bowiem nie w moim zwyczaju jest niszczyć co przez lata budowałem. A, to że z budowniczego - co w pełni pozostaje udokumentowane - ruchu lewicowego na Wadowickiej Ziemi, wyłącznie w ocenie w/w „sekretorzy” z dnia na dzień stałem się „...zatwardziałym” i co ważne „... niereformowalnym wrogiem lewicy”, wystawia stosowną cenzurkę nie mnie, ale właśnie im wszystkim - karierowiczom, którzy rozwinięty jesienią 2001 roku ruch lewicowy na Wadowickiej Ziemi zdegradowali już prawie do zera.

Co jednak nie świadczy, że udało się im zniszczyć same ideały lewicy. Te chociaż bardzo dalekie od SLD, nadal są żywe w społeczeństwie. Zresztą nie tylko wśród sympatyków lewicy, ale w śród członków partii też, i to zarówno tych którzy rzucili już legitymacją członkowską jak i tych, którzy z takim zamiarem w najbliższym czasie się noszą. Bowiem, co wiem z autopsji, przekonania lewicowe nie mają żadnego związku z partią, a już na pewno z jej skompromitowanymi przywódcami.

 

SZKODLIWY UPÓR

Tu wypada mi wrócić do swojej głównej relacji, bowiem doszło w mojej współpracy z Talagową do tego, że łączne zadłużenie posłanki Talagowej wobec mojej rodziny, za koszty poniesione w kampanii wyborczej oraz na utrzymanie biura poselskiego, przekroczyły kwotę 26 tysięcy złotych. Nadszedł więc też dzień - bo nadejść kiedyś musiał - w którym postanowiłem zwrócić się do mojej dłużniczki o zwrot kosztów poniesionych na kampanię wyborczą i na utrzymanie biura poselskiego oraz o wywiązanie się przez posłankę z przywołanej wyżej umowy ustnej. Oczywiście wcześniej w tych sprawach zwracałem się do Talagowej w formie ustnej, ale albo na moje słowa nie reagowała albo zbywała je zdawkową odpowiedzią „... nie dzisiaj, nie teraz”.

 Dlatego w kwietniu 2002 roku postanowiłem wystąpić z tymi samymi żądaniami już na piśmie, bowiem jakiś dziwny zanik pamięci - którym Talagowa zaczęła nagle emanować - pozwalał mi na domniemanie, że będę miał poważne problemy z wyegzekwowaniem obydwu tych roszczeń.

 Chociaż, aby uściślić podam też, że jeżeli chodzi o zwrot kosztów ponoszonych na utrzymanie biura poselskiego, to problem monitowałem już w marcu 2002 roku, treścią cytowanej wyżej odpowiedzi na wykonaną przez Mariana Z. analizę pracy biura poselskiego. Ale wówczas posłanka nie reagowała na monit, bo nie miała jeszcze... „Peugeota 206”, a czymś trzeba było wozić tę poselską dupę, przynajmniej „po drodze w sejmy”... Ponownie z wnioskiem takim (o zwrot poniesionych kosztów), sporządzonym w formie pisemnej i osobiście złożonym na dziennik podawczy biura poselskiego, wystąpiłem w dniu 17 kwietnia 2002 roku.

 

16.04.2002 - NAJWAŻNIEJSZA DATA

W MOIM KALENDARZU

Dzień wcześniej, 16 kwietnia 2002 roku, również osobiście złożyłem na dziennik podawczy biura poselskiego dwa odrębne pisma. Pierwszym żądałem spotkania z pracodawcą (który od dłuższego czasu unikał spotkania się ze mną) w obecności osób trzecich w celu wyjaśnienia sobie istotnych dla dalszej naszej współpracy spraw. Drugim informowałem swojego pracodawcę - Halinę Talagową, o swojej nieobecności w pracy od 17 kwietnia 2002 roku, spowodowanej wykorzystaniem dni wolnych nadrobionych w okresie, kiedy w styczniu tegoż roku - a więc w okresie kiedy przebywałem na zwolnieniu lekarskim - na żądanie Talagowej wykonywałem obowiązki pracownika biura poselskiego. Spełnione bowiem zostały oczekiwania samej Talagowej, która żądając ode mnie świadczenia pracy na jej rzecz w okresie, kiedy przebywałem na zwolnieniu lekarskim, zapewniała mnie, że dni wolne w okresie tym nadrobione będę mógł sobie odebrać, kiedy ona zatrudni drugiego pracownika biura. A to się stało - Maryśka J. oraz Marian Z. pracowali już w biurze poselskim od ponad miesiąca, więc nic nie stało na przeszkodzie bym zaczął realizować wymuszoną na mnie przez Talagową umowę. Istotnym jest też i to, że kiedy 16 kwietnia 2002 roku składałem to swoje pismo, jaśnie pani poseł była nawet w biurze, ale nie chciała ze mną rozmawiać, bo jak powiedziała... „... dzisiaj jeszcze jesteś na chorobowym”. I wiem jakie znaczenie dla odmówienia mi rozmowy miał fakt, że 16 kwietnia przebywałem jeszcze na ostatnim dniu zwolnienia lekarskiego? Wiem! Tak jak i Talagowa wiedziała, że wiodącym tematem naszej rozmowy nie będzie problem wykorzystania dni nadrobionych, ale problem jej długu finansowego wobec mnie i mojej rodziny. A tego tematu bała się jak ognia... Po zacytowanej wyżej wypowiedzi z ironią na twarzy przeczytała podane jej przez Maryśkę pisma, które złożyłem za potwierdzeniem odbioru na dziennik podawczy biura poselskiego, zawinęła swoją zamaszystą dupą i zamknęła się w drugim - niedostępnym dla stron - pomieszczeniu poselskiej „dziupli”. Tyleśmy ją wówczas z Maryśką i Marianem widzieli. Co nam więc pozostało? Wzruszyliśmy wspólnie ramionami, wymieniliśmy zdawkowe „... do zobaczenia” i poszedłem sobie... Na wolne... Uczciwie - i wyłącznie z myślą o pomnażaniu dobrego imienia pracodawcy - nadrobione...

 

STARA I ZAŚWIADCZENIE

A, że doprowadziła moją rodzinę prawie do bankructwa, aby przeżyć kolejne dni, tygodnie, miesiące, postanowiłem starać się o kredyt bankowy. Jednak aby go otrzymać niezbędne było mi zaświadczenie z zakładu pracy o wysokości uzyskiwanego dochodu. Domagałem się od Talagowej takiego zaświadczenia przez trzy miesiące i nijak nie mogłem doczekać się jego sporządzenia.

A tu nagle zdarzył się „cud”. Zadzwonił telefon, z biura poselskiego i dał się usłyszeć - wówczas chyba jeden z najbardziej z aksamitnych głosów w tym kraju - głos Maryśki J. „... Cześć Edek. Stara przygotowała ci zaświadczenie o wysokości zarobków” - powiedziała. Dzisiaj już nie pamiętam co odpowiedziałem, ale wiem na pewno, że w te pędy pobiegłem do biura. Nawet chyba wróciła we mnie wiara w rzetelność i uczciwość Talagowej? Wiedząc, że będę mógł zaciągnąć kredyt, gotów byłem też zrozumieć potrzeby posłanki i czekać jeszcze przez jakiś czas na jej rozliczenie się ze mną i z moją rodziną.

 Stanąłem w drzwiach biura, pamiętam - z zadyszką i pytaniem, gdzie moje zaświadczenie. Byłem tak zafrapowany całym tym wydarzeniem, że nawet nie zwróciłem uwagi ani na wzór i kolor nałożonych przez Maryśkę tego dnia koronek ani na zapach niesiony dymem Marianowej fajki. A może temu, że Maryśka J. była tego dnia wyjątkowo szybka... Od ręki podała mi zapisaną kartkę, podstawiając drugą dla potwierdzenia przeze mnie odbioru. Podpisałem więc, podziękowałem i wyszedłem z myślą „... do banku, do banku”.

I poszedłem...

Nie zamieniłem nawet tego dnia kilku grzecznościowych słów z Marianem Z., zajętym mocno poselskim komputerem...

 

„... MURZYN MOŻE ODEJŚĆ”

W drodze do banku rozpostarłem wręczony mi przez Maryśkę arkusz papieru, czytałem i własnym oczom nie wierzyłem. Talagowa wydała mi zaświadczenie o wysokości zarobków z dnia 22 kwietnia 2002 roku, w którym podała, że „... umowa o pracę dnia 22.04.2002 r. została rozwiązana”. Co sobie o tej (tu proszę dołożyć dowolne słowo niecenzuralne) Talagowej wówczas pomyślałem, dzisiaj naprawdę nie nadaje się do publikacji, m.in. dlatego, że też było ogromnie niecenzuralne. Ale, że nic więcej w treści tamtego zaświadczenia nie podała, zastanawiałem się także nad tym, co też będzie stanowiło przyczynę zwolnienia mnie z pracy oraz i nad tym, dlaczego to Talagowa nie kazała wręczyć mi decyzji o zwolnieniu i świadectwa pracy a tylko poinformowała mnie o swojej decyzji w sposób godny wyłącznie jej samej, treścią zaświadczenia o zarobkach?

Bo o tym, że przyczyna ta nie będzie miała żadnego związku z następującymi po sobie faktami byłem przekonany, bowiem Talagowa nie mogła nigdzie podać, że zwolniła mnie z pracy z dwóch zasadniczych powodów. Pierwszym były moje (pewnie już bardzo posłankę „męczące”?) żądania zwrotu kosztów poniesionych przeze mnie i moją rodzinę na kampanię wyborczą oraz prowadzenie i utrzymanie biura poselskiego, a drugim fakt nabycia w salonie firmowym „Peugeota” w Trzebini nowiutkiego autka, przez co jej poselska dupa stała się całkowicie niezależna od mojego VW Golfa.

 

Jednak na odpowiedź z jej strony przyszło mi czekać do 04 maja 2002 roku, kiedy to za pośrednictwem Poczty Polskiej otrzymałem stosowne dokumenty, z których dowiedziałem się, że... „... w sposób rażący naruszyłem obowiązki pracownicze”.

Czym? Ano tym, że wykorzystując dni wolne nadrobione w okresie kiedy w styczniu 2002 roku pracowałem będąc jednocześnie na zwolnieniu lekarskim, nie stawiłem się w pracy w dniu 17 kwietnia 2002 roku.

 

AMNEZJA POSŁANKI

Sprawa trafiła tam gdzie powinna - do sądu pracy, czyli przed oblicze wadowickiej Temidy w osobie sędziego Stefana K. I poszło Talagowej jak po maśle. Szczególnie dlatego, że ona sama dostała takiej amnezji, iż nie pamiętała nie tylko wymuszonej na mnie umowy, ale nawet tego abym w styczniu 2002 roku przebywał w szpitalu i był tam operowany, zaś sędzia Stefan K. odrzucił wszystkie dowody, których przyjęcia w sposób określony prawem domagałem się od Sądu, w tym z bilingu z rozmów telefonicznych posłanki (która nie do biura ale do szpitala w Suchej Beskidzkiej w dniach od 09 do 11 stycznia 2002 roku za mną dzwoniła) oraz z zeznań świadków - pracowników i petentów biura poselskiego. I jak napisał sędzia Stefan K., w kompromitującym wymiar sprawiedliwości (oraz Sejm RP) wyroku z dnia 11 lipca 2002 roku: „... sąd dał wiarę pozwanej”. Po złożonej przeze mnie apelacji sprawą zajął się Sąd Okręgowy w Krakowie. Jednak okazało się, że tam posłanka miała jeszcze większe niż u sędziego Stefana K. „plecy”. Wyrokiem z dnia 03 kwietnia 2003 roku Sąd Okręgowy w Krakowie, obrażając prawo i kompromitując wymiar sprawiedliwości, odrzucił moją apelację.

 

A dlaczego „... obrażając prawo i kompromitując wymiar sprawiedliwości”? Ano dlatego, że sądy obydwu instancji - co potwierdzają w uzasadnieniu do wydanych wyroków - decyzje swoje oparły wyłącznie na fałszywych zeznaniach posłanki Talagowej, która do protokołu podała, że informację o wykorzystaniu dni wolnych nadrobionych złożyłem w biurze poselskim 17 kwietnia 2002 roku, kiedy ona była już w Warszawie, w sejmach i nie mogła podjąć żadnej w tej sprawie decyzji. A nadto podała, że gdybym swoje pismo złożył 16 kwietnia, to by je od razu rozpatrzyła bo była w tym dniu w... Wadowicach. A, że pismo to złożyłem 16 kwietnia 2002 roku, wręcz do rąk własnych posłanki, która tego dnia grzała swoje „cztery litery” w biurze poselskim w Wadowicach, co potwierdzone zostało na jego oryginale, to jakże, jak nie obrażającymi prawo i kompromitującymi wymiar sprawiedliwości wypada nazwać obydwa przywołane wyżej zależne, zawisłe i stronnicze wyroki, dodam, że wydane w imieniu Rzeczypospolitej Polskiej?

 

TRZY WNIOSKI

Stąd też zaraz po wyroku Sądu Okręgowego w Krakowie złożyłem w tym Sądzie dwa wnioski. Jeden o przesłanie mi obrażającego prawo i kompromitującego wymiar sprawiedliwości wyroku wraz z uzasadnieniem i drugi o wyznaczenie z urzędu obrońcy dla złożenia wniosku o kasację wyroku (obowiązujące prawo wymaga aby wniosek o kasację wyroku został sporządzony i złożony przez adwokata). Na wyrok z uzasadnieniem przyszło mi czekać dwa miesiące, na adwokata tydzień dłużej. Gdy Sąd poinformował mnie o wyznaczeniu mi obrońcy z urzędu do sporządzenia kasacji (rozstrzygając tym samym z urzędu, iż zachodzą okoliczności dla jej wniesienia), by nie marnować cennego dla całej sprawy i dla mnie samego czasu, udałem się natychmiast do Krakowa wraz ze stosownymi dokumentami. Nie powiem, pan Mecenas przyjął mnie bardzo grzecznie, „pomieszał” w papierach i jednoznacznie stwierdził, że zachodzą okoliczności uzasadniające złożenie wniosku o kasację wyroku, który sporządzi za około dwa dni oraz i to, że o terminie kolejnego naszego spotkania poinformuje mnie telefonicznie. Jak powiedział tak... zadzwonił - za dwa dni. Pojechałem i dowiedziałem się, że... pan Mecenas „... nie widzi podstaw do złożenia kasacji”.

Powiedziałem mu wówczas tylko co myślę o takim jak on obrońcy, zabrałem papiery, wróciłem do domu i... napisałem trzeci wniosek - skargę na zachowanie pana Mecenasa, którą złożyłem w Sądzie Okręgowym w Krakowie i w Okręgowej Radzie Adwokackiej też. Efektem podjętych przeze mnie działań było, że w tydzień zmieniono mi adwokata, który w dniu 30 lipca 2003 roku złożył wniosek o kasację wyroku do Sądu Najwyższego.

Tu dla rzetelności przekazu zmuszony jestem podać, że przed sądami obydwu instancji posłankę reprezentował mec. Tadeusz K., którego koszty zastępstwa adwokackiego przed tymi właśnie sądami zostały ocenione w wyroku każdego z nich na kwotę po 50,- złotych, co daje łączną kwotę 100,- złotych.

A, że miałem wiarygodną podstawę by sądzić, że faktura wystawiona przez kancelarię mec. Tadeusza K. w sposób znacznie przewyższający od orzeczonego przez sądy, obciążała budżet biura poselskiego, a więc budżet podatników, w dniu 18 kwietnia 2003 roku złożyłem na ręce posłanki Talagowej wniosek dotyczący udzielenia odpowiedzi o następującej treści: „... Na podstawie art. 61 Konstytucji RP w związku z art. 115 § 1 ust. 2 kk, art. 63 tej samej ustawy oraz art. art. 1 i 4 ustawy Prawo prasowe, wnoszę o podanie w terminie określonym ustawą pełnej informacji dotyczącej wysokości kwot wypłaconych i zaksięgowanych po stronie wydatków Biura Poselskiego posłanki Sojuszu Lewicy Demokratycznej Haliny Talagowej (z siedzibą przy Al. M. B. Fatimskiej 3, w Wadowicach), za faktury VAT bądź inne rachunki wystawione przez Kancelarię Adwokacką mec. Tadeusza K(...) za usługi adwokackie świadczone przez Asystenta Społecznego Posła na Sejm RP Haliny Talagowej - mec. Tadeusza K(...), występującego w charakterze pełnomocnika Haliny Talagowej w sprawach rozpoznawanych przez:

- Sąd Rejonowy w Wadowicach - Wydział IV Pracy, pod sygn. akt: IV P 132/02, IV P 193/02,

- Sąd Okręgowy w Krakowie - Wydział VI Pracy, pod sygn. akt: VI Pa 1579/02.”.

Wniosek ten uzasadniłem stosownymi przepisami - obowiązującego nie tylko mnie - posłankę też - prawa. Niestety, jak na wszystkie poprzednio składane wnioski, mimo prawnego obowiązku posłanki, i na ten również nie udzieliła mi odpowiedzi (materiał pisany 02 września 2003 r.). A, że z dawien dawna wiadomym jest, iż milczenie jest akceptacją treści złożonego wniosku, mam uzasadnione podstawy by dzisiaj domniemywać, że docierające do mnie informacje o zawyżeniu przez posłankę, wspólnie i w porozumieniu z mec. Tadeuszem K., kosztów zastępstwa adwokackiego przed sądami pracy o kwotę ponad 3.000,- złotych są w pełni wiarygodne. Dlatego też o pełne wyjaśnienie niniejszej sprawy, a zarazem fachowe potwierdzenie moich przypuszczeń - zwróciłem się do Kancelarii Sejmu RP.

 

MILLEROWI RZUCIŁEM LEGITYMACJĘ...

Ale jeszcze zanim dowiedziałem się o zwolnieniu mnie z pracy przez posłankę Talagową, podejmowałem próby ratowania jej inicjatywy - Koła SLD Nr 5 w Wadowicach. Był to czas kiedy Wojewódzki Sąd Partyjny nie badając materiału dowodowego przychylił się do żądań Marka D. i pozostałych „dywersantów” z wadowickiego SLD i odmówił rejestracji Koła oraz kiedy jeszcze naprawdę leżało mi na sercu istnienie powołanej przez posłankę do życia „piątki”. Zresztą to właśnie przede wszystkim tej inicjatywie (założenia przez Talagową „piątki”) i naleganiom Janka F., ściśle z tą inicjatywą związanymi, „zawdzięczałem” wstąpienie do partii i moje trzymiesięczne w niej członkostwo. Stąd właśnie, kiedy posłanka decydowała o zwolnieniu mnie z pracy, ja całkowicie nieświadomy jej niecnych zamiarów kolejny raz podejmowałem próbę ratowania poselskiego „kręgu”. W dniu 18 kwietnia 2002 roku wystąpiłem z listem do premiera Rządu RP - Leszka Millera, w którym napisałem m.in. „... Panie Premierze! 04 lutego 2001 roku, jako przewodniczący SLD, odnosząc się do rządów swoich poprzedników powiedział Pan, cyt.: „... W zbyt wielu strukturach państwa osiedlili się amatorzy, w dodatku jeszcze głupi i pazerni. Trzeba z tym skończyć! (...) Równocześnie jednak powiedzmy to dziś raz jeszcze otwarcie: każdy przypadek zainfekowania naszych przedstawicieli w samorządzie terytorialnym, w Kasach Chorych i innych instytucjach publicznych wirusem AWS i UW - wirusem korupcji, nepotyzmu i kolesiostwa uderza w całe SLD. Fakty takie niestety się zdarzają. To przypadki mylenia interesu prywatnego z publicznym (...). Ważne by każdy z tych przypadków był jak najszybciej identyfikowany i bezwzględnie eliminowany. Sposób podejścia do własnych słabości musi nas różnić od innych partii. (...) W takich przypadkach oczekujemy od was natychmiastowej reakcji. Odcięcia się od złych praktyk i kompromitujących nas ludzi. W tych sprawach nie może być niedomówień, nie może być fałszywej lojalności grupowej. To dlatego SLD rozpoczął walkę o czystość i przejrzystość życia publicznego od własnych szeregów.”

Będąc od wczesnej młodości oddany ideałom lewicy, wierzyłem w te słowa, wierzyłem w Pańską stanowczość, wierzyłem, że obracając słowa w czyn Sojusz Lewicy Demokratycznej stanie się partią zaufania, rozsądku, rzetelności...

Z tą właśnie wiarą przystąpiłem w ubiegłym roku, tu - w papieskim mieście i powiecie oraz powiatach ościennych, do prowadzenia kampanii wyborczej kol. Haliny Talaga. Kampanii, w której naszego wąskiego sztabu wyborczego nie wspomogła żadna z organizacji SLD (ani gminna, ani powiatowa, ani wojewódzka).

O wyniku mojej działalności nie muszą świadczyć żadne słowa, wszak przypieczętowany został zdobytym przez kol. Halinę Talaga tu, w tym klerykalnym zaścianku Rzeczypospolitej, mandatem posła z listy SLD. Wspólnie z wąską grupą przyjaciół zrobiliśmy coś, czego organizacja lewicowa nie była wstanie zrobić od ponad dwudziestu lat. Ale, że bliskie były nam jedynie ideały lewicowe, a nie korupcja, nepotyzm i kolesiostwo, po wygranych przez kol. Halinę Talaga wyborach, z czołowej postaci ruchu lewicowego w papieskich Wadowicach, z dnia na dzień w chorym rozumieniu karierowiczów z gminnej, powiatowej oraz wojewódzkiej organizacji partyjnej stałem się czołowym wrogiem Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Walcząc od kilku lat za pośrednictwem wydawanego przeze mnie pisma regionalnego „Nad SKAWĄ” o rozwój ruchu lewicowego na Wadowickiej Ziemi, przyjąłem, że odbudowana i nowoczesna lewicowa organizacja partyjna po zwycięstwie wyborczym swojego kandydata wesprze moje działania w walce z niegospodarnością, korupcją, prywatą i nepotyzmem rządzącej u nas prawicy. Jednak myliłem się. Sfałszowane wybory II Powiatowego Zjazdu SLD w Wadowicach pozwoliły przejąć władzę w strukturach partii ludziom, którym obce są ideały lewicy, zaś bardzo bliskie korupcja, nepotyzm i kolesiostwo, dalekie zapisy Statutu oraz Karty Zasad Etycznych SLD, bliska prywata i kariera.

Tym samym jest nam po prostu nie po drodze.

Jak daleko jest reprezentantom władz powiatowych i wojewódzkich SLD do ideałów lewicowych, przekonałem się, kiedy o rozwiązanie kompromitujących Sojusz Lewicy Demokratycznej spraw zwróciłem się do Wojewódzkiego Sądu Partyjnego przy Małopolskiej Radzie Wojewódzkiej SLD w Krakowie. Okazało się, że dla żądnych wyłącznie władzy połączonej z prywatą wysoko postawionych działaczy Małopolskiej SLD, żadnego znaczenia nie ma materiał dowodowy, załączony do wniosku. Ten został przez niby-sąd w ogóle niezauważony, zaś w części w pełni udokumentowanej potraktowany jako moje pomówienia, domniemania i insynuacje. A ponieważ moje kroki skierowane przeciw tym praktykom działaczy lewicowych, które szkodzą dobremu imieniu partii, skutkowały wyłącznie wszczęciem postępowania przed tym samym Sądem Partyjnym, prowadzonego w celu wykluczenia mnie z szeregów Sojuszu Lewicy Demokratycznej, uważam, że aby zachować granice zdrowego rozsądku i poziomu, bowiem do rynsztoka schodzić wraz z Sojuszem nie zamierzam, najlepszym rozwiązaniem będzie... nie odwołanie się od kompromitującego postanowienia Sądu Partyjnego I instancji, ale wypełnienie oczekiwań czołowych działaczy:

- Rady Gminnej SLD w Wadowicach - Józefa D(...) i Jarosława Ł(...),

- Rady Powiatowej SLD w Wadowicach - Marka Zdzisława D(...), Antoniego W(...) oraz Czesława G(...),

- Małopolskiej Rady Wojewódzkiej SLD - Andrzeja M(...) i Andrzeja W(...),

poprzez moje dobrowolne zrzeczenie się członkostwa w Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Myślę, że złożenie na ręce Pana Premiera mojej legitymacji członka Sojuszu Lewicy Demokratycznej uwolni szczególnie kol. kol. Andrzeja M(...) i Andrzeja W(...) z Małopolskiej Rady Wojewódzkiej SLD w Krakowie od „obowiązku” dalszego kompromitowania swoją działalnością zasad Statutu SLD, Karty Zasad Etycznych Sojuszu oraz całej partii. Mnie zaś z obowiązku promowania na łamach „Nad SKAWĄ” karierowiczów z wadowickiej organizacji partyjnej Sojuszu Lewicy Demokratycznej w kolejnych, następujących po sobie wyborach. Stąd, bez wiary w jakiekolwiek zajęcie się przez Radę Krajową SLD podnoszonym przeze mnie problemem, na ręce kol. Leszka MILLERA - premiera Rządu Rzeczypospolitej Polskiej, pozwalam sobie złożyć rezygnację z członkostwa w partii - załączając do niniejszej rezygnacji:

- legitymację członka Sojuszu Lewicy Demokratycznej Nr 007577 MAŁ,

- wniosek do Wojewódzkiego Sądu Partyjnego z dnia 18 marca 2002 roku wraz z pełnym materiałem dowodowym,

- postanowienie Wojewódzkiego Sądu Partyjnego z dnia 02 kwietnia 2002 roku,

- informację Wojewódzkiego Sądu Partyjnego o wszczęciu postępowania z dnia 02 kwietnia 2002 roku,

- wniosek do Wojewódzkiego Sądu Partyjnego z dnia 04 kwietnia 2002 roku - o uzupełnienie postanowienia, do dnia dzisiejszego pozostający bez odpowiedzi.”.

I wstyd mi to przyznać, ale i ten wniosek, złożony na ręce premiera rządu RP, pozostaje do dnia dzisiejszego bez odpowiedzi. Tak zresztą jak wnioski złożone na ręce posłanki czy do Rad poszczególnych instancji Sojuszu. Widać w lewicy mają już w zwyczaju nie odpowiadać „na głos ludu”!

 

Jednak bezczynność premiera była dla mnie błogosławieństwem, za które w sposób szczególny dziękuję Leszkowi Millerowi - bowiem sprawił, że dzisiaj nie muszę wstydzić się za niego samego i tych pseudolewicowców z organizacji wojewódzkiej i powiatowej SLD - jakże premierowi podobnych.

Archiwalny charakter niniejszego sprawozdania zmusza mnie do poinformowania Czytelnika tej pracy, że nie byłem jedynym w strukturach powiatowej organizacji SLD w Wadowicach, który na ręce Leszka Millera złożył rezygnację z członkostwa w Partii, załączając jednocześnie do swojego wystąpienia na piśmie legitymację członka partii. I też nie jedynym, który na swoje stanowisko do dnia dzisiejszego nie otrzymał od Millera odpowiedzi.

 

BANDYCKI KIPISZ

Kontynuując zmuszony jestem też podać, że w odpowiedzi na mój pozew złożony w sądzie w sprawie przywrócenia mnie do pracy, Talagowa złożyła w Prokuraturze Rejonowej w Wadowicach zawiadomienie o popełnieniu przeze mnie przestępstwa, które miało polegać na tym, że „rozporządzałem” dokumentami Talagowej, którymi „... nie miałem wyłącznego prawa rozporządzać” - a to szmatławą, nie nadającą się nawet do podtarcia legitymacją pracowniczą Nr 0030 (taką jaką mają nauczyciele, kierowcy i sprzątaczki też) oraz imienną pieczątką Edwarda Wyroby - kierownika biura poselskiego, którą jak większość wyposażenia biura poselskiego - sam sobie zapłaciłem. Tak zresztą jak wszystkie pozostałe pieczątki biura poselskiego w tym i tą: „Halina Talaga Poseł na Sejm RP”, bo Talagowej nawet na wyrobienie pieczątek biura poselskiego nie było stać.

Tu muszę zaznaczyć, że obydwa te „gówniane” w mojej ocenie bibeloty zatrzymałem po zwolnieniu mnie z pracy celowo i świadomie. Do czasu rozliczenia się Talagowej ze mną i z moją rodziną. Zatrzymałem je również dlatego, by do czasu prawnego wyjaśnienia spraw między nami nie spotkać się z jakimś kolejnym draństwem ze strony Talagowej, polegającym np. na użyciu mojej imiennej pieczątki na dokumencie o znaczeniu prawnym. Wszak po tym co zrobiła mnie i mojej rodzinie mogliśmy się po niej już wszystkiego spodziewać - o czym poinformowałem i Policję i Prokuraturę. Ale obydwa te organy - a raczej wybrani ich przedstawiciele - mieli w „szerokim poważaniu” podane przeze mnie i potwierdzone stosownymi dokumentami informacje, efektem czego było pozaprawne (tak jak przywołane wyżej wyroki sądowe) przeszukanie przez Policję mojego mieszkania w dniu 19 września 2002 roku.

Znowu czytający tę relację staną przed dylematem - dlaczego przeszukanie mojego mieszkania miało charakter „... obrażającego prawo i kompromitującego organy ścigania”? Ano dlatego, że ani pieczątka (obojętne jaka by ona nie była) ani legitymacja pracownicza w świetle obowiązującego w Rzeczy... pospolitej prawa „... nie jest dokumentem”, przez co nie zachodziły żadne okoliczności popełnienia przestępstwa, podane fałszywie przez jej poselski „majestat” w zawiadomieniu o przestępstwie. Tu warto podkreślić, że zawiadomienie o nie popełnionym przestępstwie w imieniu Talagowej złożyła kancelaria adwokacka mecenasa Tadeusza K. I wierzę, iż o tym, że nie zachodziły żadne okoliczności uzasadniające złożenie zawiadomienia o przestępstwie mogła nie wiedzieć Talagowa - przecież nie jest prawnikiem, ale żeby nie wiedział tego właśnie prawnik (a chyba nawet były sędzia) mec. Tadeusz K.? Dlatego całą tę sprawę uznałem za swego rodzaju celowy bandytyzm, zarówno ze strony reprezentującego Talagową adwokata jak i ze strony prokuratora podpisanego pod postanowieniem zlecającym Policji przeszukanie mojego mieszkania, bowiem to właśnie przeszukanie było w świetle prawa niczym innym a tylko bandyckim najściem na nie i naruszeniem miru domowego mojej rodziny.

No ale - co już u prokuratora Wiesława W. normalne - tu „tyż” nie widział i nadal nie widzi znamion - w tym i tego jakie popełnił jego organ - bezprawia. Cóż, tak sobie dzisiaj myślę, że może gdybym był na miejscu tego prokuratora, obarczony jego zawodową przeszłością, „tyż” bym pewnie... nie widział?

 

„PO DRODZE”

Ale „po drodze” - od czasu zwolnienia mnie z pracy - wydarzyło się jeszcze znacznie więcej. Około miesiąc po przywołanym wyżej zwolnieniu mnie z pracy w biurze poselskim, w okolicach połowy maja 2001 roku, ostatni raz drzwi od biura poselskiego zamknął za sobą zmęczony całą zabawą Marian Z., skrajnie zdegustowany tym, że jego z założenia merytoryczna praca w sumie ograniczyć się musiała do naprawiania kolejnych gaf i niezręczności posłanki. Mimo, że zatelefonował, by poinformować mnie o fakcie, że jego noga nigdy więcej tam, „... u tej (u kogo nie przytoczę: jest to bowiem słowo całkowicie niecenzuralne) nie stanie”, nie dochodziłem przyczyn tak drastycznej decyzji z Jego strony, bowiem stan ten przewidziałem i podzieliłem się moimi przewidywaniami z Marianem treścią listu do niego. Informując Go o swoich przewidywaniach, napisałem wówczas: „... Ty przerastasz ją (Talagową - przyp. autora) wszystkim: inteligencją, wiedzą, stosunkiem do ludzi, umiejętnością załatwiania spraw i... nie jesteś blondynką!”.

To właśnie całkowicie eliminowało Mariana z pracy w biurze poselskim, w którym po prostu nie mogły pracować osoby przerastające posłankę choćby tylko swoją inteligencją i wiedzą i... nie będące blondynkami. Od tego też czasu zaczęło w Wadowicach funkcjonować zawarte w liście do Mariana moje autorskie powiedzenie: „przychodzi blondynka do posła a poseł? - też blondynka”.

Stan, który przewidziałem potwierdza kolejna - po Marianowej - nominacja i „denominacja” na stanowisku „kierownika” biura poselskiego. Szczególnie „denominacja” Eugeniusza K. Gienek nie wytrzymał chyba nawet tyle co my z Marianem? Rozeszli się z posłanką po uroczystym „dniu kobiet”, obchodzonym hucznie w 2003 roku, w świetlicy PSS „Społem”, kiedy to licznie zebranym paniom i gościom płci męskiej zaproszonym na to spotkanie dał się słyszeć (a niektórym nawet widzieć) zza rozpostartej przed aneksem kuchennym kotary, odgłos obijania przez posłankę Eugeniuszowego pyszczka...

Po tym incydencie jeszcze przez kilka tygodni mówiło się, że Gienek jest na urlopie. Ale on już w tym czasie tak naprawdę ciągnął swoje „nocki” na taśmie produkcyjnej w kleczańskim „Ineksie”. Z szefa produkcji, którym był przed podjęciem pracy u Talagowej, spadł bardzo nisko, między „robotniki”, którymi wcześniej kierował... Jednak nie żal mi go, bowiem „spadł” na własne życzenie... A może... Może nie? Może to „mordercze” obicie Gienkowej „politury” było tylko skutkiem niezrealizowanego - choć zleconego mu przez członków Koła SLD Nr 5 kilka miesięcy wcześniej - „zadania partyjnego”? Może właśnie skutkiem niezaspokojonych poselskich żądzy?

 

Skoro odnoszę się do tego co było „po drodze” kampanii wyborczej jaką wspólnie z innymi prowadziłem na rzecz kandydatki Talagowej i mojego zatrudnienia w biurze poselskim, to nie wypada mi zapomnieć o wadowickim referendum w sprawie odwołania Rady Miejskiej. Co prawda z góry można było przewidzieć, że zostanie ono spacyfikowane przez ludzi z ratusza, tak jak i to, iż z uwagi na fakt, że ratusz jest największym pracodawcą w gminie, organizator nie osiągnie wymaganej dla ważności referendum frekwencji. Ale uwag na ten temat nie chcieli słuchać ani Talagowa ani Czesław G. - pełnomocnik owych „igrzysk”. I dopiero dzisiaj układające się po sobie fakty pozwalają mi domniemywać, że cała ta - z góry skazana na zatracenie - inicjatywa miała chyba swoje drugie podłoże, prywatne, ważne tylko dla duetu Halina Talagowa-Czesław G.? Wszak ten drugi (Czesław G.) zaczął nachodzić mnie w sprawie poparcia gazety „Nad SKAWĄ” dla referendum zaraz po tym, kiedy już wszyscy w naszym wąskim kręgu wiedzieliśmy, że jego żona choruje na nieuleczalny nowotwór. Zaś ta pierwsza (Talagowa) całą gębą tę chybioną - i całkowicie niezrozumiałą dla wtajemniczonych w sprawy referendum - inicjatywę popierała. I wspólnie stawiali jeden warunek - „... On, Czesiek musi być pełnomocnikiem grupy inicjatywnej!”.

„Jak? - pytałem - skoro Czesiek mieszka w Radoczy, a więc na terenie gminy Tomice, a jednym z ustawowych warunków zezwalających na bycie pełnomocnikiem grupy inicjującej referendum, jest zamieszkiwanie takiego osobnika na pobyt stały na terenie gminy, w której organizowane ma być dane referendum?!”. Jednak moje wątpliwości szybko rozwiała sama Talagowa: „... nie mam żadnego problemu z zameldowaniem i zamieszkiwaniem Cześka w naszej, mojej i Kazi rodzinnej posiadłości w Ponikwi” - mówiła.

No cóż, wniosek chociaż późno, nasunął mi się jeden: ona - rozwódka z kilkuletnim stażem, Kazia - wdowa ze stażem jeszcze większym, on - stosunkowo jeszcze młody i odsunięty przez chorobę małżonki od łoża, no i... referendum - przykrywka dla spokojnego realizowania się w sympatycznym trójkącie w Ponikwi, u podnóża beskidzkich groni. Dla mnie całość - potwierdzona przez Halinę Talagową i Kazię P. faktem dobrowolnego zameldowania Czesława G. na pobyt stały w Ponikwi pod numerem 6, wydaje się chyba jednoznaczna i chyba bardzo czytelna?

 

SKAZANE NA „ŚMIERĆ” INICJATYWY

By ten fragment mojego życiorysu, mojej bądź co bądź autobiografii, był w całości zgodny ze stanem faktycznym, nie może w nim zabraknąć wiedzy o dwóch bardzo ważnych, planowanych jeszcze przeze mnie i Mariana Z. inicjatywach politycznych, chociaż już nie przeze mnie realizowanych i nie przeze mnie skazanych na tzw. „śmierć” polityczną.

Pierwszą z takich była inicjatywa skupienia wokół posłanki i jej biura poselskiego ponadpartyjnego lobby ludzi z tzw. autorytetem, odciskających swoje piętno i znaczące wpływy na naszym regionalnym środowisku. Mimo, że planowana wcześniej (pierwszy raz bodaj podczas podsumowującej zwycięskie wybory „biby”), rodzić zaczęła się w kręgu ludzi skupionych wokół posłanki już w okresie ostrego konfliktu między mną i Talagową. Wówczas właśnie podjęte zostały działania zmierzające do skupienia przy biurze poselskim grupy osób inteligentnych, z ponadprzeciętnym charakterem, która miała być grupą opiniotwórczą, przedstawiającą posłance rzeczywiste problemy społeczno-ekonomiczne regionu. Z drugiej strony grupa ta miała stworzyć zaplecze intelektualne, legitymizujące samą instytucję biura poselskiego. Przeprowadzono liczne rozmowy oraz konsultacje i wydrukowano już nawet imienne zaproszenia na pierwsze spotkanie grypy. Zaproszenia, które do dnia dzisiejszego nie doczekały się... poselskiego podpisu.

I nie mnie dzisiaj oceniać przyczynę politycznej śmierci, tej jakże ze wszech miar pożądanej inicjatywy. Tę ocenę pozostawiam Czytelnikom mojej pracy, zwracając jednak uwagę na fakt, iż w skład tego ponadpartyjnego, opiniotwórczego i legitymizującego instytucję biura poselskiego lobby mieli wchodzić wyłącznie ludzie inteligentni, z ponadprzeciętnym charakterem, odciskający swoje piętno i znaczące wpływy na naszym regionalnym środowisku.

Drugą inicjatywą o charakterze politycznym (i gospodarczo-ekonomicznym dla gminy też) była inicjatywa rozliczenia rządzącej, a raczej „... nierządem na Wadowicach stojącej” ekipy Ewy F.

W pracę nad ujawnieniem i dokumentowaniem tego przysłowiowego „nierządu” ekipy samorządowej dosyć mocno zaangażował się wąski zespół ludzi, w skład którego wchodził m.in. przedstawiciel partyjnego koalicjanta posłanki, przedstawiciel Unii Pracy - p. Bolesław K. Efektem działań tej grupy, oprócz kilkunastu dni wytężonej pracy, było kilkadziesiąt stron dokumentów i zarzutów dla Najwyższej Izby Kontroli oraz kilka stron dokumentów i zarzutów dla Prokuratury Krajowej, i...

I z „inicjatywy” posłanki Talagowej cała ta, można rzec mordercza praca znającego temat zespołu ludzi, trafiła do... kosza. W myśl przewodnich dla posłanki zasad: „... nie dzisiaj”, „... nie teraz”. Podobno nie zachowały się nawet kopie tych materiałów, którymi p. Bolesław K. chciał zapoznać posła swojej partii Janusza L.

 

A PROGRAM BYŁ TAKI AMBITNY...

Ale by ta relacja z mojej współpracy z Haliną Talagową była możliwie pełna, nie może w niej, właśnie tu... na koniec, zabraknąć programu wyborczego Haliny Talagowej. Programu jakże ambitnego i czytelnego dla potencjalnego wyborcy, z szokowanego na jesieni 2001 roku „osiągnięciami” sejmowymi posła Mariana S. z AW”S”.

Co nam obiecywała?

Przypomnijmy sobie właśnie za jej programem wyborczym...

„... - wzrost stanu bezpieczeństwa przeciwpowodziowego w Małopolsce, opartego na dokończeniu inwestycji

 zbiornika „Świnna Poręba” w Mucharzu.

- długofalową pomoc ofiarom żywiołów.

- doskonalenie i poszanowanie prawa, mające wpływ na poprawę stanu bezpieczeństwa obywateli.

- nowe miejsca pracy, tworzone w oparciu o budowę nowoczesnej bazy agroturystycznej oraz rozwój usług.

- szeroki udział kobiet w życiu publicznym.

- warunki do równego startu w nowoczesnym nauczaniu dzieci i młodzieży.

- równy dostęp obywateli do ochrony zdrowia.

- stabilną sytuację ekonomiczną emerytów i rencistów z najniższym uposażeniem.

- czytelne inwestycje w infastrukturze drogowej.

- zrozumiałe społecznie wojewódzkie, powiatowe i gminne inwestycje komunalne.

- prawno-ekonomiczne warunki dla rozwoju rolnictwa.

 

- szeroko pojętą stabilizację życia społecznego, warunkującą przywrócenie normalności w życiu publicznym.

- rozwój bazy sportowo-rekreacyjnej.

- jawność życia publicznego.”.

 

KOLEJNY „SMIRNOFF”

I tu kolejny pięciolitrowy „Smirnoff” dla każdego, kto wskaże przynajmniej jeden zrealizowany przez jej wysokość Talagową punkt tego programu. I gwarantuję, że gdy taki się znajdzie, „Smirnoffa” tym razem „na bank” postawi sama posłanka Talagowa!

Za co? Przede wszystkim za całkowicie obcą jej do tej pory informację w tym temacie!

 

CZY MOŻNA COŚ JESZCZE DODAĆ?

Ooo tak! I to bardzo dużo!

Ale to już w drugim tomie moich wspomnień, który ukaże się po decyzji Sądu Najwyższego na mój wniosek o kasację wyroku sądów pracy dwóch instancji w sprawie przywrócenia mnie do pracy w biurze poselskim oraz po pełnej informacji Kancelarii Sejmu RP w sprawie kosztów utrzymania i wydatków biura poselskiego posłanki Haliny Talagowej.

Tam też nieco więcej o... „przyjaźni” i „przyjaciołach”...

Oj, wobec niektórych (których jeszcze do niedawna uważałem za swoich Przyjaciół), zemsta to będzie okrutna...

 

Materiał prasowy j.w. wydano na łamach Pisma Regionalnego Ziemi Wadowickiej „Nad SKAWĄ” - Wydanie specjalne. WADOWICE - NR 158/181 - WRZESIEŃ 2003,  w formie książkowej nakładem własnym Autora. Autor nie zastrzega sobie praw do przedruku, kopiowania bądź wykorzystania w innej formie.


Ostrzeżenie!  
  Okienkko logowania nie jest wyświetlane, ponieważ dodatek "Ukryte strony" nie został aktywowany na tej stronie  
Reklama  
   
Stronę odwiedziło już 35433 odwiedzający (87953 wejścia) osób.
=> Chcesz darmową stronę ? Kliknij tutaj! <=